I
Coś skoczyło na moje plecy i sprawiło, że straciłem
równowagę i runąłem na ziemię. Kończyny miałem przez stworzenie spętane, więc,
żeby nie przychrzanić swoją piękną jak malowanie twarzyczką o bruzdy pola,
skręciłem się mocno w biodrach i wylądowałem na barku, przetaczając się po
stworzeniu i zakańczając ten błyskawiczny kurs latania, na brzuchu.
Nim zdążyłem się dźwignąć do pionu, stworzenie umknęło w
mrok. Stanąłem do niego lewym bokiem, z luźno opuszczonymi kończynami.
Wypatrywałem i nasłuchiwałem. Światło ogniska bijące mnie na plecy, nie
stanowiło w tym momencie dla mnie problemu. To że byłem widoczny jak na dłoni,
było mnie nawet na rękę.
Stałem tak chwilę, słuchając trzasku palącego się drewna i
patrząc jak szarpane światło liże mrok, póki nie usłyszałem pytania:
- Kimże jest
bladolicy, który zapuszcza się na te święte ziemie? – z mroku wydobył się
delikatny damski, wręcz dziewczęcy, głos w którym przy każdym „s”, można było
dosłyszeć przeciągnięcie.
- Zwą mnie Jonah Huxley.
Przysłano mnie tu, abym Cię sprowadził. – poczułem strużkę płynu na moich
plecach. Obstawiałem, że to rana, bo stresu, ni gorąca nie odczuwałem w tym
momencie.
- Jonaaah… Huxleyyy…
- stworzenie przedłużyło moje imiona, co zabrzmiało dość zabawnie.
Powiedziałbym dziecinnie.
- Owszem. Tak więc,
może teraz ty przedstawisz mnie swoje imię, zgodnie z obyczajem?
- Moję imię… dawnom
go nie wymieniała… moje imię… - stworzenie długo się zastanawiało zanim w
końcu wyrzekło. – Mar… Marlena… taaakkk…
to moje imię! Marlena! Marlena! Marlena! – euforia w głosie była łatwo
wyczuwalna.
- Dobrze. Uspokójże
się wreszcie dziewczyno. – wykonałem uspokajający gest ręką w stronę mroku
i po chwili dotarło do mnie, jak dziwnie to musiałoby wyglądać dla kogoś, komu
nadarzyło by się tą sytuację obserwować. Ale nikogo nie było prócz mnie… i
Marleny.
Cofnąłem się do ogniska i usiadłem do niego plecami, na
pieńku, który służył mnie jako improwizowane krzesełko.
- Podejdźże. Nie
zrobię Ci krzywdy. Jak już mówiłem, nie po to tu jestem. – dla pewności
jednakże zaplotłem palce prawej ręki, na rękojeści Bolta, który tkwił spokojnie
w kaburze, czekając tylko na trochę akcji. Dźwignię Błyskawic przestawiłem na
najmniejszą, ogłuszającą, wartość.
Stworzenie… Marlena, wychylała się powoli z ciemności.
Wpierwej dostrzegłem jej głowę, pokrytą długimi, splątanymi, przyozdobionymi w
zaschnięte błoto włosami, koloru zboża. Dało się go dostrzec. Potem głowa się
trochę uniosła i dostrzegłem wychudzoną, ale mimo wszystko ładną twarz. Mały,
lekko zadarty nos, dobrze zarysowane kości jarzmowe, zimno błękitne tęczówki
oczu. To wszystko składało się na przyjemny obraz.
Marlena chwilę tak stała, gdy nasze spojrzenia się
krzyżowały. Zagłębiałem się w zimno jej oczu i zastanawiałem się, czy zieleń
moich także ją tak hipnotyzowała. Dostrzegłem jeszcze coś w jej wzroku. Żądzę
krwi. Mordu. Polowania. Nie byłem pewien, czy nie postanowi zakończyć mojego
żywotu, tutaj w tej głuszy, daleko od jakiejkolwiek cywilizacji. W sumie, to
wcale by mnie to nie wadziło.
Potem się na mnie rzuciła i oplotła mnie swoimi
kończynami, przytulając się do mnie mocno. Zrobiła to z taką prędkością, że
gdyby chciała, to mogła by mnie rozszarpać, a ja nawet nie zdążyłbym porządnie
wydobyć Bolta.
- Nie zrobisz mi
krzywdy, prawda? Nie zrobisz mi krzywdy? – pytania zadała bardzo szybko i z
ogromną dozą emocji.
- Jak już mówiłem,
nie po to tu jestem. – odchyliła się trochę do tyłu, żeby znów spojrzeć
mnie w oczy. Po chwili się uśmiechnęła, bo widać nie dostrzegła w nich
kłamstwa. Dostrzegłem, że jej kły w szczęce są trochę dłuższe i wyraźnie
ostrzejsze niźli u ludzi. A więc miałem do czynienia z wampirem. Dziwiłem się,
że nie wyssała jeszcze ze mnie żywota. W końcu krwawiłem.
- Głodna… czuję
krew.
- W to nie wątpię. W
oczy rzuca się twoja chudość. Jeśli będziesz tak miła i mnie puścisz, to
zabezpieczę swoją ranę i podam Ci strawę, którą sobie szykowałem, pókiś na mnie
nie napadła.
Puściła mnie, a w jej spojrzeniu i wyrazie twarzy można
było dostrzec zdziwienie. Wskazałem jej mój koc, rozłożony koło ogniska.
- Usiądź, proszę. Kolczyk, musi się jeszcze trochę
podgotować. – polecenie wykonała bardzo posłusznie.
- Co to jest…
kolczyyyk? – nazwę rosomaka wypowiedziała bardzo niepewnie. Po raz kolejny
zdziwiło mnie to szczerze.
- Nie wiesz? –
pokręciła energicznie głową w zaprzeczeniu. – Ta okolica z nich słynie. Rosomak kolczasty. Małe, najczęściej czarne,
czworonożne stworzenie, wielkości wyrośniętego wilczka. Posiada na grzbiecie
stwardnienia naskórka w kształcie kolców. Stąd też nazwa. – ściągnąłem
skórzaną kamizelkę i obejrzałem ją dokładnie pod światłem ogniska. Przez całą
długość grzbietu przechodziło ukośne cięcie, które przebiło ją na wylot. Co
dziwne biorąc pod uwagę, że był to pancerz wspomagany magią defensywną, mający
chronić przed wszelakiego rodzaju ostrzami. Ściągnąłem także koszulę, która
miała identyczne cięcie, ale dodatkowo sporą ilość krwi wokół niego.
Marlena się nastroszyła i zaczęła głośno niuchać. Potem
szybko odwróciła głowę w stronę mroku i skoczyła do niego. I tylem ją widział…
przynajmniej na najbliższe 20 minut. Zanim wróciła, dzierżąc w zębach królika,
ja zdążyłem opatrzyć sobie ranę, za pomocą ostrokostu i wody akermańskiej.
Udało mnie się także prowizorycznie naprawić kamizelkę. Użyłem do tego
sprawdzonej w każdych warunkach „kaczej taśmy”. Głupio to będzie wyglądało, ale
wolę to niż ekstra przewiew na plecach.
- Spójrz na mnie
dziecko. – Marlena na chwilę oderwała się od swojej zdobyczy. Usta miała
okrwawione. – Pamiętasz, kto Ci to
zrobił? – wskazałem na jej kły. Pokręciła przecząco głową i wróciła do
konsumpcji.
Zbliżyłem się do jej szyi, a gdy chciałem odgarnąć włosy,
warknęła na mnie krótko.
- Nie zrobię Ci
krzywdy. Mogę? – znów wpiła swoje zęby w pechowego królika.
Gdy odgarnąłem jej włosy, na szyi nie dostrzegłem
charakterystycznych śladów po ugryzieniu. Nie żebym był specjalistą od
wampirów, ale z tego co przynajmniej się nauczyłem z ciekawości, ślady po
ukąszeniu zostawały na ciele zarażonego. Na szyi ich nie było, jak to zwykle
się twierdziło, że to tam są. Stąd też zresztą wziął się pogląd, że wampirowi
trzeba odciąć głowę, i ułożyć ją w oddzielnej mogile, albo po prostu spopielić.
Cóż, dekapitacja skutecznym sposobem była u wszystkiego, co posiadało centralny
układ nerwowy w głowie znajdującej się na szyi.
Ściągnąłem z niej tą resztę ubrań, które na sobie
dzierżyła. Nie protestowała. Zapach dziewczyny był charakterystyczny dla ciała,
które od dawna nie zażyło kąpieli. Błoto na jej skórze nie ułatwiło mnie
zadania wyszukania ugryzienia.
- Chyba będzie
trzeba Cię wykąpać, dziewczyno. - pogładziłem jej włosy, które mimo
zniszczenia, były przyjemne w dotyku.
Gdy wreszcie kolczyk się ugotował, nalałem sobie sporą
porcję do manierki, a mniejszą porcję dla Marleny, do małej miski, którą także
ze sobą zabrałem.
- I jak? Smakuje?
- Bardzo! –
uśmiechnęła się od ucha do ucha i wylizała zawartość miski. – Jeszcze! – wyciągnęła ją w moim
kierunku.
Zaśmiałem się szczerze. – Widzę, że znalazł mnie się łakomczuch. – pochwyciłem chochlę i
nalałem jej kolejną porcję. Pochłonęła ją tak samo, jak poprzednią.
Gdy skończyliśmy gulasz, Marlena zwinęła się w kłębek i
szybko zasnęła. Chrapała niemiłosiernie.
II
Rankiem, gdy się zbudziłem, poczułem ucisk na brzuchu. Gdy
spojrzałem wzdłuż mego tułowia, przed oczyma pojawiła mnie się postać Marleny,
która nadal smacznie spała. Potrzasnąłem jej ramieniem, aby się zbudziła, co
też uczyniła i to nader energicznie.
- Światło! Światło!
Parzy! – zasłoniła swoje oczy rękoma i zwinęła się w kłębek.
- Spokojnie. Nie
masz się czego obawiać. Nie jesteś mistrzem wampirów, tylko… ofiarą. –
dotknąłem jej ramienia aby się uspokoiła. Uczyniła to i spojrzała w moje oczy.
- Naprawdę… nic mi
nie będzie? – na jej twarz wystąpiło zdziwienie.
- Ręczę za to. A
teraz chodźmy. Trzeba Cię wykąpać, bo widzę, że o higienę, nie dbałaś ostatnimi
czasy. – uśmiechnąłem się lekko i potarmosiłem jej włosy. Potem zagasiłem
tlące się ognisko piaskiem i zabrałem sprzęt. Udaliśmy się w stronę rzeki,
którą zdarzyło mnie się minąć, podczas poszukiwań dziewczyny.
Gdy już tam dotarliśmy, poszukałem w torbie koszuli i
skórzanych spodni, w które będę mógł ubrać wampirzycę. Potem zdarłem z niej
ubrania i zawędrowałem z nią do koryta rzeki.
Wyszorowanie dziewczyny, posiadając tylko mydło zajęło
mnie pewien czas. Żeby dokładnie zmyć z niej już prawie skamieniałe błoto,
musiałem się posilić gałązkami pobliskiej wierzby. Dały radę. Jednakże włosy na
głowie musiałem ściąć prawie do gołej skóry… tak samo jak i włosy łonowe. Jak
mus, to mus.
Gdy zakończyliśmy kąpiel, kazałem wytrzeć się Marlenie w
kawałek płótna, który służył mnie jako ręcznik. Gdy już to zrobiła, kazałem jej
stać spokojnie prosto. Musiałem zegzaminować jej ciało w celu odnalezienia
miejsca ukąszenia.
Dziewczyna w całej swej nagiej „okazałości”, nie była zbyt powalająca. Wychudzona, tak, że żebra przebijały wyraźnie spod skóry i mięśni, a każdy staw można było sobie dokładnie przebadać, bez większych trudności. Za to skóra była gładka jak po urodzeniu. Najmniejszej szramy, najmniejszego śladu po Zarazie, albo innym paskudztwie, które od lat zabijało dzieci w tych okolicach. Co prawda nie winno mnie to dziwić. W końcu procesy regeneracji u niej, były znacznie bardziej zaawansowane niż u zwykłego śmiertelnika.
Dziewczyna w całej swej nagiej „okazałości”, nie była zbyt powalająca. Wychudzona, tak, że żebra przebijały wyraźnie spod skóry i mięśni, a każdy staw można było sobie dokładnie przebadać, bez większych trudności. Za to skóra była gładka jak po urodzeniu. Najmniejszej szramy, najmniejszego śladu po Zarazie, albo innym paskudztwie, które od lat zabijało dzieci w tych okolicach. Co prawda nie winno mnie to dziwić. W końcu procesy regeneracji u niej, były znacznie bardziej zaawansowane niż u zwykłego śmiertelnika.
Ślady ugryzienia, po krótkim, acz dokładnym przyjrzeniu
się ciału, znalazłem w okolicach genitaliów. Dokładniej rzecz biorąc w miejscu
przechodzenia tętnicy udowej. Dawało mnie to wskazówkę, że dziewczyna podczas
przemiany odbywała stosunek seksualny. Tak więc, bez przeszkód mogłem sądzić,
że był to mistrz wampirów, który ukrywał się pośród ludzi. Nie wiedziałem tylko
kogo podejrzewać.
Po przebadaniu i dojściu do wniosków, ubrałem Marlenę.
Butów jednakże dodatkowych nie miałem, toteż poinformowałem ją, że będzie
musiała podróżować ze mną o gołej stopie. – Chociaż
i tak wielkiej różnicy Ci to pewnie nie robi, biorąc pod uwagę twoje
dotychczasowe perypetie. – uśmiechnąłem się do niej lekko, a ona zwróciła
uśmiech. – Muszę jednakże zapytać,
pamiętasz, kto zamienił Cię w to czym teraz… kim teraz jesteś?
- Nie, nie pamiętam.
– spuściła wzrok. – Nic nie pamiętam.
Tylko… krew… i jej pragnienie. Głód.
- Rozumiem. Za
niedługo, nie będziesz już musiała żyć w ten sposób. - poklepałem ją
przyjacielsko po głowie.
Postanowiłem pozostać jeszcze trochę nad rzeką i sam
wziąłem kąpiel. Potem zamieniłem sobie z dziewczyną parę zdań. Pytałem się jej,
czy pamięta coś ze swojego poprzedniego życia, czy pamięta jakiś bliskich,
jakieś zainteresowania, cokolwiek. Na wszystkie pytania odpowiadała negatywnie.
Tak więc po około dwóch godzinach nic nie robienia i
wylegiwania się w promieniach Słońca, postanowiłem ruszać w drogę powrotną,
zabierając swoją nową towarzyszkę drogi i jednocześnie cel mego
zatrudnienia.
Gdy tylko znaleźliśmy się na wysokości pobliskiego lasu,
usłyszałem przedziwny krzyk, bardziej wycie. Jednakże nie ten zew nie
przypominał mnie żadnego zwierza, jakiego przyszło mnie do tej pory spotkać…
ani stwora.
- To… to… On…
On… - Lena zesztywniała w przerażeniu.
- Kim jest
ten… „On”?
- On… On… On
się zjawi i nas zje. – ponowny ryk dochodzący od północy.
- Nie jeśli my
zjemy go pierwsi. – z uśmiechem na twarzy, puściłem do niej oczko.
- Nie dasz rady…
jest zbyt potężny. – nadal przerażenie na twarzy.
- Cóż… ja wyznaję,
pewną starą, dobrą zasadę: Jeśli coś krwawi, znaczy, że jest sposób, żeby to
coś utłuc. A teraz chodźmy. Zaprowadzisz mnie do legowiska tego „Onego”, bo z
pewnością wiesz gdzie ono się znajduje. – spojrzała na mnie z jeszcze
większym przerażeniem.
- Nie możemy tam
iść! On mnie zna, wyczuje, zabije… - objęła mnie w pasie i przylgnęła do
mego ciała z błagalnym wyrazem we wzroku. – Proszę…
Spojrzałem na nią, potem obróciłem swe lico na las.
Kolejny ryk. – Hm… widzę, że jesteś
głodną bestią. Dobrze się składa, bo właśnie idzie do ciebie świeże mięsko,
przyjacielu…
I tak też pociągnąłem za sobą Lenę. Przez większą część
trasy nie chciała mnie puścić, wciąż obejmując mnie w pasie. W końcu odpuściła
i ruszyła przodem, ale mniej energicznie niż zazwyczaj.
Po jakieś godzinie marszu zatrzymaliśmy się na skraju
linii drzew, około 200 metrów od ruin jakiejś budowli. Las wokół niej, był
wykarczowany, a na północny-wschód od niej, ciągnęła się, zarośnięta już co
prawda, trasa. Zgadywałem że mógł to być jakiś stary szpital, albo klinika dla
chorych umysłowo. Idealne, przeklęte miejsce i dodatkowo świetna lokalizacja na
legowisko, dla przeklętych, bądź magicznych stworów.
- Zaczekaj tu na
mnie i schowaj się dokładnie, coby Cię bestia nie miała okazji ucapić. Ja
wybieram się na małe polowanko. – w torbie poszukałem Wampira, jak zwykłem
nazywać swój noktowizor (cóż za ironia) i gdy go odnalazłem odłączyłem jeden
okular i wymieniłem na krótszy o szerszym, ale krótszym polu widzenia drugi,
dzięki czemu na tą chwilę, urządzenie sprawdzi się lepiej niźli pełnowymiarowe.
Ruszyłem biegiem, lekko skulony w stronę budowli. Z racji,
że było jasno, okularu jeszcze nie założyłem na oko. Bolta dzierżyłem przez
cały czas, gdybym natrafił na bestię wcześniej niżbym chciał.
Prześlizgnąłem się przez wyrwę w murze, do wnętrza budowli.
Pomieszczenie do którego trafiłem, było
zawalone spleśniałymi meblami, które wyglądały na spalone. Czyli pożar strawił
tą placówkę. Pewnikiem razem z rezydentami. Ruszyłem dalej. Z drzwiami nie
miałem problemów, bo żadnych nie było, albo były w drzazgach. Metalowe były
powykręcane. Temperatura płomieni musiała być wysoka.
Gdy dotarłem do schodów do niższych pomieszczeń, pewnikiem
cel-izolatek, uruchomiłem Wampira. Schodziłem po schodach najciszej jak się
dało, lustrując przy tym każdą przestrzeń na tyle wielką, że mógłby się w niej
znaleźć dobrze wyrośnięty wilk. Nie wiedziałem, z czym ma do czynienia, ale z
doświadczenia wiedziałem, że potężne bestie potrafią skrywać się w dość
niepozornej postaci. Gdy zszedłem na pierwszy podziemny poziom, po swojej
prawej i lewej miałem cele-izolatki. Czyli się nie pomyliłem. Zajrzałem do
jednej z nich. W środku dojrzałem ludzkie kości, dotknięte czasem.
Przechodziłem tak od jednej izolatki, do drugiej szukając leża bestii. Tutaj
żadnego śladu nie znalazłem.
Zszedłem wiec na kolejny poziom. To pomieszczenie było
dość przestronne. Znalazłem w nim szczątki stołu badawczego. Sala
eksperymentów. Tutaj znalazłem ślady bytności stworzenia. Odchody, które swoją
strukturą przypominały te, należące do dyszolotów. Czyli miałem do czynienia z krwiopijczą,
latającą bestią. Obstawiałem Krwiolota, ale nie dałbym sobie ręki uciąć na daną
chwilę. Ruszyłem dalej.
Kolejny poziom i co? No cóż, największa sala z tych
podziemnych, prawdopodobnie spiżarnia, ale co bardziej ciekawe, to to, co
wisiało u sklepienia. A był to właśnie Krwiolot. No cóż, jednak mogłem się
założyć o tą rękę. Zdziwiło mnie natomiast to, że mnie nie wyczuł. Jego strata,
mój zysk. Nawet nie celując za specjalnie, pociągnąłem za spust, a Błyskawica
przeszyła ciało bestii i truchło padło na ziemię, lekko zwęglone i nadal się
tląc. Swąd jak zawsze nieprzyjemny był. Podszedłem do truchła i wpakowałem
jeszcze jedną, tak dla pewności. I wtedy to zauważyłem. Skóra, zesztywniała. To
był poprzedni lokator. W takim razie, nowy nadal musi tu być.
- Kurwa… - i
wtedy coś targnęło mną o podłoże. Szybko wykonałem obrót. Akurat na tyle
szybko, żeby powstrzymać nowego Krwiolota, przed wpakowaniem jego
niemiłosiernie długich zębów-kłów w moją drogocenną szyję. – Czyli… jednak… nie jesteście… tak głupie… na
jakie wyglądacie. – przerywając uderzenia rękojeścią Bolta w łepetynę
stworzenia, wykrztuszałem słowa. Potem zaparłem się piętą na brzuchu lekko
oszołomionej bestii i mocno ją od siebie odepchnąłem. Szybko wycelowałem pi razy
oko i pociągnąłem za spust. Błyskawica trafiła tylko w ścianę, bestia natomiast
czmychnęła do poprzedniego pomieszczenia. Dźwignąłem się szybko na nogi i
ruszyłem za nią w pościg.
Gdy tylko pojawiała się na ułamek sekundy w linii strzału,
pociągałem za spust. Jednakże wciąż, tylko kruszyłem mury budynku.
Gdy wbiegłem ponownie na parter, bestia zniknęłam mnie z
oczu. Uspokoiłem oddech i począłem nasłuchiwać jej obecności. Ruszyłem
korytarzami z Boltem przy klatce piersiowej, gdyby Krwiolot znów chciał mnie
capnąć od tyłu. Tym razem jednakże zapikował w moim kierunku, gdym tylko
znalazł się w przestrzennej sali hallu. W jednoczesnym skoku w bok,
wystrzeliłem w kierunku bestii i przetoczyłem się przez ramię. Uderzył głucho w
ścianę, ale nadal się nie poddał. Obróciłem się szybko, ale jednakże
niewystarczająco szybko w jego stronę. Wytrącił mnie Bolta z ręki i znów rzucił
się w celu wpakowania we mnie swych kłów. Uderzyłem go w mocno w nasadę nosa, a
gdy był oszołomionym, założyłem dźwignię trójkątną na szyi, jednocześnie przytrzymując
jego kończyny górne, coby mnie nie rozszarpał ostrymi pazurami. Chwilę się tak
z nim siłowałem, póki nie złamałem mu karku, a Marlena, która pojawiła się
znikąd, nie wpiła mu swoich kłów w czaszkę. Ta chrupnęła naprawdę głośno.
- W samą porę na
ucztę, co? – wydyszałem do młodej wampirzycy.
- Chciałam pomóc.
- Wporzo… czemu nie…
- nadal dyszałem dość potężnie. – Dawnom
się tak nie zmachał. – chwilę tak leżałem, póki nie dźwignąłem się do
pionu. - Muszę wrócić do ćwiczeń. –
Lena jednakże była zbyt zajęta ucztowaniem na Krwiolocie „Onem”, więc
poczekałem aż skończy.
Chwilę później wytargaliśmy truchło na zewnątrz, a ja
spaliłem je na popiół za pomocą Bolta. To samo zrobiłem z poprzednim
krwiopijcą.
III
- Czemuś się tak
obawiała tego stwora? – pytanie zadałem, gdy cisza podczas naszego marszu,
stała się nieznośna. Poza tym ciekawość brała nade mną górę.
- Bo On… On się na
mnie żywił.
- Przecież to zwykły
krwiopijca. Bestia jakich wiele. Bestia, którą każdy lepiej wyszkolony człek da
radę wyeliminować. Widziałaś z resztą. A ty jesteś wampirem. Czymś… więcej
niźli tylko zwykłą bestią. Czymś więcej niźli zwykłym człowiekiem. Jak to
możliwe, że się go tak obawiałaś? – nurtujące mnie pytanie.
- Przykuta… kajdany…
ciemność i strach… a potem zjawiał się On i się na mnie żywił… - ciągle słychać
było w jej głosie przerażenie.
- No cóż… w każdym
razie nie masz już się czego obawiać. Pomogłaś mnie, przełamałaś swój strach.
To dobrze. Teraz bestia jest martwa i to także twoja zasługa. Możesz uwolnić
się od tego strachu, który na Tobie ciążył.
Byliśmy pół drogi, od wioski którą mijałem w poszukiwaniu
dziewczyny. Ogólnie pozostało nam jakieś półtorej dnia marszu, zanim dotrzemy do
celu mej podróży powrotnej.
Gdy przeszliśmy polną drogą jakieś 3 kliki, natrafiliśmy na
grupkę czterech ludzi. Zakładałem, że byli to wieśniacy z pobliskiej wioski. Ścinali
właśnie trawę, pewnikiem, żeby było co dać bydłu do pyska.
- Witajcie dobrzy
ludzie! – zawołałem podchodząc do nich. – Nie mielibyście użyczyć kapkę
wody, dla mnie i mojej partnerki podróży, bo Słońce praży niemiłosiernie? –
wskazałem na wampirzycę.
- Owszem, mielibyśmy.
Maryś – najstarszy mężczyzna zwrócił się do młodej dziewoi. – przynieś no bukłak z wodą i poczęstuj
naszych podróżników.
- Dobrze wuju.
- Ech… kochana
dziewczyna. A was co sprowadza w te okolice, jeśli mogę zapytać mości panie?
- Cóż… rzecz mogę
tylko tyle, że udajemy się na dwór hrabiego Palemki. – odpowiedziałem zgodnie
z prawdą.
- Tego wariata?
Życzę szczęścia w takim razie. – akurat w tym momencie wróciła Maryś, z
bukłakiem wody. Nalała nam jej do stalowych kubków i podała. Potem wróciła
szybkim krokiem do swojego wuja i szepnęła mu coś na ucho. Nie dosłyszałem co dokładnie.
- Pewnaś? – wuj spytał
z niedowierzaniem. Dziewczyna powikła głową. – To ta wampirzyca! A ten tu z nią jest. Zabić ich! – i zamachnąłem
się na mnie kosą.
Zablokowałem cios swoim lewym przedramieniem, jednocześnie lekko się kuląc,
coby nie dostać ostrzem w twarz. Wyprowadziłem cios krawędzią prawej ręki,
mierząc w krtań wujaszka. Następnie wyrwałem mu kosę z rąk i wbiłem w jego
czaszkę. Drugi mężczyzna, dość rosły, ruszył na mnie z widłami. Odskoczyłem
lekko w bok, wybiłem mu je z rąk, kopnąłem go w podbrzusze, a gdy się mocno
zgiął wbiłem z dużym impetem widły w jego kręgosłup piersiowy. Wygiął się w łuk
i padł na glebę jak długi. Trzeci z mężczyzn, bardziej chłopak, także uzbrojony
w kosę, rzuciła się na mnie z impetem. Impet ten powstrzymała Błyskawica,
przepalając pierś chłopaka na wylot, topiąc ostrze kosy i odrzucając truchło w
tył. Gdy uderzyło głucho o podłoże, obejrzałem się za Marysią. W tym krótkim czasie,
gdy to wszystko się działo, zdołała przebiec niezły kawałek.
Jeśli dotrze do wioski, poinformuje o wszystkim ludzi, a
wtedy będę miała niejaki problem. Nie mogłem do tego dopuścić, ale przecież nie
zabiję nieuzbrojonej dziewczynki. Tyle, że umysł jedno, a ciało drugie. Moja prawa
kończyna uniosła Bolta, wzrok wycelował, a palec pociągnął po chwili za język
spustu. Błyskawica powędrowała do celu, a gdy do niego dotarła, głowa celu
odparowała, a z szyi pozostały tylko strzępy. Ciało dziewczyny przewędrowało
jeszcze parę kroków i padło.
Ponownie obejrzałem się na trupy mężczyzn. Przy tym z
widłami wbitymi w plecy znalazła się już Lena, wpijając się w jego szyję.
Mężczyzna nie był jeszcze martwy, więc szarpał rękoma trawę z bólu, a stopami rozkopywał
glebę. Długo to nie trwało. Chwilę później Lena oderwała się od jego szyi z
zakrwawionym pyskiem i szczęśliwą miną. Taką jaką ma człowiek, gdy naje się
swoją ulubioną potrawą, albo wypije za dużo ulubionego napoju wyskokowego.
- Musimy schować te
trupy. – rzekłem do dziewczyny, a ona tylko odkiwnęła energicznie głową,
jak to miała w zwyczaju.
Po jakichś 20 minutach roboty, wszystkie truchła były
dokładnie przykryte trawą. Teraz przypominali stogi, które ktoś za niedługo ma
zabrać z tej łąki.
- Musimy się
pospieszyć. Trupy niebawem zostaną znalezione, a wtedy miejscowe władze zapewne
wyślą za nami pościg. – mówiąc to wycierałem twarz wampirzycy z krwi, którą
była wysmarowana.
IV
Do zamku hrabiego dotarliśmy w ciągu dnia, tuż przed
zachodem Słońca. Przywitał nas z uśmiechem na twarzy.
- Więc jednak tego
dokonaliście, panie Huxley. Nie sądziłem, że jednak wam się uda. – uścisnął
mnie, a potem wrócił się do dziewczyny. – A
więc oto nasza mała wampirzyca. Nie jest niebezpieczna?
- Przynajmniej
względem mnie. – odpowiedziałem.
- Czyli, że lepiej się
nie zbliżać?
- Możecie spróbować
hrabio. – wskazałem zachęcająco ręką.
- Może jednak
pozostawię ją służbie. Trzeba by ją wykąpać. – klasnął dwa razy, a znikąd
pojawiły się służki. – Zabrać ją i
porządnie wykąpać, a potem ubrać w coś lepszego.
- Nie obawiaj się, nie
zrobią Ci krzywdy. – uspokoiłem dziewczynę, gdy zobaczyłem na jej twarzy
wyraz niepewności.
- Chodźcie za mną,
panie Huxley. Trza by Ci jakiegoś jadła dać. – udałem się posłusznie za
hrabią. Nie powiem, głód mnie doskwierał.
Rozsiadłem się na końcu dębowego stołu, długiego na 6 metrów.
Nakrycia były gotowe, a jedzenia było w bród. Po mojej lewej i prawej, wzdłuż blatu
siedzieli inni biesiadnicy.
- A więc powiedzcie mi
panie Huxley, czy zauważyliście coś dziwnego w dziewczynie? – hrabia zadał
pytanie ze złotym kielichem przy ustach.
- Prócz tego, że jest
wampirzycą i że mnie o tym nie raczyliście poinformować, to nie bardzo. –
odpowiedziałem zaczepnie.
- Cóż, nie chciałem
wam psuć zabawy. – odpowiedział z uśmiechem.
- Na co wam ona?
Wampirzyca, z wolną wolą? Macie zamiar prowadzić na niej jakieś… badania? –
spytałem z zaciekawieniem.
- Nie. Po prostu…
lubię gdy moje zguby do mnie wracają. – uśmiechnął się znów, a jego warga
odsłoniła długie, ostre kły.
Spojrzałem na biesiadników. Każdy z nich miał szaty, które
dobrze zakrywały szyje. Niewolnicy. Potem spojrzałem w lustro na miejsce gdzie
siedział hrabia. Brak odbicia.
- Hm… czyli jednak
mistrzowie wampirów nie mają odbicia w lustrze. Ciekawe jak układasz sobie
fryzurę?
- Mam od tego służbę.
– wzniósł kielich w moją stronę.
- Mówisz, że to twoja
zguba, ale przecież nie jest niewolnicą, jak Ci tutaj. – wskazałem na
kompanię która z nami przebywała.
- Widzisz, po prostu
ktoś przerwał nam zabawę i musiałem, czmychnąć z miejsca przemiany.
- Wieśniacy…
- Jeśli by się dowiedzieli,
kim jestem naprawdę, przysłali by tu jakiegoś Łowcę, albo poinformowali Biuro
Spraw Magicznych, a Ci wysłali by tu zastęp Szkolonych w celu mnie ujęcia, bądź
eliminacji.
- No tak, patowa
sytuacja. – upiłem kolejny łyk. – To gdzie
moja zapłata?
- Chyba nie sądzicie,
że wam zapłacę?
- Właśnie tak
sądziłem.
- Niestety nie mogę
was stąd puścić. Wiecie kim jestem. – pochłonął kawałem półkrwistego steka.
– Koniec biadolenia, czas na danie
główne. – znów klasnął w ręce, a służba wniosła do pomieszczenia Lenę,
przywiązaną do drewnianej platformy. Dźwignąłem się do pionu, oczy wszystkich
skierowały się na mnie.
- Chyba jednak będę
Cię musiał załatwić. – dobyłem Bolta i oddałem 4 strzały w kierunku
hrabiego, bynajmniej nie mierząc w niego. Hrabia jednakże odczytał to jako atak
na własną osobę, co też chciałem, żeby zrobił. W mgnieniu oka znalazł się po
mojej prawe, a gdy chciałem przywalić mu rękojeścią Bolta, zablokował mój cios,
wyprowadziła własny, mierząc w moje żebra, a następny powędrował na moją prawą
kość jarzmową. Gdy siła ciosu obróciła mnie do niego plecami, kopnął mnie z
taką mocą, że przywaliłem o ścianę i odbiłem się od niej, padając na glebę i
wypuszczając Bolta.
Doskoczył do mnie i chwycił mnie za włosy, unosząc mą głowę
z posadzki i odsłaniając dostęp do szyi.
- Tyle woli walki w
Tobie czuję. Twoja krew będzie musiała smakować wybornie. – rozszerzył szczęki
odsłaniając potężne kły.
- Nie byłbym taki
pewny tego posiłku. – na chwilę wypełzło na jego twarz zdziwienie. – Spójrz za siebie. – jego wzrok
powędrował w tamtą stronę i napotkał nagą Lenę.
- Teraz moje kolej
wyssania z Ciebie życia. – po tym zdaniu, doskoczyła do jego szyi i wpiła
się w nią potężnie. Chwyt hrabiego ustąpił, zawył z bólu, a ja dopadłem Bolta i
wpakowałem mu lufę w usta.
- A teraz poczujesz
bardzo elektryzujący smak. – i pociągnąłem za spust. Czaszkę hrabiego
rozerwało na kawałki, ochlapując wszystko wokół.
Jego niewolnicy, zasiadający przy stole, poczęli nagle się
szamotać. Zauważyłem jak stopniowo zmieniają się w przeżarte czasem truchła, aż
do pyłu.
- A więc to koniec.
Teraz jesteś już naprawdę wolna. Klątwa… już na Tobie nie ciąży dziewczyno… jesteś
wolna.
V
Cały zamek przeszukałem w poszukiwaniu zapłaty za robotę.
Znalazłem zapłatę i to z ogromną nadwyżką. Truchło hrabiego, jak i samą
budowlę, spaliłem, nie pozostawiając kamienia na kamieniu.
Pamięć dziewczyny wróciła, więc opowiedziała mi, że urodziła
się w 1712 roku w pobliskiej wiosce, więc nie było szans, że ktokolwiek z jej
rodziny jeszcze żył. Złożyłem jej propozycję dołączenia do mnie w moich
wyprawach. Zgodziła się.
Takim też sposobem zdobyłem sobie zacną towarzyszkę wojaży i
dodatkowo naprawdę kształtną partnerkę. W dodatku biegłą w sztukach miłosnych o
czym miałem okazję się nieraz przekonać.