wtorek, 16 września 2014

Dogonić Białego Zająca

I

Razem z Leną po paru dziesięciu dniach, które minęły od naszego ostatniego zlecenia, znaleźliśmy się w „centrum światowej sztuki i poezji” jak to miasto zwykli zwać mieszkańcy tego kontynentu, czyli jak wam wiadomo w Duo Amantes.
I rzeczywiście – miasto urodziwe i w pełni zasługujące na swą nazwę.
W każdym razie, na miejsce noclegowe, jak zawsze wybraliśmy lokal, który nie potrącał za dużo od osoby i znajdował się raczej na obrzeżach miasta. Aczkolwiek, biorąc po uwagę charakter miasta i jaką pełnił rolę, nawet najtańszy przybytek był estetyczny i oferował niezłe wyposażenie -  wygodne leże, prysznic z brodzikiem wystarczająco dużym, że można się było w nim swobodnie położyć. Nawet ja bez problemu mogłem się w nim wyprostować.
Do miasta przywiodło nas oczywiście zlecenie, dobrze płatne, a te ostatnio na naszej drodze rzadko się zdarzały. Tak więc, moja najemnicza natura, bez wahania przejęła stery i ruszyliśmy do miejscówki w której to mieliśmy nieźle zarobić.
Do zleceniodawcy jak zawsze udałem się sam, ale Lenę pozostawiłem w pobliżu jego domostwa, które okazało się być niezłą willą.
Na wejściu ukazały się mnie potężne żeliwne bramy, na szczęście otwarte, które raczej trudno byłoby sforsować bez odpowiedniego wojskowego sprzętu. Mury opasające posiadłość, także wyglądały na naprawdę solidne, a w dodatku wszystko było wykonane w bardzo prostym, ale jednak urzekającym stylu.
Wrota do willi otworzyły się samoczynnie, gdy tylko trzy razy zapukałem masywnym ogniwem zawieszonym na obu skrzydłach wejścia.
Oczom mym ukazał się hall przestronny niesamowicie. U szczytu jego wisiał żyrandol wykonany z tysięcy kryształów, które zdawały się lewitować. W dodatku wyglądało na to, że to kryształy ogniskujące, także właściciel nie potrzebował żadnej energii, aby je aktywować. Pewnie dlatego cały sufit był wykonany ze szkła i zbudowany na sferyczny kształt.
Gdy ja zachwycałem się pięknem prostoty architektury tej budowali, na szczycie schodów, które znajdowały się naprzeciw wejścia, pojawił się osobnik ubrany w elegancki fioletowawy garnitur.
- W czym mogę pomóc? – głos lekki, wręcz kobiecy.
- Em… zwą was Piotrowski? Bo jeśli tak, to zjawiłem się tu w związku z ogłoszeniem.
- Piotrowska. Mój mąż zmarł niedawno.
Czyli jednak. Kobieta. Ubrana na modę feministyczną.
- Taa… czyli, że to ogłoszenie to ściema, czy nadal aktualne, bo jeśli nie, to ja się będę zwijał. Mam lepsze rzeczy do roboty.
- Biorąc pod uwagę waszą mowę, mości Panie, a także styl obycia i zachwyt tą budowlą wnioskuję, żeście raczej spec od burzenia różnorakich rzeczy, niźli wznoszenia monumentów ku czci pamięci wybitnych person. – patrzyłem na nią przez chwilę, a ona na mnie. – Tak. Odpowiedź na wasze pytanie brzmi: tak.
- No i zajebiście. Tylko to chciałem usłyszeć od początku. Teraz poprosiłbym jeszcze o wprowadzenie w szczegóły tegoż zlecenia.
- Zapytam tylko o jedną rzecz. – powoli zaczęła schodzić po schodach, wyraźnie akcentując każdy krok. – Kto wam powiedział, że szukam człowieka Pańskiego pokroju i profesji?
- Jakiś przypadkowy jegomość, który to wpadł chyba w niemały zachwyt widząc mnie jak spuszczam łomot 6 drabom, którzy to mieli czelność strącić mój kufel piwa ze stołu, gdy to ucinałem sobie pogawędkę. Do sytuacji tej doszło w jakimś barze, który znajduje się mniej więcej 5 kilometrów na południe od tego miasta.
- „Zachlany Niedźwiedź”. Znam. Ale to bardziej oberża niźli bar. – zniesmaczenie w jej głosie.
- Bar, czy oberża – nie ma znaczenia. Tak długo jak serwują tam piwo o smaku nie mniej niż wyśmienitym i tak z chęcią odwiedzę.
Podeszła do mnie na około 3 kroki i dokładnie zlustrowała mnie od stóp do głów.
- A jak was zwą?
- Huxley. Jonah Huxley. – lekki ukłon. – I jestem jednym z lepszych w tym zawodzie, także dobrze Pani trafiła.
- To się jeszcze okaże. – obróciła się w prawo. – Proszę za mną.
Weszliśmy do obszernej biblioteki.
- Widzi pan te księgi? To wszystko należało do mojego męża. Miał obsesję na punkcie ksiąg, które bez krzty wahania, można nazwać „białymi krukami”…
- Że czym? – przerwałem jej.
- Ech… „biały kruk” to inaczej określenie czegoś niespotykanie rzadkiego. Czasami czegoś, co istnieje w jednym jedynym, bądź zachowało się w ostatnim egzemplarzu. Kontynuując. To wszystko co Pan tu widzi, to takie właśnie „białe kruki”. Mój mąż zebrał prawie wszystkie, prócz jednego. Księgi o tytule „Biały Zając”. Pańskim zadaniem będzie odnalezienie tegoż tomiszcza.
Zdziwiło mnie to trochę. Pierwszy raz spotykam się ze zleceniem, które wymaga znalezienia książki. Szykowało się coś nienormalnego.
- Tylko tyle? Znaleźć ten tytuł i go wam dostarczyć?
- Owszem. Proszę jednak pamiętać, że ma być nietknięty. Wiem w jakim stanie znajdował się ostatnio. Za to nie wiem, gdzie jest teraz. Tutaj ma pan wskazówkę, od kogo zacząć poszukiwania. Z moich źródeł wynika, że księga ta znajduje się na terenie tegoż miasta.
- I to wszystko? Nie mogła Pani jej sama znaleźć. Popytać ludzi, którzy mieli z nią kontakt? – sytuacja naprawdę była dziwna.
- Mogłam i pytałam, ale jednakże trafiłam na pewne opory, których to nie dałam rady złamać.
- Złamać to wystarczy parę kości i każdy mówi. – prychnąłem lekko.
- Właśnie dlatego potrzebuję kogoś takiego jak Pan, Panie Huxley. Kogoś, kto potrafi zmusić ludzi do mówienia w sposób dalece bardziej perswazyjny, niźli wykorzystując, tylko zapach gotówki, który to ja oferowałam.
- Za tą sumę, jaką Pani oferuje, mogła Pani nająć grupę drabów, która w ciągu chwil by odnalazła tę księgę.
- Owszem. Ale ja wymagam dyskrecji i pewności działania. A zgaduję, że Pan posiada odpowiednie… kwalifikacje. – skinąłem głową. – Dobrze. Tak więc ustalone. Oto adres i nazwisko. Od tej osoby Pan zacznie. – podała mnie kartkę na której widniały dane. – Tylko gdy już Pan skończy, proszę się postarać, aby nasz „przyjaciel” już nigdy nikomu więcej nie opowiedział o dziele którego szukam.
- Tego może być Pani pewna.
- Zapłatę otrzyma pan po dostarczeniu do mnie książki. 10000 sztuk złota chyba winno Pana zadowolić?
- Winno.
- W takim razie do następnego, Panie Huxley.
Odwróciłem się i opuściłem posiadłość, krótko rzec, że Lena już się ulotniła, udając się do mojego tymczasowego mieszkanka.

II

Dotarłem do niego po paru godzinach, albowiem co rusz coś zatrzymało mnie tu i tam. Głównie jakieś małe rzeźby, które zaciekawiły mnie swoją nienormalnością kształtu. Zupełnie jakby nie z tego świata. Nie zdziwiłbym się, gdyby w innym mieście posądzono twórcę o konszachty z demonami.
Zanim przekroczyłem próg mojego pokoju, zauważyłem, że taśma na górnej krawędzi framugi była zerwana. Dobyłem Bolta i przywierając do ściany otworzyłem szybkim, krótkim ruchem drzwi.
Pierwsze co się mnie w oczy rzuciło, to Lena, która siedziała na krześle i bawiła się kawałkiem papieru starając się coś stworzyć. Marnie jej to szło.
Przekroczyłem próg i dla pewności, zlustrowałem pomieszczenie.
- Czy ty zawsze musisz się do mnie włamywać? – zapytałem z wyrzutem.
- Tylko jeśli nie chce się mi czekać pod drzwiami, nim wrócisz.
- Czyli prawie zawsze…
- Cóż… było wrócić szybciej. – dalej starała się złożyć kawałek papieru. – I co? Masz coś dla nas?
- Owszem mam. Dość dziwne zlecenie. Mamy odnaleźć książkę. Za to płaca jest niezła.
- Ile?
- 10000 sztuk złota.
- Fiu fiu… nieźle.
- Poza tym, nie narzekaj, że musisz czekać, kiedy wyraźnie zaznaczam, że masz czekać, póki nie wyjdę od zleceniodawcy. – machnęła tylko na mnie ręką. – Co to w ogóle za karta? Widzę, że coś na niej widnieje.
- Dostałam to od jakiegoś wierszoklety, którego napotkałam po drodze tutaj.
- Będziesz tak miła i zaprezentujesz owo „dzieło”?
- No dobrze. Tytuł to „Sonet 66”, a idzie tak:

„Znużony, błagam o śmierci sen słodki.
Zbrzydła mi - godność w opończy żebraczej,
Zera mizerne, a strojne w błyskotki
I czysta wiara, co zdradzona płacze,
Niezasłużonych honorów pozłota
I doskonałość skalana potwarzą,
W nierząd strącone niewinność i cnota
I moc co tańczy, jak cherlawi każą,
Myśl szybująca, co milknie przed tronem,
Głupstwo, co rękę chirurga prowadzi
I proste prawdy, przez mędrków wydrwione
I dobro skute, które diabłu kadzi.
   Lecz, znużonemu, jakże pójść, nie wrócić,
   Gdy mi śmierć każe miłość mą porzucić?”

- Hm… nawet nie takie złe.  – przyznałem.
- Na mnie jakoś wrażenia nie robi.
- Się znalazła wielka znawczyni poezji. – prychnąłem.
- A spierdalaj.
- Tyle, że to Ty przebywasz w moim pokoju, także… - rozłożyłem kończyny w geście nieporadności, a ona tylko wystawiła mnie palec… znów.
Jako, że lubiłem spacerować po moim lokum z gołym torsem i bosymi stopami, to ściągnąłem z siebie odpowiednią część garderoby.
Lenie ten widok sprawiał przyjemność, no a przynajmniej szło dojrzeć to w jej spojrzeniu.
Dziewczyna wstała, podeszła do mnie, objęła moją twarz i skrzyżowała swoje usta z moimi, następnie robiąc to ze swym i moim językiem. 
Prawą kończyną oplotłem ją w pasie i mocno do siebie przytuliłem, a lewą począłem rozsupływać jej koszulę i spodnie. Szybko poszło.
Dźwignąłem ją do góry i rzuciłem bezceremonialnie na łóżko. Po tym, sam się na nie „wspiąłem”, a następnie na Lenę. Ale ta nie pozwoliła się przyszpilić do leża, za to wymostowała mnie i teraz ona znalazła się na górze.  Lubiłem takie zapasy.  Chciałem się wyplątać, ale dziewczę mnie powstrzymało, więc uniosłem się tylko lekko i pomogłem jej zdjąć koszulę i pocałowałem w odsłoniętą pierś.  Reszta garderoby szybko wylądowała na podłodze. Parę kolejnych lekkich pocałunków, tu i ówdzie lekkie „podgryzanie”, a następnie zagłębienie się w Lenie. Oczywiście ona nadal w dosiadzie.  „Rodeo” – jak to zwykła nazywać ten sposób stosunku – trwało przyjemną chwilę, zanim oboje osiągnęliśmy spełnienie. Nigdy natomiast nie byłem pewnym, czy dziewczyna udaje, czy może jednak mnie tego nie robi.  No ale od czego jest powtarzanie przyjemnych rzeczy.

III

Odszukaliśmy adres pierwszej poszlaki, ale nikogo w domostwie nie zastaliśmy. Z racji, że domek bliźniaczy znajdował się blisko jednej z głównych ulic, wejście poprzez włamanie się frontowymi drzwiami, nie miało racji bytu za bardzo. Tak więc poszukałem wejścia tylnego, ale znaleźć, nie znalazłem. Pozostała opcja wspinaczki. Dostrzegłem okno, które prawdopodobnie było lekko uchylone. I było.
- Zostań tu i obserwuj. – rozkazałem dziewczynie.
Dostałem się do środka bez większych problemów.
Domek był wystrojony dość prosto. Ot parę mebli, które można by uznać za niezbędne do określenia mieszkańca mianem cywilizowanego; tu i ówdzie jakaś roślinka. Miał nawet małą biblioteczkę, którą to zaraz przeszukałem, wątpiąc oczywiście w to, że znajdę tam tomiszcz, który był moim zleceniem.
Ale wiecie co? Znalazłem. Jak gdyby nigdy nic sobie leżała wśród innych tytułów. Łatwizna.
Także spakowałem leksykon w płócienny materiał, zszedłem do Leny i wybraliśmy się odebrać zapłatę.
Koniec historii.
Żartowałem. Nic ciekawego, prócz „1000 i jednej pozycji seksualnej” nie znalazłem.
Po chwili usłyszałem skrzęt zamku w drzwiach. „Czyżby Lena?”. Ale gdy znalazłem się na schodach w progu ujrzałem jegomościa „przy kości”. Gdy i on mnie ujrzał, długo się nie zastanawiał, tylko wystrzelił do tyłu jak pocisk.
Kilkoma susami znalazłem się na parterze, a później na ulicy goniąc za celem.
- Lena! Rosły koleś w karmazynowej koszuli! Za nim! – dziewczyna dołączyła do mnie po sekundzie.
Jegomość w czerwonym, był na swoją posturę zaskakująco szybki. W chwilę znalazł się pomiędzy budynkami, lawirując w wąskich uliczkach, coby nas zgubić, ale nie odpuszczaliśmy.
Postanowiłem, że się rozdzielimy. Ja ruszyłem dachami zgodnie z doktryną, której nauczyłem się w specjalsach na zajęciach z pulsuzu, co na wasze można przełożyć jako „swobodny bieg”.
Tak więc ja górą, dzięki której miałem przewagę nad naszym jegomościem, a Lena dołem, na wypadek, gdyby się koleżka potknął.
Przeskakując z budynku na budynek, jednocześnie obserwując cel, czekałem na odpowiedni moment, gdy będę mógł na niego naskoczyć. I gdy tylko taki się nadarzył, poszybowałem na grubcia niczym pikujący sokół, przyszpilając go do podłoża.
Trochę się rzucał, ale cios otwartą ręką w potylicę pozbawił go świadomości. I wtedy usłyszałem jak ktoś nadbiega z mojej lewej. Szybka lustracja i widzę, że to z całą pewnością agresor. Już miałem zacząć z nim walkę, ale Lena okazała się szybsza. Wyprowadzając cios prosty, na kolano napastnika (aż chrupło), pozbawiła go pędu w jednym momencie i obniżyła jego sylwetkę. Ale koleś widać nie żółtodziób, wyprowadził okrężną kontrę swoją kończyną górną mierząc w żebra dziewczyny. Ta spokojnie zblokowała cios i sama wyprowadziła piąchę w skroń napastnika. Cios był na tyle silny, że głowa odskoczyła, uderzając w ścianę budynku. Lena się nie pierdoląc, chwyciła ową głowę i dla pewności pizgnęła nią jeszcze raz o ścianę. Agresor zszedł niczym kropla. Ale wątpiłem, żeby był martwy. Z resztą wolałbym, aby tak nie było, ponieważ jednym obitym gościem Straż się nie przejmie, za to trupem… wtedy zaczęliby węszyć, a to by tylko utrudniało.
Na głowę grubcia założyłem czarny kaptur, zakrywając także częściowo twarz i razem z Leną odwlekliśmy go dalej między budynki, ponieważ widziałem, że tam akurat mało osób się przewijało.
Po paru dziesięciu minutach, znalazłem jakieś opuszczone domostwo i w jego piwnicach skrępowaliśmy naszego dorodnego przyjaciela. Lenę zostawiłem, aby czuwała przy kliencie i wróciłem wieczorem z małym zestawem narzędzi.

IV

  Po przebudzeniu, zaczął się chaotycznie rozglądać. Po charczeniu wnioskowałem, że próbował krzyczeć, ale wepchnięta w jamę ustną szmata zabezpieczona kolejną szmatą, wyraźnie to uniemożliwiała.
  Aby go uspokoić, uderzyłem go otwartą ręką. Poskutkowało.
  - A więc, teraz przejdziemy do sprawy. – podsunąłem sobie taboret, ustawiając go naprzeciwko klienta, a po mojej lewej ustawiłem mały stoliczek, na którym rozwinąłem skórzany przybornik w którym było umieszczonych kilka ładnie pobłyskujących przedmiotów.
  Zacząłem przebierać między narzędziami.
  - Widzisz, większość ludzi, a także stworzeń ogólnie, uważa, że ból to zło. No może poza ludźmi ściśle związanymi z medycyną i ludźmi takimi jak ja. Bo widzisz, ja uważam, że ból, to nie tylko sygnał ostrzegawczy, ale także bardzo pomocne narzędzie. Tak…  – wybrałem odpowiednie narzędzie i odłożyłem je na bok. – A Ty zaraz będziesz miał okazję przekonać się dlaczego. – uśmiechnąłem się przymilnie. – Teraz wyciągnę knebel, abyś miał sposobność odpowiedzenia na pytania, które Tobie zadam. Mam dla Ciebie tylko jedną radę. Lepiej nie krzycz, bo sprawisz sobie ból, rozumiemy się? – obiekt pokiwał głową na znak zrozumienia. – Dobrze.
  Tak jak przypuszczałem, stało się to samo, co w wielu podobnych przypadkach, z którymi miałem sposobność się spotkać. Koleś po prostu wydarł ryja, ale nim zdołał wykrzyczeć jakiekolwiek słowo, zacisnąłem swoją rękę na jego ustach, a w prawe udo wbiłem Ostrze. Zobaczyłem jak ból wypełzł na jego twarz.
  - Chyba się nie zrozumieliśmy. Powiedziałem, że masz nie krzyczeć. Za każde nieposłuszeństwo spotka Cię ból. Jak teraz właśnie. A teraz, odsunę moją rękę, a Ty powiesz mnie wszystko, co chcę wiedzieć. – jak powiedziałem tak uczyniłem. Słychać było jak jegomość ciężko oddycha.
  - Dobrze! Powiem wszystko co chcesz wiedzieć…
  - O! I o takie coś mnie chodzi. – poklepałem go przyjacielsko po policzku. – Ale zanim zaczniemy, muszę doprowadzić Twoje uzębienie do ładnego stanu, bo – nie ubliżając – jedzie Ci.
  - Co?! – przerażenie w jego oczach, było całkiem zabawne.
  Chwyciłem go za żuchwę i rozwarłem jamę ustną. Drugą ręką chwyciłem obcęgi.
  - Ależ nieładny ząbek. Nie sądzisz? – zapytałem dziewczynę.
  - Sadzę.
  - Najwyższy czas go wyrwać. – chwyciłem ząb i mocno szarpnąłem. Obiekt rzucił się z bólu. - A nie! To nie ten. Wybacz. Tooooo… ten! – odrzuciłem czarny od próchnicy ząb w kąt piwnicy. - Jeśli martwisz się o higienę procedury to nie musisz. Narzędzia może i stalowe, ale pokryte warstwą srebra, także żadne ustrojstwa nie dostaną się do Twego organizmu. – odłożyłem zakrwawione obcęgi na miejsce. – Rozgrzewka zakończona. Teraz już raczej kłamać nie będziesz, jeśli przyjdzie to Tobie do głowy, prawda? – pokiwał głową. – Inaczej sprawię Ci ból. – powtarzanie tej groźby wpływa pozytywnie na obiekt przesłuchania. Jeśli wie, co nastąpi, nie przychodzą mu do głowy kłamstwa. Bardzo pomocne.
  - Zadam tylko jedno pytanie, a jeśli odpowiesz, to wypuszczę Cię… kto wie, może nawet dam Tobie trochę srebra, na zastępczy ząb? – uśmiechnąłem się. – A teraz, powiedz mnie, gdzie znajduje się księga o tytule „Biały Zając”?
  - Kronikarz! Kronikarz! On będzie wiedział! – ciężko dyszał.
  - A gdzie znajdę tego Kronikarza?
  - Rynek miasta. Ma małą księgarnie o nazwie „Miastowa”.
  - „Księgarnia Miastowa”, dziękuję za pomoc, dobry człowieku. Lena, zwijamy się. – na powrót zakneblowałem jegomościa. – A to tak, żebyś się nie wykrwawił. – mrugnąłem do niego.
  Spakowałem narzędzia, odstawiłem meble i ruszyłem po schodach na parter.
  - A! Zapomniałbym. – zawróciłem z powrotem. – Mam mały prezent pożegnalny. – zza pazuchy wyciągnąłem granat fosforowy. – W całości dla Ciebie. – usunąłem zawleczkę, puściłem łyżkę i rzuciłem pod krzesło przesłuchiwanego. – Ma 30 sekundowe opóźnienie, także masz jeszcze trochę czasu, na uratowanie się. Żegnaj! – odmachnąłem na pożegnanie i dostrzegłem jak obiekt stara się chaotycznymi ruchami uwolnić. Krzesło było jednakże przyszpilone do podłogi.
  W chwilę po naszym opuszczeniu domostwa, granat zdetonował, a z okiennic piwnicznych buchnął jasny płomień. Zajechało też wypalonym tłuszczem.

V

Parędziesiąt minut później odnaleźliśmy rzeczoną księgarnię. Poinstruowałem Lenę, aby zaraz po przekroczeniu progu, pozostała w pobliżu wejścia i zmieniła tabliczkę z „Otwarte” na „Zamknięte”. Oczywiście dyskretnie.
- Szukam Kronikarza.
- A kto pyta? – starszy osobnik za ladą, wciąż wertując strony jakiegoś almanachu, spytał, ale zauważyłem też, że jego prawa ręka zniknęła za linią lady. Prawdopodobnie jakiś obrzyn do obrony.
- Znajomy Wieprza. – odpowiedziałem.
- Ach tak… czyli zgaduję, że jego tłustej twarzy już nie ujrzę więcej? – spojrzałem na niego i już wiedziałem co się stanie. Jeszcze zanim obrzyn wypalił rzuciłem się w bok, dobywając Bolta i ostrzegając Lenę. I wtedy obrzyn wypalił. Dwa razy. To samo uczyniłem ja. Ale z racji, że nie chciałem z Kronikarza zrobić przypieczonego kawałka mięsa, Bolt był nastawiony na paraliżowanie. Trzy strzały ognia zaporowego, zwinięcie się z podłogi i długi sus w kierunku celu. Ale dziadek był uzbrojony nie tylko w obrzyn. Znikąd dostrzegłem w jego ręce szablę. Zamachnął się nią na mnie, ale był zbyt wolny. Odskoczyłem i gdy tylko szabla pokonała łuk w kierunku podłoża, dopadłem do obiektu, blokując jego kończyny w tej pozycji. Następnie strzał z „baśki” w nos i kopniak liniowy na kolano. Aż chrupło przyjemnie. Zawył z bólu.
  - Moje kolano! – chwycił się z bólu za staw. Ja zabezpieczyłem szablę, coby nie dać mu okazji, do kontrataku.
  - No… nieźle dziadku. Kto by się spodziewał, że stawisz taki opór. Ale co tam – przynajmniej się trochę rozerwałem. – zaśmiałem się pod nosem. – Ale spokojnie. Jesteśmy tu po jedną, jedną jedyną rzecz – „Biały Zając”. Gdzie jest?
  - Nie mam go! – znów zawył z bólu.
  -Jak to? – nacisnąłem stopą na kolano. – To gdzie kurwa jest?!
- Poza miastem! Musicie go sami odnaleźć. Podam wam mniej więcej gdzie może się znajdować.
- Mniej więcej, to za mało. – znów zmiażdżyłem lekko staw. – Konkrety kurwa, albo przemaluję to pomieszczenie na trochę szarości z dodatkiem czerwieni. – wycelowałem Bolta w jego łeb i nastawiłem na elektormagnetyzm. Wyciągnął rękę w geście obronnym.
- Dobrze, dobrze! Las na północ za granicami miasta. Jest odgrodzony. Musicie go przeszukać sami. Szukajcie niespotykanych normalnie śladów zajęczych łap.
- Chyba sobie jaja robisz. – wtrąciła się Lena.
- Nie! Przysięgam! Nie wiem, gdzie on może być! Dlatego dałem mu ten tomiszcz na przechowanie. Nigdy nikt nie wie, gdzie on jest. On sam was znajduje. Ale może wam się uda dotrzeć do niego, zanim on dotrze do was. I módlcie się, aby tak się stało.
- Modlenie się, nie jest w moim stylu.
- Huxley. Straż miejska się tu zbliża. I to szybko.
Przez chwilę patrzyłem na Kronikarza. Ale nie wyczułem w jego wyznaniu fałszu. A umiem to robić.
Wskazałem Lenie tyle wyjście, a gdy tylko mnie minęła, klepnęła mnie lekko w ramię. Zacząłem się wycofywać, a lufę skierowałem na wejście dopiero, gdy kropnąłem Kronikarza.
Gdy tylko opuściliśmy budynek, szybko zmierzyliśmy drogą okrężną do hotelu. Musieliśmy zabrać kilka rzeczy, jak np. karabin Shelshoka i pociski usypiające… a także sporo ppanc. Wolę dmuchać na zimno.
Do lasu dotarliśmy późnym popołudniem. Więc, aby z całą pewnością spostrzec ślady Zająca, postanowiłem, że utniemy sobie nockę i zaczniemy poszukiwania dopiero nad ranem.
Niepotrzebnie. Rano, po nocce, w której było słychać naprawdę wiele dziwnych dźwięków, okazało się, że ślady Zająca, są naprawdę nie do przeoczenia. Długie na minimum 40 cm, a głębokie na jakieś 20.
- Gotowa? – odkiwnęła głową. – No to ruszajmy.
Z czasem las stawał się coraz gęstszy, ale tropy nadal było łatwo dostrzec i to z dość sporej odległości.
W końcu dostrzegłem białe futero. Zakradłem się, ściągnąłem karabin z pleców, wycelowałem, odbezpieczyłem i chyba zwierze usłyszało trzask zamka, bo obróciło swój łeb w moim kierunku. A przynajmniej jeden jego bok.
I wtedy dostrzegłem. Ślepia czerwone niczym najczerwieńsze rubiny, prosto z piekła, pysk naszpikowany długimi i z pewnością ostrymi niczym  brzytwy kłami, a pazury przypominały wielkie haki rzeźnickie.
Zanim zdążyłem oddać strzał, bestia odskoczyła w las, w kierunku zachodnim. Słyszałem jak łamie gałęzie, a może nawet co poniektóre drzewa, biorąc pod uwagę jego rozmiary. Okrążał nas. Dźwięk na to wskazywał. Przez tą chwilę, gdy jego sylwetka się ukazywała między drzewami, zrozumiałem, że to prawdopodobnie nie lykantrop. Nie było pełni. Tak więc odpadały podejrzenia, że to zającołak.
Ale jeśli to nie bestia w takim razie, to jakaś mutacja magiczna. Możliwe, że jakaś broń, która zbiegła.
Dźwięk się nasilił i teraz już nie krążył. Zmierzał wprost na nas.
- Lena, szykuj się. – przyłożyłem kolbę karabinu do policzka i czekałem.
Dźwięk odskakiwał to z lekka w prawo to z lekka w lewo, aż się zatrzymał. Tak po prostu. Zastanowiło mnie to. I wtedy coś podpowiedziało mnie, aby zlustrować poziomy wyżej. W dziurze między koronami drzew dostrzegłem jak bestia na nas pikuje. Dźwięk ustał, bo Zając postanowił wyskoczyć w powietrze.
- Lena! Unik! – odskoczyłem na bok i zobaczyłem, że dziewczyna uczyniła to samo.
Przetoczyłem się na plecy, wycelowałem i oddałem strzał. Był na tyle celny, że dopadł bestii, ale nie był tak celny jak chciałem. Zraniłem go tylko, a wiadomo, że zranione zwierzę staje się jeszcze bardziej agresywne i niebezpieczne. A tego zwierza raczej nie chciało się drażnić. Znów spojrzenie tych czerwonych ślepi. I skok w mym kierunku. Próbowałem uniknąć, ale był zbyt szybki. Pochwycił mnie za podudzie i rzucił mną w przeciwnym kierunku.
Usłyszałem strzał i zobaczyłem jak na klatce piersiowej Zająca, rośnie czerwona plama. Strzał z Tora musiał go nieźle w środku poharatać, ale to wciąż go nie powstrzymało. Obrócił się tylko w kierunku dziewczyny i zaryczał.
Wycelowałem swój karabin, mierząc w głowę. Strzeliłem, ale pocisk znów chybił miejsca, za to odstrzelił ucho. Bestia zaryczała z bólu. Znów chciała się na mnie rzucić, ale kolejny pocisk przeszył ją na wylot i znów strzeliłem ja, tym razem mierząc w kończynę miedniczą. Bestia padła unieruchomiona. Przeładowałem, kolejny strzał, kolejna kończyna. I tak załatwiłem wszystkie cztery.
Po tym podszedłem, ale niezbyt blisko, tak żeby być poza ewentualny zasięgiem. Wycelowałem i wpakowałem pocisk prosto w płat czołowy. Czaszka pięknie eksplodowała rozrzucając krwawe resztki mózgu po okolicy.
- Będą miały na czym żerować okoliczne zwierzęta. – podsumowała Lena.
- A i owszem. Będą miały.
Obejrzałem truchło dokładnie i w prawym nadbrzuszu dostrzegłem nici chirurgiczne. Ktoś coś zaszył.
Dobyłem Ostrza i rozciąłem owo miejsce zabiegu. W środku, zawinięty w jelito, znalazłem tomiszcz. Tytuł wyraźnie sugerował, iż była to ta księga, której szukałem. Tyle, że z małą różnicą. Bardzo małym drukiem nad głównym segmentem tytułu, można było dostrzec napis „dogonić”. „Dogonić Białego Zająca”. Biorąc pod uwagę, że bestia była wyrośniętym białym zającem, było to nader zabawne.

VI

Po dostarczeniu tomiszcza, do zleceniodawcy, sakiewki z wynagrodzeniem przymocowałem do ramy najnowszego krzyku mody, który to postanowiłem zakupić – bicykla. Mnie oczywiście zależało jak zawsze na funkcjonalności, a ta była nie do zaprzeczenia. Podróże od tej chwili zajmowały nam dużo mniej czasu.



środa, 26 lutego 2014

Dogonić białego zająca - informacyjnie

Ha! Myślałaś, że to nowe opowiadanie, a to tylko notka informacyjna.
Mam Cię Marleno :D Trolololo :D



  A teraz info dla pozostałych Czytelników.
  Do końca tego tygodnia winno się ukazać opowiadanie, o tytule zawartym w tytule tego posta :P
  Jak zawsze będzie seks, tortury i sceny akcji, czyli wszystko to, co najemnicy lubią najbardziej ;) No a przynajmniej jeden :P
  W każdym razie...
  Stay Tuned! :D