sobota, 27 kwietnia 2013

Stworzenie nocy

I

  Coś skoczyło na moje plecy i sprawiło, że straciłem równowagę i runąłem na ziemię. Kończyny miałem przez stworzenie spętane, więc, żeby nie przychrzanić swoją piękną jak malowanie twarzyczką o bruzdy pola, skręciłem się mocno w biodrach i wylądowałem na barku, przetaczając się po stworzeniu i zakańczając ten błyskawiczny kurs latania, na brzuchu.
  Nim zdążyłem się dźwignąć do pionu, stworzenie umknęło w mrok. Stanąłem do niego lewym bokiem, z luźno opuszczonymi kończynami. Wypatrywałem i nasłuchiwałem. Światło ogniska bijące mnie na plecy, nie stanowiło w tym momencie dla mnie problemu. To że byłem widoczny jak na dłoni, było mnie nawet na rękę.
  Stałem tak chwilę, słuchając trzasku palącego się drewna i patrząc jak szarpane światło liże mrok, póki nie usłyszałem pytania:
  - Kimże jest bladolicy, który zapuszcza się na te święte ziemie? – z mroku wydobył się delikatny damski, wręcz dziewczęcy, głos w którym przy każdym „s”, można było dosłyszeć przeciągnięcie.
  - Zwą mnie Jonah Huxley. Przysłano mnie tu, abym Cię sprowadził. – poczułem strużkę płynu na moich plecach. Obstawiałem, że to rana, bo stresu, ni gorąca nie odczuwałem w tym momencie.
  - Jonaaah… Huxleyyy… - stworzenie przedłużyło moje imiona, co zabrzmiało dość zabawnie. Powiedziałbym dziecinnie.
  - Owszem. Tak więc, może teraz ty przedstawisz mnie swoje imię, zgodnie z obyczajem?
  - Moję imię… dawnom go nie wymieniała… moje imię… - stworzenie długo się zastanawiało zanim w końcu wyrzekło. – Mar… Marlena… taaakkk… to moje imię! Marlena! Marlena! Marlena! – euforia w głosie była łatwo wyczuwalna.
  - Dobrze. Uspokójże się wreszcie dziewczyno. – wykonałem uspokajający gest ręką w stronę mroku i po chwili dotarło do mnie, jak dziwnie to musiałoby wyglądać dla kogoś, komu nadarzyło by się tą sytuację obserwować. Ale nikogo nie było prócz mnie… i Marleny.
  Cofnąłem się do ogniska i usiadłem do niego plecami, na pieńku, który służył mnie jako improwizowane krzesełko.
  - Podejdźże. Nie zrobię Ci krzywdy. Jak już mówiłem, nie po to tu jestem. – dla pewności jednakże zaplotłem palce prawej ręki, na rękojeści Bolta, który tkwił spokojnie w kaburze, czekając tylko na trochę akcji. Dźwignię Błyskawic przestawiłem na najmniejszą, ogłuszającą, wartość.
  Stworzenie… Marlena, wychylała się powoli z ciemności. Wpierwej dostrzegłem jej głowę, pokrytą długimi, splątanymi, przyozdobionymi w zaschnięte błoto włosami, koloru zboża. Dało się go dostrzec. Potem głowa się trochę uniosła i dostrzegłem wychudzoną, ale mimo wszystko ładną twarz. Mały, lekko zadarty nos, dobrze zarysowane kości jarzmowe, zimno błękitne tęczówki oczu. To wszystko składało się na przyjemny obraz.
  Marlena chwilę tak stała, gdy nasze spojrzenia się krzyżowały. Zagłębiałem się w zimno jej oczu i zastanawiałem się, czy zieleń moich także ją tak hipnotyzowała. Dostrzegłem jeszcze coś w jej wzroku. Żądzę krwi. Mordu. Polowania. Nie byłem pewien, czy nie postanowi zakończyć mojego żywotu, tutaj w tej głuszy, daleko od jakiejkolwiek cywilizacji. W sumie, to wcale by mnie to nie wadziło.
  Potem się na mnie rzuciła i oplotła mnie swoimi kończynami, przytulając się do mnie mocno. Zrobiła to z taką prędkością, że gdyby chciała, to mogła by mnie rozszarpać, a ja nawet nie zdążyłbym porządnie wydobyć Bolta.
  - Nie zrobisz mi krzywdy, prawda? Nie zrobisz mi krzywdy? – pytania zadała bardzo szybko i z ogromną dozą emocji.
  - Jak już mówiłem, nie po to tu jestem. – odchyliła się trochę do tyłu, żeby znów spojrzeć mnie w oczy. Po chwili się uśmiechnęła, bo widać nie dostrzegła w nich kłamstwa. Dostrzegłem, że jej kły w szczęce są trochę dłuższe i wyraźnie ostrzejsze niźli u ludzi. A więc miałem do czynienia z wampirem. Dziwiłem się, że nie wyssała jeszcze ze mnie żywota. W końcu krwawiłem.
  - Głodna… czuję krew.
  - W to nie wątpię. W oczy rzuca się twoja chudość. Jeśli będziesz tak miła i mnie puścisz, to zabezpieczę swoją ranę i podam Ci strawę, którą sobie szykowałem, pókiś na mnie nie napadła.
  Puściła mnie, a w jej spojrzeniu i wyrazie twarzy można było dostrzec zdziwienie. Wskazałem jej mój koc, rozłożony koło ogniska.
  - Usiądź, proszę. Kolczyk, musi się jeszcze trochę podgotować. – polecenie wykonała bardzo posłusznie.
  - Co to jest… kolczyyyk? – nazwę rosomaka wypowiedziała bardzo niepewnie. Po raz kolejny zdziwiło mnie to szczerze.
  - Nie wiesz? – pokręciła energicznie głową w zaprzeczeniu. – Ta okolica z nich słynie. Rosomak kolczasty. Małe, najczęściej czarne, czworonożne stworzenie, wielkości wyrośniętego wilczka. Posiada na grzbiecie stwardnienia naskórka w kształcie kolców. Stąd też nazwa. – ściągnąłem skórzaną kamizelkę i obejrzałem ją dokładnie pod światłem ogniska. Przez całą długość grzbietu przechodziło ukośne cięcie, które przebiło ją na wylot. Co dziwne biorąc pod uwagę, że był to pancerz wspomagany magią defensywną, mający chronić przed wszelakiego rodzaju ostrzami. Ściągnąłem także koszulę, która miała identyczne cięcie, ale dodatkowo sporą ilość krwi wokół niego.
  Marlena się nastroszyła i zaczęła głośno niuchać. Potem szybko odwróciła głowę w stronę mroku i skoczyła do niego. I tylem ją widział… przynajmniej na najbliższe 20 minut. Zanim wróciła, dzierżąc w zębach królika, ja zdążyłem opatrzyć sobie ranę, za pomocą ostrokostu i wody akermańskiej. Udało mnie się także prowizorycznie naprawić kamizelkę. Użyłem do tego sprawdzonej w każdych warunkach „kaczej taśmy”. Głupio to będzie wyglądało, ale wolę to niż ekstra przewiew na plecach.
  - Spójrz na mnie dziecko. – Marlena na chwilę oderwała się od swojej zdobyczy. Usta miała okrwawione. – Pamiętasz, kto Ci to zrobił? – wskazałem na jej kły. Pokręciła przecząco głową i wróciła do konsumpcji.
  Zbliżyłem się do jej szyi, a gdy chciałem odgarnąć włosy, warknęła na mnie krótko.
  - Nie zrobię Ci krzywdy. Mogę? – znów wpiła swoje zęby w pechowego królika.
  Gdy odgarnąłem jej włosy, na szyi nie dostrzegłem charakterystycznych śladów po ugryzieniu. Nie żebym był specjalistą od wampirów, ale z tego co przynajmniej się nauczyłem z ciekawości, ślady po ukąszeniu zostawały na ciele zarażonego. Na szyi ich nie było, jak to zwykle się twierdziło, że to tam są. Stąd też zresztą wziął się pogląd, że wampirowi trzeba odciąć głowę, i ułożyć ją w oddzielnej mogile, albo po prostu spopielić. Cóż, dekapitacja skutecznym sposobem była u wszystkiego, co posiadało centralny układ nerwowy w głowie znajdującej się na szyi.
  Ściągnąłem z niej tą resztę ubrań, które na sobie dzierżyła. Nie protestowała. Zapach dziewczyny był charakterystyczny dla ciała, które od dawna nie zażyło kąpieli. Błoto na jej skórze nie ułatwiło mnie zadania wyszukania ugryzienia.
  - Chyba będzie trzeba Cię wykąpać, dziewczyno. - pogładziłem jej włosy, które mimo zniszczenia, były przyjemne w dotyku.
  Gdy wreszcie kolczyk się ugotował, nalałem sobie sporą porcję do manierki, a mniejszą porcję dla Marleny, do małej miski, którą także ze sobą zabrałem.
  - I jak? Smakuje?
  - Bardzo! – uśmiechnęła się od ucha do ucha i wylizała zawartość miski. – Jeszcze! – wyciągnęła ją w moim kierunku.
  Zaśmiałem się szczerze. – Widzę, że znalazł mnie się łakomczuch. – pochwyciłem chochlę i nalałem jej kolejną porcję. Pochłonęła ją tak samo, jak poprzednią.
  Gdy skończyliśmy gulasz, Marlena zwinęła się w kłębek i szybko zasnęła. Chrapała niemiłosiernie.

II

  Rankiem, gdy się zbudziłem, poczułem ucisk na brzuchu. Gdy spojrzałem wzdłuż mego tułowia, przed oczyma pojawiła mnie się postać Marleny, która nadal smacznie spała. Potrzasnąłem jej ramieniem, aby się zbudziła, co też uczyniła i to nader energicznie.
  - Światło! Światło! Parzy! – zasłoniła swoje oczy rękoma i zwinęła się w kłębek.
  - Spokojnie. Nie masz się czego obawiać. Nie jesteś mistrzem wampirów, tylko… ofiarą. – dotknąłem jej ramienia aby się uspokoiła. Uczyniła to i spojrzała w moje oczy.
  - Naprawdę… nic mi nie będzie? – na jej twarz wystąpiło zdziwienie.
  - Ręczę za to. A teraz chodźmy. Trzeba Cię wykąpać, bo widzę, że o higienę, nie dbałaś ostatnimi czasy. – uśmiechnąłem się lekko i potarmosiłem jej włosy. Potem zagasiłem tlące się ognisko piaskiem i zabrałem sprzęt. Udaliśmy się w stronę rzeki, którą zdarzyło mnie się minąć, podczas poszukiwań dziewczyny.
  Gdy już tam dotarliśmy, poszukałem w torbie koszuli i skórzanych spodni, w które będę mógł ubrać wampirzycę. Potem zdarłem z niej ubrania i zawędrowałem z nią do koryta rzeki.
  Wyszorowanie dziewczyny, posiadając tylko mydło zajęło mnie pewien czas. Żeby dokładnie zmyć z niej już prawie skamieniałe błoto, musiałem się posilić gałązkami pobliskiej wierzby. Dały radę. Jednakże włosy na głowie musiałem ściąć prawie do gołej skóry… tak samo jak i włosy łonowe. Jak mus, to mus.
  Gdy zakończyliśmy kąpiel, kazałem wytrzeć się Marlenie w kawałek płótna, który służył mnie jako ręcznik. Gdy już to zrobiła, kazałem jej stać spokojnie prosto. Musiałem zegzaminować jej ciało w celu odnalezienia miejsca ukąszenia.
  Dziewczyna w całej swej nagiej „okazałości”, nie była zbyt powalająca. Wychudzona, tak, że żebra przebijały wyraźnie spod skóry i mięśni, a każdy staw można było sobie dokładnie przebadać, bez większych trudności. Za to skóra była gładka jak po urodzeniu. Najmniejszej szramy, najmniejszego śladu po Zarazie, albo innym paskudztwie, które od lat zabijało dzieci w tych okolicach. Co prawda nie winno mnie to dziwić. W końcu procesy regeneracji u niej, były znacznie bardziej zaawansowane niż u zwykłego śmiertelnika.
  Ślady ugryzienia, po krótkim, acz dokładnym przyjrzeniu się ciału, znalazłem w okolicach genitaliów. Dokładniej rzecz biorąc w miejscu przechodzenia tętnicy udowej. Dawało mnie to wskazówkę, że dziewczyna podczas przemiany odbywała stosunek seksualny. Tak więc, bez przeszkód mogłem sądzić, że był to mistrz wampirów, który ukrywał się pośród ludzi. Nie wiedziałem tylko kogo podejrzewać.
  Po przebadaniu i dojściu do wniosków, ubrałem Marlenę. Butów jednakże dodatkowych nie miałem, toteż poinformowałem ją, że będzie musiała podróżować ze mną o gołej stopie. – Chociaż i tak wielkiej różnicy Ci to pewnie nie robi, biorąc pod uwagę twoje dotychczasowe perypetie. – uśmiechnąłem się do niej lekko, a ona zwróciła uśmiech. – Muszę jednakże zapytać, pamiętasz, kto zamienił Cię w to czym teraz… kim teraz jesteś?
  - Nie, nie pamiętam. – spuściła wzrok. – Nic nie pamiętam. Tylko… krew… i jej pragnienie. Głód.
  - Rozumiem. Za niedługo, nie będziesz już musiała żyć w ten sposób. - poklepałem ją przyjacielsko po głowie.
  Postanowiłem pozostać jeszcze trochę nad rzeką i sam wziąłem kąpiel. Potem zamieniłem sobie z dziewczyną parę zdań. Pytałem się jej, czy pamięta coś ze swojego poprzedniego życia, czy pamięta jakiś bliskich, jakieś zainteresowania, cokolwiek. Na wszystkie pytania odpowiadała negatywnie.
  Tak więc po około dwóch godzinach nic nie robienia i wylegiwania się w promieniach Słońca, postanowiłem ruszać w drogę powrotną, zabierając swoją nową towarzyszkę drogi i jednocześnie cel mego zatrudnienia. 
  Gdy tylko znaleźliśmy się na wysokości pobliskiego lasu, usłyszałem przedziwny krzyk, bardziej wycie. Jednakże nie ten zew nie przypominał mnie żadnego zwierza, jakiego przyszło mnie do tej pory spotkać… ani stwora.
  - To… to… On… On… - Lena zesztywniała w przerażeniu.
  - Kim jest ten… „On”?
  - On… On… On się zjawi i nas zje. – ponowny ryk dochodzący od północy.
  - Nie jeśli my zjemy go pierwsi. – z uśmiechem na twarzy, puściłem do niej oczko.
  - Nie dasz rady… jest zbyt potężny. – nadal przerażenie na twarzy.
  - Cóż… ja wyznaję, pewną starą, dobrą zasadę: Jeśli coś krwawi, znaczy, że jest sposób, żeby to coś utłuc. A teraz chodźmy. Zaprowadzisz mnie do legowiska tego „Onego”, bo z pewnością wiesz gdzie ono się znajduje. – spojrzała na mnie z jeszcze większym przerażeniem.
  - Nie możemy tam iść! On mnie zna, wyczuje, zabije… - objęła mnie w pasie i przylgnęła do mego ciała z błagalnym wyrazem we wzroku. – Proszę…
  Spojrzałem na nią, potem obróciłem swe lico na las. Kolejny ryk. – Hm… widzę, że jesteś głodną bestią. Dobrze się składa, bo właśnie idzie do ciebie świeże mięsko, przyjacielu…
I tak też pociągnąłem za sobą Lenę. Przez większą część trasy nie chciała mnie puścić, wciąż obejmując mnie w pasie. W końcu odpuściła i ruszyła przodem, ale mniej energicznie niż zazwyczaj.
  Po jakieś godzinie marszu zatrzymaliśmy się na skraju linii drzew, około 200 metrów od ruin jakiejś budowli. Las wokół niej, był wykarczowany, a na północny-wschód od niej, ciągnęła się, zarośnięta już co prawda, trasa. Zgadywałem że mógł to być jakiś stary szpital, albo klinika dla chorych umysłowo. Idealne, przeklęte miejsce i dodatkowo świetna lokalizacja na legowisko, dla przeklętych, bądź magicznych stworów.
  - Zaczekaj tu na mnie i schowaj się dokładnie, coby Cię bestia nie miała okazji ucapić. Ja wybieram się na małe polowanko. – w torbie poszukałem Wampira, jak zwykłem nazywać swój noktowizor (cóż za ironia) i gdy go odnalazłem odłączyłem jeden okular i wymieniłem na krótszy o szerszym, ale krótszym polu widzenia drugi, dzięki czemu na tą chwilę, urządzenie sprawdzi się lepiej niźli pełnowymiarowe.
  Ruszyłem biegiem, lekko skulony w stronę budowli. Z racji, że było jasno, okularu jeszcze nie założyłem na oko. Bolta dzierżyłem przez cały czas, gdybym natrafił na bestię wcześniej niżbym chciał.
  Prześlizgnąłem się przez wyrwę w murze, do wnętrza budowli. Pomieszczenie do którego trafiłem,  było zawalone spleśniałymi meblami, które wyglądały na spalone. Czyli pożar strawił tą placówkę. Pewnikiem razem z rezydentami. Ruszyłem dalej. Z drzwiami nie miałem problemów, bo żadnych nie było, albo były w drzazgach. Metalowe były powykręcane. Temperatura płomieni musiała być wysoka.
  Gdy dotarłem do schodów do niższych pomieszczeń, pewnikiem cel-izolatek, uruchomiłem Wampira. Schodziłem po schodach najciszej jak się dało, lustrując przy tym każdą przestrzeń na tyle wielką, że mógłby się w niej znaleźć dobrze wyrośnięty wilk. Nie wiedziałem, z czym ma do czynienia, ale z doświadczenia wiedziałem, że potężne bestie potrafią skrywać się w dość niepozornej postaci. Gdy zszedłem na pierwszy podziemny poziom, po swojej prawej i lewej miałem cele-izolatki. Czyli się nie pomyliłem. Zajrzałem do jednej z nich. W środku dojrzałem ludzkie kości, dotknięte czasem. Przechodziłem tak od jednej izolatki, do drugiej szukając leża bestii. Tutaj żadnego śladu nie znalazłem.
  Zszedłem wiec na kolejny poziom. To pomieszczenie było dość przestronne. Znalazłem w nim szczątki stołu badawczego. Sala eksperymentów. Tutaj znalazłem ślady bytności stworzenia. Odchody, które swoją strukturą przypominały te, należące do dyszolotów. Czyli miałem do czynienia z krwiopijczą, latającą bestią. Obstawiałem Krwiolota, ale nie dałbym sobie ręki uciąć na daną chwilę. Ruszyłem dalej.
  Kolejny poziom i co? No cóż, największa sala z tych podziemnych, prawdopodobnie spiżarnia, ale co bardziej ciekawe, to to, co wisiało u sklepienia. A był to właśnie Krwiolot. No cóż, jednak mogłem się założyć o tą rękę. Zdziwiło mnie natomiast to, że mnie nie wyczuł. Jego strata, mój zysk. Nawet nie celując za specjalnie, pociągnąłem za spust, a Błyskawica przeszyła ciało bestii i truchło padło na ziemię, lekko zwęglone i nadal się tląc. Swąd jak zawsze nieprzyjemny był. Podszedłem do truchła i wpakowałem jeszcze jedną, tak dla pewności. I wtedy to zauważyłem. Skóra, zesztywniała. To był poprzedni lokator. W takim razie, nowy nadal musi tu być. 
  - Kurwa… - i wtedy coś targnęło mną o podłoże. Szybko wykonałem obrót. Akurat na tyle szybko, żeby powstrzymać nowego Krwiolota, przed wpakowaniem jego niemiłosiernie długich zębów-kłów w moją drogocenną szyję. – Czyli… jednak… nie jesteście… tak głupie… na jakie wyglądacie. – przerywając uderzenia rękojeścią Bolta w łepetynę stworzenia, wykrztuszałem słowa. Potem zaparłem się piętą na brzuchu lekko oszołomionej bestii i mocno ją od siebie odepchnąłem. Szybko wycelowałem pi razy oko i pociągnąłem za spust. Błyskawica trafiła tylko w ścianę, bestia natomiast czmychnęła do poprzedniego pomieszczenia. Dźwignąłem się szybko na nogi i ruszyłem za nią w pościg.
  Gdy tylko pojawiała się na ułamek sekundy w linii strzału, pociągałem za spust. Jednakże wciąż, tylko kruszyłem mury budynku.
  Gdy wbiegłem ponownie na parter, bestia zniknęłam mnie z oczu. Uspokoiłem oddech i począłem nasłuchiwać jej obecności. Ruszyłem korytarzami z Boltem przy klatce piersiowej, gdyby Krwiolot znów chciał mnie capnąć od tyłu. Tym razem jednakże zapikował w moim kierunku, gdym tylko znalazł się w przestrzennej sali hallu. W jednoczesnym skoku w bok, wystrzeliłem w kierunku bestii i przetoczyłem się przez ramię. Uderzył głucho w ścianę, ale nadal się nie poddał. Obróciłem się szybko, ale jednakże niewystarczająco szybko w jego stronę. Wytrącił mnie Bolta z ręki i znów rzucił się w celu wpakowania we mnie swych kłów. Uderzyłem go w mocno w nasadę nosa, a gdy był oszołomionym, założyłem dźwignię trójkątną na szyi, jednocześnie przytrzymując jego kończyny górne, coby mnie nie rozszarpał ostrymi pazurami. Chwilę się tak z nim siłowałem, póki nie złamałem mu karku, a Marlena, która pojawiła się znikąd, nie wpiła mu swoich kłów w czaszkę. Ta chrupnęła naprawdę głośno. 
  - W samą porę na ucztę, co? – wydyszałem do młodej wampirzycy.
  - Chciałam pomóc.
  - Wporzo… czemu nie… - nadal dyszałem dość potężnie. – Dawnom się tak nie zmachał. – chwilę tak leżałem, póki nie dźwignąłem się do pionu. - Muszę wrócić do ćwiczeń. – Lena jednakże była zbyt zajęta ucztowaniem na Krwiolocie „Onem”, więc poczekałem aż skończy.
  Chwilę później wytargaliśmy truchło na zewnątrz, a ja spaliłem je na popiół za pomocą Bolta. To samo zrobiłem z poprzednim krwiopijcą.

III

  - Czemuś się tak obawiała tego stwora? – pytanie zadałem, gdy cisza podczas naszego marszu, stała się nieznośna. Poza tym ciekawość brała nade mną górę.
  - Bo On… On się na mnie żywił.
  - Przecież to zwykły krwiopijca. Bestia jakich wiele. Bestia, którą każdy lepiej wyszkolony człek da radę wyeliminować. Widziałaś z resztą. A ty jesteś wampirem. Czymś… więcej niźli tylko zwykłą bestią. Czymś więcej niźli zwykłym człowiekiem. Jak to możliwe, że się go tak obawiałaś? – nurtujące mnie pytanie.
  - Przykuta… kajdany… ciemność i strach… a potem zjawiał się On i się na mnie żywił… - ciągle słychać było w jej głosie przerażenie.
  - No cóż… w każdym razie nie masz już się czego obawiać. Pomogłaś mnie, przełamałaś swój strach. To dobrze. Teraz bestia jest martwa i to także twoja zasługa. Możesz uwolnić się od tego strachu, który na Tobie ciążył.
  Byliśmy pół drogi, od wioski którą mijałem w poszukiwaniu dziewczyny. Ogólnie pozostało nam jakieś półtorej dnia marszu, zanim dotrzemy do celu mej podróży powrotnej.
  Gdy przeszliśmy polną drogą jakieś 3 kliki, natrafiliśmy na grupkę czterech ludzi. Zakładałem, że byli to wieśniacy z pobliskiej wioski. Ścinali właśnie trawę, pewnikiem, żeby było co dać bydłu do pyska.
  - Witajcie dobrzy ludzie! – zawołałem podchodząc do nich. – Nie mielibyście użyczyć kapkę wody, dla mnie i mojej partnerki podróży, bo Słońce praży niemiłosiernie? – wskazałem na wampirzycę.
  - Owszem, mielibyśmy. Maryś – najstarszy mężczyzna zwrócił się do młodej dziewoi. – przynieś no bukłak z wodą i poczęstuj naszych podróżników.
  - Dobrze wuju.
  - Ech… kochana dziewczyna. A was co sprowadza w te okolice, jeśli mogę zapytać mości panie?
  - Cóż… rzecz mogę tylko tyle, że udajemy się na dwór hrabiego Palemki. – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
  - Tego wariata? Życzę szczęścia w takim razie. – akurat w tym momencie wróciła Maryś, z bukłakiem wody. Nalała nam jej do stalowych kubków i podała. Potem wróciła szybkim krokiem do swojego wuja i szepnęła mu coś na ucho. Nie dosłyszałem co dokładnie.
  - Pewnaś? – wuj spytał z niedowierzaniem. Dziewczyna powikła głową. – To ta wampirzyca! A ten tu z nią jest. Zabić ich! – i zamachnąłem się na mnie kosą.
  Zablokowałem cios swoim lewym  przedramieniem, jednocześnie lekko się kuląc, coby nie dostać ostrzem w twarz. Wyprowadziłem cios krawędzią prawej ręki, mierząc w krtań wujaszka. Następnie wyrwałem mu kosę z rąk i wbiłem w jego czaszkę. Drugi mężczyzna, dość rosły, ruszył na mnie z widłami. Odskoczyłem lekko w bok, wybiłem mu je z rąk, kopnąłem go w podbrzusze, a gdy się mocno zgiął wbiłem z dużym impetem widły w jego kręgosłup piersiowy. Wygiął się w łuk i padł na glebę jak długi. Trzeci z mężczyzn, bardziej chłopak, także uzbrojony w kosę, rzuciła się na mnie z impetem. Impet ten powstrzymała Błyskawica, przepalając pierś chłopaka na wylot, topiąc ostrze kosy i odrzucając truchło w tył. Gdy uderzyło głucho o podłoże, obejrzałem się za Marysią. W tym krótkim czasie, gdy to wszystko się działo, zdołała przebiec niezły kawałek.
  Jeśli dotrze do wioski, poinformuje o wszystkim ludzi, a wtedy będę miała niejaki problem. Nie mogłem do tego dopuścić, ale przecież nie zabiję nieuzbrojonej dziewczynki. Tyle, że umysł jedno, a ciało drugie. Moja prawa kończyna uniosła Bolta, wzrok wycelował, a palec pociągnął po chwili za język spustu. Błyskawica powędrowała do celu, a gdy do niego dotarła, głowa celu odparowała, a z szyi pozostały tylko strzępy. Ciało dziewczyny przewędrowało jeszcze parę kroków i padło.
  Ponownie obejrzałem się na trupy mężczyzn. Przy tym z widłami wbitymi w plecy znalazła się już Lena, wpijając się w jego szyję. Mężczyzna nie był jeszcze martwy, więc szarpał rękoma trawę z bólu, a stopami rozkopywał glebę. Długo to nie trwało. Chwilę później Lena oderwała się od jego szyi z zakrwawionym pyskiem i szczęśliwą miną. Taką jaką ma człowiek, gdy naje się swoją ulubioną potrawą, albo wypije za dużo ulubionego napoju wyskokowego.
  - Musimy schować te trupy. – rzekłem do dziewczyny, a ona tylko odkiwnęła energicznie głową, jak to miała w zwyczaju.
  Po jakichś 20 minutach roboty, wszystkie truchła były dokładnie przykryte trawą. Teraz przypominali stogi, które ktoś za niedługo ma zabrać z tej łąki.
  - Musimy się pospieszyć. Trupy niebawem zostaną znalezione, a wtedy miejscowe władze zapewne wyślą za nami pościg. – mówiąc to wycierałem twarz wampirzycy z krwi, którą była wysmarowana.

IV

  Do zamku hrabiego dotarliśmy w ciągu dnia, tuż przed zachodem Słońca. Przywitał nas z uśmiechem na twarzy.
  - Więc jednak tego dokonaliście, panie Huxley. Nie sądziłem, że jednak wam się uda. – uścisnął mnie, a potem wrócił się do dziewczyny. – A więc oto nasza mała wampirzyca. Nie jest niebezpieczna?
  - Przynajmniej względem mnie. – odpowiedziałem.
  - Czyli, że lepiej się nie zbliżać?
  - Możecie spróbować hrabio. – wskazałem zachęcająco ręką.
  - Może jednak pozostawię ją służbie. Trzeba by ją wykąpać. – klasnął dwa razy, a znikąd pojawiły się służki. – Zabrać ją i porządnie wykąpać, a potem ubrać w coś lepszego.
  - Nie obawiaj się, nie zrobią Ci krzywdy. – uspokoiłem dziewczynę, gdy zobaczyłem na jej twarzy wyraz niepewności.
  - Chodźcie za mną, panie Huxley. Trza by Ci jakiegoś jadła dać. – udałem się posłusznie za hrabią. Nie powiem, głód mnie doskwierał.
  Rozsiadłem się na końcu dębowego stołu, długiego na 6 metrów. Nakrycia były gotowe, a jedzenia było w bród. Po mojej lewej i prawej, wzdłuż blatu siedzieli inni biesiadnicy.
  - A więc powiedzcie mi panie Huxley, czy zauważyliście coś dziwnego w dziewczynie? – hrabia zadał pytanie ze złotym kielichem przy ustach.
  - Prócz tego, że jest wampirzycą i że mnie o tym nie raczyliście poinformować, to nie bardzo. – odpowiedziałem zaczepnie.
  - Cóż, nie chciałem wam psuć zabawy. – odpowiedział z uśmiechem.
  - Na co wam ona? Wampirzyca, z wolną wolą? Macie zamiar prowadzić na niej jakieś… badania? – spytałem z zaciekawieniem.
  - Nie. Po prostu… lubię gdy moje zguby do mnie wracają. – uśmiechnął się znów, a jego warga odsłoniła długie, ostre kły.
  Spojrzałem na biesiadników. Każdy z nich miał szaty, które dobrze zakrywały szyje. Niewolnicy. Potem spojrzałem w lustro na miejsce gdzie siedział hrabia. Brak odbicia.
  - Hm… czyli jednak mistrzowie wampirów nie mają odbicia w lustrze. Ciekawe jak układasz sobie fryzurę?
  - Mam od tego służbę. – wzniósł kielich w moją stronę.
  - Mówisz, że to twoja zguba, ale przecież nie jest niewolnicą, jak Ci tutaj. – wskazałem na kompanię która z nami przebywała.
  - Widzisz, po prostu ktoś przerwał nam zabawę i musiałem, czmychnąć z miejsca przemiany.
  - Wieśniacy…
  - Jeśli by się dowiedzieli, kim jestem naprawdę, przysłali by tu jakiegoś Łowcę, albo poinformowali Biuro Spraw Magicznych, a Ci wysłali by tu zastęp Szkolonych w celu mnie ujęcia, bądź eliminacji.
  - No tak, patowa sytuacja. – upiłem kolejny łyk. – To gdzie moja zapłata?
  - Chyba nie sądzicie, że wam zapłacę?
  - Właśnie tak sądziłem.
  - Niestety nie mogę was stąd puścić. Wiecie kim jestem. – pochłonął kawałem półkrwistego steka. – Koniec biadolenia, czas na danie główne. – znów klasnął w ręce, a służba wniosła do pomieszczenia Lenę, przywiązaną do drewnianej platformy. Dźwignąłem się do pionu, oczy wszystkich skierowały się na mnie.
  - Chyba jednak będę Cię musiał załatwić. – dobyłem Bolta i oddałem 4 strzały w kierunku hrabiego, bynajmniej nie mierząc w niego. Hrabia jednakże odczytał to jako atak na własną osobę, co też chciałem, żeby zrobił. W mgnieniu oka znalazł się po mojej prawe, a gdy chciałem przywalić mu rękojeścią Bolta, zablokował mój cios, wyprowadziła własny, mierząc w moje żebra, a następny powędrował na moją prawą kość jarzmową. Gdy siła ciosu obróciła mnie do niego plecami, kopnął mnie z taką mocą, że przywaliłem o ścianę i odbiłem się od niej, padając na glebę i wypuszczając Bolta.
  Doskoczył do mnie i chwycił mnie za włosy, unosząc mą głowę z posadzki i odsłaniając dostęp do szyi.
  - Tyle woli walki w Tobie czuję. Twoja krew będzie musiała smakować wybornie. – rozszerzył szczęki odsłaniając potężne kły.
  - Nie byłbym taki pewny tego posiłku. – na chwilę wypełzło na jego twarz zdziwienie. – Spójrz za siebie. – jego wzrok powędrował w tamtą stronę i napotkał nagą Lenę.
  - Teraz moje kolej wyssania z Ciebie życia. – po tym zdaniu, doskoczyła do jego szyi i wpiła się w nią potężnie. Chwyt hrabiego ustąpił, zawył z bólu, a ja dopadłem Bolta i wpakowałem mu lufę w usta.
  - A teraz poczujesz bardzo elektryzujący smak. – i pociągnąłem za spust. Czaszkę hrabiego rozerwało na kawałki, ochlapując wszystko wokół.
  Jego niewolnicy, zasiadający przy stole, poczęli nagle się szamotać. Zauważyłem jak stopniowo zmieniają się w przeżarte czasem truchła, aż do pyłu.
  - A więc to koniec. Teraz jesteś już naprawdę wolna. Klątwa… już na Tobie nie ciąży dziewczyno… jesteś wolna.

V

  Cały zamek przeszukałem w poszukiwaniu zapłaty za robotę. Znalazłem zapłatę i to z ogromną nadwyżką. Truchło hrabiego, jak i samą budowlę, spaliłem, nie pozostawiając kamienia na kamieniu.
  Pamięć dziewczyny wróciła, więc opowiedziała mi, że urodziła się w 1712 roku w pobliskiej wiosce, więc nie było szans, że ktokolwiek z jej rodziny jeszcze żył. Złożyłem jej propozycję dołączenia do mnie w moich wyprawach. Zgodziła się.
  Takim też sposobem zdobyłem sobie zacną towarzyszkę wojaży i dodatkowo naprawdę kształtną partnerkę. W dodatku biegłą w sztukach miłosnych o czym miałem okazję się nieraz przekonać.

niedziela, 21 kwietnia 2013

Oczyścić miasto czas

I

  Wparowałem do lokalu zlany potem, niczym kurwa w świątyni. Od razu podszedłem do szynkwasu zamawiając mocno schłodzony sok.
  - Widzę, że i wam upał doskwiera. – powiedział ze szczerym uśmiechem starszy jegomość, siedzący po mojej lewej.
  - Dokładnie szanowny panie. Nigdym nie sądził, że zima może tak szybko odpuścić… – wziąłem potężnego łyka napoju. – … a tak gorąca wiosna, nadejść tak szybko.
  - Pamiętam ja takie zakończenie zimy. Było to bodaj w… 1850, ale głowy za to nie dam. – uniósł kufel do ust i na chwilę zastygł w ruchu. – Tak. To był 1850, prawda Stasiu? Stasiu? – obrócił swe lico na kolejnego starszego jegomości z długą do pasa brodą i łysą jak kolano glacą, siedzącego przy najbliższym stoliku – Stasiu, ty stary skurwielu, wspomógłbyś przyjaciela! – mówił to jednocześnie trącają Stasia laską. – Ech… z nim to zawsze tak. – przyłożył kufel do ust i dopił to co się w nim znajdowało. – Panie Szpila, jeśli mógłbym prosić o dolewkę tego zacnego trunku…
  - Ależ oczywiście, że możecie burmistrzu. Wy się pytacie? Ha! A to dobre sobie! – właściciel (jak wnioskowałem) roześmiał się szczerze chwytając się swoimi wielkimi, niczym bochny chleba, rękoma, za kałdun wielkością przypominający niedźwiedzi. Gdy przestał się śmiać, pochwycił kufel burmistrza i nalał mu szczerze do pełna, piwa dębowego.
  Zmierzyłem burmistrza wzrokiem i nigdy by mnie na myśl nie przyszło, że ktoś taki, może piastować taki urząd. Przysunąłem się do niego i szeptem zagadnąłem – Burmistrzu, jeśli mnie pamięć nie myli, to po drodze tutaj natknąłem się na ogłoszenie, że poszukujecie zastępcy, na stanowisko waszego zmarłego tragicznie komendanta Straży Miejskiej. Prawda to, czy jednak fałszerstwo, o które nie trudno?
  Burmistrz i mnie zmierzył wzrokiem. Potem się odwrócił, podszedł do stojaka przy drzwiach, zabrał kapelusz słomiany i wyszedł z lokalu. Nie czekając rzuciłem na szynkwas srebrniaka i zabierając ze sobą butlę soku, ruszyłem za burmistrzem, pozostawiając właściciela sam na sam ze Stasiem.
  Ulica była jak na taką temperaturę dość zatłoczona. Tu i ówdzie dzieciaki latały z sikawkami oblewając się nawzajem wodą, a także każdego kto znalazł się wystarczająco daleko, żeby mogły uciec, gdyby ten się uraził i chciał je dopaść.
  - Burmistrzu, proszę zaczekać! – jak na staruszka dość żwawo się poruszał. Podbiegłem do niego i chwyciłem go lekko za lewe ramię. – Proszę zaczekać.
  - Puście mnie, bo was zamknę za atak na oficjela miasta. – pogroził mnie palcem, jakbym był dzieckiem. No ale nie widziało mnie się skończyć zamkniętym w celi, albo co gorsza lochach, więc puściłem zacnego burmistrza. – Czego chcecie?
  - Posady. – odparłem zwięźle.
  - Wasze motywy?
  - Jak zawsze. Zarobek i dobra zabawa.
  - Hm… czyli rozumiem, że jeśli moi przeciwnicy zaproponują więcej, mogę się spodziewać, że odwrócicie się do mnie plecami?
  - Ja nigdy nie odwracam się do przeciwnika plecami.
  Spojrzał na mnie z nieukrywaną pogardą. Potem spuścił wzrok, pocierając jednocześnie szpiczastą brodę, w geście zastanowienia się.
  W międzyczasie, jakiś kruchej postury młodzian, podjął się próby kradzieży mojego mieszka ze srebrem. W swej wspaniałomyślności zwichnąłem mu tylko nadgarstek i wepchnąłem go w tłum ludzi, który porwał go niczym silny nurt rzeki.
  - Proszę za mną. W biurze omówimy wszystko dokładnie. – machnął na mnie ręką, nawet nie zwracając się w moją stronę.
  Po drodze do ratusza, która zajęła nam około 30 minut, podziwiałem kunszt projektantów budynków. Każdy był dopasowany do innego, jak gdyby każdy był puzlem, który pasował tylko i wyłącznie w to miejsce. Mimo absolutnie różnych stylów, całość współgrała idealnie. Na twarzach przechodniów widziałem ten sam zachwyt co i u mnie, a z całą pewnością nie byli to przyjezdni, którzy ściągali do miasta na festyn. Z resztą nie dziwota, bo gdy tylko zwróciłem swoją jaźń na budynek, który mijałem około 2 minut wcześniej, wyglądał zupełnie inaczej. Jak gdyby budowla zmetamorfizowała się, gdy tylko odwróciłem od niej wzrok. Zastanawiałem się, ile było w tym magii i czy w ogóle była, czy to jednakże tylko geniusz twórcy projektu i samych budowniczych sprawiał to wrażenie?
  Burmistrz miał biuro na najwyższym piętrze ratusza, czyli na 6, a z racji, że wznośnik znajdował się w centralnej części budynku, można było sobie odpuścić schody.
  Pokój, który stanowił biuro był dość obszerny, albo sprawiał takie wrażenie, bo jedynymi meblami, były biurko, barek, fotel burmistrza i dwa fotele dla gości. Gdy przekroczyliśmy próg pomieszczenia burmistrz nagle ożył i poprosił, żebym zasiadł w jednym z foteli. Tak też zrobiłem.
  - A więc, to całe udawanie niegroźnego staruszka, to przykrywka?
  - Wolę, żeby moi przeciwnicy, nie wiedzieli jaki jestem naprawdę. – podszedł do barku. – Soku maliwiańskiego?
  - Nie dziękuję, mam swój. – wyciągnąłem przed siebie butelkę, którą zawinąłem z baru. 
  - Hahahaha! To gówno? Pewnie nie ma w sobie za krzty soku. TO jest prawdziwy sok maliwiański. – wyciągnął butlę przed siebie, obnażając ją promieniom słonecznym, a te ładnie przeszyły zawartość tegoż naczynia.
  - W sumie rzeczywiście, smak jakby trochę inny… - popatrzyłem na swoją butelkę z pożałowaniem własnego pragnienia, które wprowadziło mnie w błąd.
  - To pewnie zasługa ziół żółwich. Mają bardzo podobny aromat, ale za krzty mocy oryginalnego trunku. A więc, skusi się pan?
  - Jasne, że tak. Proszę polewać, burmistrzu. – odparłem z dużą chęcią na mocny trunek. Pierwszy łyk i już ma dusza poczęła powoli odlepiać się od mego ciała. – Ach… nie ma to jak porządny napój w środku tak parnego dnia.
  - Nie mogę się z tym nie zgodzić. – uniósł kielich i zaczerpnął łyka. – A więc, powiadacie, że sprowadza was tutaj, chęć zarobku.
  - Tak też powiadam.
  - Dobrze. – pochylił się na biurkiem, opierając się na łokciach i podpierając brodę o splecione palce rąk. – Dlaczegóż miałbym was zatrudnić na tak szlachetnym stanowisku, jakim jest komendant Straży Miejskiej?
  - Może przekona pana nazwa Oyrenmek. Słyszał pan kiedyś? – jego mina była lepszą odpowiedzią niźli słowa. – A więc się rozumiemy.
  - Hmm… nigdy nie sądziłem, że będę miał zaszczyt spotkać operatora Oyrenmek. – z jego twarzy bił autentyczny szacunek.
  - No więc, jak widzicie, chyba jestem odpowiedni do tej roboty. Co każecie mnie wykonać, to zrobię, bez najmniejszego zawahania.
  - Pytanie, czy dowodziliście ludźmi?
  - Zakończyłem służbę w stopniu porucznika, to chyba wystarczająca rekomendacja. – uśmiechnąłem się lekko i wziąłem kolejnego łyka soku.
  - Taaak… to winno wystarczyć, szczególnie, że poprzedni komendant też był byłym woskowym i to ledwie starszym sierżantem wojsk lądowych. – wziął łyk soku.
  - Czyli podpisujemy umowę?
  - Wpierwej muszę to wyperswadować rajcom miejskim, bo poniektórzy nadal są zapewne opłacani przez Siatkę. – zrzedła mu przy tym mina.
  - Siatka… taaak… słyszałem o niej. Ale bez obaw, gdy już będę piastował stanowisko, szybko i skutecznie się z nimi uwinę. Z resztą i tak pewnikiem tylko po to będę zatrudniony. – kiwnął tylko na potwierdzenie głową. – No, to… póki nie skończy pan przekonywać swoich urzędniczych pobratymców, jak z wielką chęcią udam się do domu uciech. Elvida. – zasalutowałem od niechcenia i odwróciłem się na pięcie.
  - Czekajcie. – zerwał się z fotela. - Nie przedstawiliśmy się sobie. Raymond Ozer. Jeśli to was zainteresuje, były oficer wywiadu. – wyciągnął rękę w geście przywitania.
  - Jonah Huxley. – wyciągnąłem swą rękę i uścisnąłem burmistrzową.
  - Jonah Huxley? Nazwisko brzmi znajomo… czy to nie wy przypadkiem zabiliście maga-renegata Khramera?
  - Cóż, gdybym powiedział, że to ja, to chyba zepsuło by całą zabawę w tajemniczość osobową, czyż nie? – odpowiedziałem z lekkim uśmiechem.
  - Tak… ma pan rację. Jeszcze jedno, nie idźcie do domu uciech. Proszę się natomiast zgłosić do tego lokalu. – nabazgrał coś na małej kartce którą mi podał. Widniał na niej adres. – Będzie pan miał gdzie nocować, a ja będę wiedział, gdzie wysłać kuriera.
  - Czemu nie. – odwróciłem się na pięcie i udałem się pod wskazany adres. Gdy tam dotarłem, budynek okazał się małym hotelikiem. Naprawdę małym, bo już od wejścia recepcjonista (i prawdopodobnie właściciel) mnie poznał.
  - Pan Huxley jak mniemam?
  - Vay… informacje w tym mieście naprawdę szybko się rozchodzą. Tak, dobrze mniemacie.
  - Właściwie to nie jest miasto, tylko miasteczko. Prawa miejskie mamy otrzymać w przyszłym roku dopiero. – wyjaśnił lekko skonfundowany recepcjonista.
  - Dziękuję za wyjaśnienie, a teraz klucz proszę. – podał mi klucz do pokoju numer 69. Jakiż „zbieg okoliczności”.
  Gdy przekroczyłem próg pokoju, na łóżku ujrzałem nagą kruczo czarnowłosą kobietę, obficie obdarzoną przez matkę naturę. Obok łóżka stało kilka butli, pełnych słodkiego miodu kurarskiego. Alko i kobieta. Idealne połączenie. Tak było, póki nie zbliżyłem się do łóżka. Wtedy dostrzegłem, że kobieta w całości pokryta jest tym miodem.
  - Czegoż nie robi się dla tymczasowej ojczyzny. – powiedziałem to z wielką dozą satysfakcji, a potem zabrałem się do „roboty”.

II

  Rano do drzwi zapukał kurier. Dźwięki uderzeń w nie, dla tak skacowanego umysłu jak mój, było istną torturą.
  - Panie Huxley! Przesyłka do pana! Panie Huxley prze…
  - Słyszałem kurwa! – wydarłem się tak mocno, że w głowie aż zahuczało. Zupełnie jakby bomba termo baryczna detonowała zaraz koło niej.
  Ściągnąłem z siebie wciąż drzemiącą kurtyzanę, dźwignąłem się z łóżka, wciągnąłem na siebie spodnie i podszedłem do drzwi, dzierżąc w lewej ręce Bolta, którego przyłożyłem na wysokości klatki piersiowej do nich. Następnie lekko je uchyliłem.
  - Czego? – kurier podał mnie tylko kopertę, a potem szybko się oddalił. Ale nie niepewnym krokiem, tylko zwykłym, zawodowym. Widać nie był jakimś specjalnie dla mnie przeznaczonym.
  Zamknąłem drzwi najlżej jak się dało, a potem otworzyłem ostrożnie kopertę. Chociaż, jeśli ktoś chciałby mnie uśmiercić, to już pewnie nie żyłem. Jednakże w kopercie znajdował się tylko dokument potwierdzający mój nowy zawód. Komendanta Straży Miejskiej miasteczka Alekami. No to zajebiście się zapowiadało. Teraz będę miał pod sobą ludzi i to całkiem sporo zakładam. Szczególnie, że to miasteczko portowe, które jak słyszałem po drodze, szybko się rozrasta.   
  Czym prędzej zebrałem się do kupy i ruszyłem do centrali Straży Miejskiej. Od progu przywitała mnie miła dla oka i ucha recepcjonistka.
  - W czym mogę służyć? – zapytała dźwięcznym głosem.
  - Na razie wskazaniem mojego biura. – na blacie przed nią położyłem dokument, potwierdzający me stanowisko.
  - O! Nie sądziłam, że nowy szef pojawi się tak szybko… i będzie tak przyjemny dla oka. – uśmiechnęła się lekko i podała mnie klucz od biura. – 3 piętro, pomieszczenie na końcu hallu.
  - Dzięki złotko. – zabrałem klucz i udałem się we wskazane miejsce. Biuro miało wymiary 5x5 metra i jedynym meblem było biurko z dostawionym fotelem. Nie wyglądał na zbyt wygodny, ale gdy się w nim rozsiadłem, poczułem lekkość dopasowania.
  Chwilę siedziałem w zamyśleniu, a potem sięgnąłem po słuchawkę. – Em… w sumie to się sobie nie przedstawiliśmy…
  - Porucznik Makarena, do pańskich usług, komendancie. – dziewczyna ubiegła moje pytanie.
  - Przyjemne nazwisko pani porucznik. Dobrze. Proszę ogłosić zbiórkę w sali narad wszystkim obecnym w budynku funkcjonariuszom. I… gdzie ona się w ogóle znajduje?
  - 2 piętro. Na drzwiach wejściowych znajduje się napis. Trafi pan bez problemu, komendancie.
  - Dzięki i poprosiłbym o kubek miejscowej herbaty. Doszły mnie słuchy, że lepszej nie ma w całym państwie.
  - Można też tak rzec. Będzie na pana czekała w sali. – potem nastąpił krótki biiib oznajmujący zakończenie rozmowy.
  Udałem się zatem do sali narad. Gdy przekroczyłem jej próg w środku siedziało już paru funkcjonariuszy. Nie zwrócili na mnie większej uwagi. Podszedłem do mównicy. Na jej pulpicie stał już kubek z którego unosiła się para i przyjemna woń. Pochwyciłem go i wziąłem małego łyka. Przyznać muszę, że jak dotąd był to najlepszy wywar herbaty jaki zdarzyło mnie się spożyć.
  Reszta funkcjonariuszy zjawiła się, gdym w kubku zostało napoju na jeden łyk.
  - Dobrze… a więc jak już zapewne się domyślacie, jestem waszym nowym dowódcą. A z racji tego, będziecie się mnie słuchać w każdym aspekcie. Przede wszystkim poproszę zebranych tutaj dowódców sekcji ogniowych o pozostanie, gdyż muszę obmówić z nimi parę spraw.  
  - Em… szefie, ale my nie mamy czegoś takiego jak sekcje ogniowe. To Straż Miejska, nie wojsko. – odezwał się młodo wyglądający funkcjonariusz.
  - W takim razie, trzeba będzie czym prędzej utworzyć takie sekcje ogniowe, funkcjonariuszu…
  - Trzewka… em… znaczy się Lasky, kapral Lasky. – wstał i zasalutował. Odpowiedziałem mu tym samym.
  - Kapral, powiadacie, a więc będzie dowódcą pierwszej sekcji ogniowej. Gratuluję. – uśmiechnąłem się tylko, gdy na twarzy kaprala pojawiło się skonfundowanie.  – Tak więc każdy starszy rangą ponad posterunkowego i starszego posterunkowego, czy jakkolwiek się to u was zwie…
  - Szeregowi panie komendancie. – kapral znów wyrwał się z odpowiedzią.
  - Hm… czyli jak w wojsku. To ułatwia sprawę. Tak więc każdy starszy rangą od szeregowego i starszego szeregowego pozostanie na tej sali. Reszta może wracać do swoich zajęć. – po tych słowach 3/4 sali się rozpierzchło. Pozostał kapral Lasky i 6 innych chłopa. Słabo mnie się to widziało. No ale w gorszych sytuacjach byłem i z gorszych opresji wychodziłem. Tak też spędziłem z moimi podoficerami kolejną godzinę na przedstawieniu sytuacji i zapoznaniu się ze stanem osobowym i logistycznym. Jeśli idzie o oba czynniki, zapowiadało się wyśmienicie. Wychodziło, że miałem pod sobą 150 oddanych sprawie ludzi, a w magazynach sprzętu było wystarczająco dużo, żeby dozbroić około 220. Tak więc nadwyżka sprzętu była wystarczająca. Dodatkowo, większość ludzi była w terenie z powodu festiwalu, wliczając w to resztę kadry podoficerskiej.  
  Po obgadaniu wszystkiego z obecnymi podoficerami, poprosiłem kaprala Lasky, o zaprowadzenie mnie do zbrojowni.
  - Mam takie pytanko panie komendancie. To pan jest konstruktorem pm-u Huxley?
  - Nie to nie ja. Aczkolwiek, pamiętam, że kiedyś wymieniłem z nim parę poglądów. Głównie na pięści. Wtedy co prawda, był równie mało znany, co i ja teraz.
  - O… szkoda. Już myślałem, że udało mnie się spotkać tak genialnego człowieka. – zawiedzenie w głosie młodego kaprala można było wyczuć bezproblemowo.
  - Kto powiedział, że go nie spotkacie kapralu. – klepnąłem go przyjacielsko w bark.
  - To tutaj. – wskazał kratowane drzwi. – To ja teraz wrócę do swoich obowiązków, panie komendancie. – zasalutował, odwrócił się na pięcie i odszedł prężnym, wojskowym krokiem. Widać, mój poprzednik trochę ich wyszkolił.
  Drzwi do zbrojowni, były otwarte. Zdziwiło mnie to trochę, biorąc pod uwagę, że taka ilość sprzętu powinna być bardzo dobrze zabezpieczona. Gdy przestąpiłem próg zabezpieczenia, w nozdrza uderzyła mnie woń smaru i prochu. Gdzie nie spojrzałem, wisiały, stały i leżały różnej maści karabiny, strzelby, granatniki. Arsenał, był zaprawdę niesamowity.
  Kolejne opancerzone drzwi, prowadziły do sali z osprzętem. Mundury, pancerze, środki do rozpędzania tłumu, a także środki medyczne i wiele innych pomniejszych rzeczy.
  Patrząc na cały ten sprzęt wiedziałem, że to co zamierzałem zrobić, będzie dla mnie pestką.
  Teraz pozostawało tylko szkolenie, ale biorąc pod uwagę zachowanie funkcjonariuszy, winno pójść łatwo.

III

  Przenikaliśmy ciemność spajając się z nią niczym cienie. Od ściany do ściany. Zaskoczenie to był nasz najsilniejszy atut.
  Gdy dotarłem do rogu budynku, wyciągnąłem kawał polerowanego metalu i sprawdziłem co też znajduje się za węgłem. Dostrzegłem dwóch drabów przy drzwiach i jedną czujkę na dachu pobliskiego zamtuzu. Był uzbrojony w karabin Shelshoka.
  - Mysz, do mnie. – szepnąłem lekko do radia, a snajper znalazł się przy mnie w niespełna 3 sekundy. – Widzisz tamte beczki? – kiwnęła tylko głową. – Leć do nich i czekaj na mój sygnał. Zestrzelisz tą czujkę na dachu. – ponowne kiwnięcie i szybki, ale bardzo cichy chód i już była przy beczkach gotowa do strzału. Noktowizory pomagały nam dostrzec każdy ruch, więc nie było problemu, że ktoś nas zaskoczy.
  Odwróciłem się za siebie i używając znaków migowych, pokazałem kapralowi, co zrobimy. Na potwierdzenie kiwnął głową i ruszył za mną. Przylegając do ściany, uzbrojeni w pistolety Vis z domontowanymi tłumikami, dotarliśmy do dwóch drabów pilnujących drzwi. Dałem sygnał Myszy, a w chwilę później truchło czujki uderzyło z wytłumieniem, ale nadal dość głośno, o glebę. Draby odeszły trochę od wejścia do budynku żeby sprawdzić co się dzieje, a wtedy razem z kapralem, ściągnęliśmy ich po cichu ogłuszając ich. Co prawda, jak trochę za mocno docisnąłem dźwignię na kręgosłupie szyjnym przeciwnika i chrupło, ale ważne, że był zneutralizowany.
  Reszta sekcji nr 1 dołączyła do nas, a sekcja 2 i 3 obstawiły teren.
  Podeszliśmy do drzwi z kapralem i na mój znak wbiliśmy się do środka, jak to ćwiczyliśmy wiele razy. On w jedną stronę na krzyż, ja w drugą, zaraz za nami wparowali pozostałych 6 strażników, zabezpieczając w niespełna 5 sekund pomieszczenie.
  W środku trafiliśmy na zaskoczonych 3 mężczyzn i dzieciaka, uzbrojonych w strzelby Hotcha. Zanim zdążyli cokolwiek zrobić, zostali obezwładnieni i zakuci.
  - Dobra, sprawdzić dokumentacje i piwnice i jak zawsze podłożyć ładunki. – rozkazałem ludziom, a sam podszedłem do podejrzanego, który wg mnie wygląd na najbardziej obeznanego. – To teraz powiesz mnie wszystko co wiesz… – przyłożyłem swojego Visa do jego genitaliów. – ... albo możesz się pożegnać, że swoim przyjacielem.
  - Ja… ja… ja…
  - Tak, ty.
  - To jest… magazyn.
  - To widzę, ale czego?
  - Rakuli. Wszystko co się tu znajduje, to Rakula. – odpowiedział z lękiem w głosie.
  - Rakula powiadasz… no nieźle.
  - Panie komendancie. Wszystko zabezpieczone, a ładunki na miejscu. – zameldował mnie kapral.
  - To czas się zmywać. – dźwignąłem się z kolan. – Dobra ludzie. Wypierdalamy!
  - Komendancie, a co z nimi? – kapral wskazał na więźniów.
  - Jak to co. Zostawimy ich tutaj. Niech spłoną, razem ze swym towarem.
  - Ale to nie nasz towar! – wykrzyczał w przerażeniu ten z którym rozmawiałem.
  - Owszem, wasz. Pilnowaliście go, więc jest wasz. A to, że należy do Siatki, to już nie moje zmartwienie. – spojrzał na mnie z oczami pełnymi strachu i błagania.
  - Proszę… nie róbcie nam tego… mam… mam… rodzinę…
  - Było pomyśleć o nich wcześniej.
  - A co z dzieciakiem? – znów pytanie kaprala.
  Spojrzałem na nie tak młodego znowuż dzieciaka, bo wyglądał na około 16 lat. Podszedłem do niego, przyłożyłem mu lufę Visa do skroni i pociągnąłem za spust. Mózg chlupnął o podłogę.
  - Jaki dzieciak? – skierowałem pytanie do kaprala, którego twarz nagle stała się blada niczym kartka papieru. – Zbierać się ludzie.
  Gdy znalazłem się w progu wejścia, pochwyciłem lont detonacyjny i odpaliłem go. Zamknąłem drzwi i zniknęliśmy stamtąd tak szybko jak i się pojawiliśmy. Gdy byliśmy jakieś 3 ulice dalej, wracając do posterunku, nastąpiła lekka eksplozja ładunków fosforowych, które wywołały pożar budynku. Nim straż ogniowa zjawiła się na miejscu, z budynku pozostały tylko fundamenty.
  Metoda naszego działania (a dokładniej mojego) sprawiła, że wszelkie podejrzenia spadały na konkurencję Siatki. Mimo iż byli dość potężni, to i tak wrogowie zawsze się znajdą. A działania takie, jak właśnie ta dzisiejszej nocy, sprawiały, że przedstawiciele Siatki myśleli, że to konkurencja.
  - Panie komendancie, chciałbym zapytać, o wczorajszą akcję.
  - Śmiało kapralu. Co wam chodzi po głowie? – spytałem przeglądając raport straży ogniowej, szukając informacji, czy jakakolwiek paczka Rakuli się zachowała. Nie było nic.
  - Czemu zabił pan tego dzieciaka?
  - A jak myślicie kapralu?
  - Sądzę, że uznał pan go za przeszkodę, swego rodzaju balast, którego trzeba się pozbyć.
  - I dobrze myślicie.
  - Jednakże, nie zmienia to faktu, że postąpił pan niezgodnie z prawem. Winniśmy byli go zamknąć, tak samo jak i resztę. – odpowiedział z miną skupioną i nieszarganą emocjami.
  - Kapralu, byliście ze mną już na 6 akcjach. Co was nagle tak wzięło? Czyżbyście mieli wyrzuty sumienia? Bo jeśli tak, to rozkazuję wam się ich pozbyć. Jeśli się im poddacie, stracę dobrego zastępcę. – łyknąłem trochę herbaty.
  - Rozumiem… ale i tak uważam, że to jest złe. Jeśli nie będziemy działali zgodnie z prawem, to po co w ogóle być jego funkcjonariuszem?
  - Po to, żeby nasze działania były skuteczne. Ostatnie 6 akcji, bardzo mocno uderzyło w Siatkę. Jednakże są zbyt leniwi, żeby się zabezpieczyć mocniej. Będziemy tak działać dalej. Przez cały czas. To miasteczko portowe. Tutaj przestępczość zawsze będzie wysoka. Jeśli nasze działania, nie będą się opierały o to co robimy, to stracimy to miasto bardzo szybko. My działamy, oni myślą, że to ktoś inny i dzięki temu zostajemy poza podejrzeniami. I tak ma być kapralu. Mam nadzieję, że się rozumiemy. – szukałem na jego twarzy poparcia, ale niczego nie znalazłem. Był zbyt… moralny, jeśli idzie o taką robotę, ale z drugiej strony wiedziałem, że rozkazy będzie wypełniał, do końca.
  - Rozumiemy się panie komendancie.
  - To dobrze. Jeśli nie macie nic więcej do powiedzenia, to wolałbym zostać sam.
  - Rozkaz. – zasalutował jak zawsze i wyszedł z biura.

IV

  Przez 3 kolejne miesiące robiliśmy te rajdy, bez jakichkolwiek podejrzeń ze strony Siatki, że mogli się za to zabrać obrońcy prawa. Ja natomiast dostałem rozkaz od burmistrza, znalezienia w najbliższym czasie mego zastępcy. Działo się tak ponieważ, wpływy Siatki w Alekami słabły w oczach. Tak więc mój kontrakt powoli się kończył. Spodziewałem się tego, więc zastępcę wybrałem już dawno temu. Nie, nie był to kapral. Kapral był świetnym żołnierzem, ale na zarządcę się nie nadawał. Awansowałem go za to na kapitana i uczyniłem dowódcą oddziałów Zulu. Komendantem uczyniłem porucznik Makarenę. Ona miała głowę do zarządzania.
  Tak też po „ceremoniach” z tym związanych, zdałem odznakę komendanta, odebrałem zapłatę od burmistrza, a także immunitet miasteczka i udałem się w dalszą drogę. Nic mnie tu już nie trzymało. No poza ostatnią nocą, w którą postanowiłem sobie ulżyć w cierpieniach, razem z panią porucznik.
  Tak jak się spodziewałem, było przyjemnie.


wtorek, 2 kwietnia 2013

Zakochany

I

  Zobaczyłem, że drzwi do komnaty są uchylone. Podszedłem bliżej, zaciekawiony dobywającymi się z wewnątrz dźwiękami. Gdy spojrzałem do środka pomieszczenia, zobaczyłem nagą królową leżącą na swym łożu. Ciało miała, jakby niebiosa wydały je bezpośrednio na ten padół łez. Zabawiała się nim. Patrzyłem na tą scenę z pożądaniem w umyśle… no i mym chuju. Czułem, jakbym miał w spodniach nie miękką na co dzień tkankę, ale sztywnego drąga, który próbuje się przebić przez materiał. Siłą rzeczy, zacząłem robić sobie dobrze. Na korytarzu. W zamku zleceniodawcy, który to właśnie zabawiał się na łóżku na mych oczach.
  Podnietę podniósł mi fakt, że na łóżko wpełzła służka, którą wczoraj zaliczyłem.
  Wpełzła na moją zleceniodawczynię i jedną ręką chwyciła ją za lewą pierś, ustami oplotła prawą, a drugą ręką zaczęła masturbować królową.
  Na robieniu sobie dobrze, do tej sceny, przyłapała mnie jakaś starsza służka. Zdziwienie z jej twarzy szybko uciekło, gdy złapałem ją za gardło i dobiłem do ściany. Potem podciągnąłem jej suknię i zatopiłem fiuta w jej pochwie. Nie powiem, uczucie które towarzyszyło mnie, gdy bzykałem służkę, podczas gdy królowa także się „kochała”, było chyba najlepszym, jakie do tej pory odczułem. Jeszcze lepsze było to, że udało mnie się dojść razem ze służką.
  - O tym… incydencie… ani słowa. – skierowałem do niej słowa po zakończonym stosunku.
  - Nie macie się czym martwić, panie. – poprawiła swój uniform, skierowała wzrok na mnie, oplotła ramionami moją szyję i złożyła niesamowicie ostry pocałunek. – Mam tylko nadzieję, że w najbliższym czasie to powtórzymy. – puściła do mnie oczko i odeszła, smakowicie kręcąc lędźwiami.
  Zastanawiałem się, czy królowa cokolwiek usłyszała, ale biorąc pod uwagę jej jęki, raczej było to wątpliwe.

II

  Dnia następnego, obudziłem się po południu. Dokładniej rzecz biorąc coś koło 14. A przynajmniej tak wskazywał mój chronometr.
  Pierwsze co zrobiłem, to udałem się do kuchni, ażeby zapchać pustkę, którą mój żołądek tylko świecił. Kucharz przygotował na szybko mięso z antylopy górskiej. Na szybko nie było może tak wykwintne jak w pełnoprawnym posiłku, ale i tak w tłumie uszło. Ważne, żeby nie być głodnym, bo gdy człek głodny, to człek zły.
  Po śniadanku udałem się w poszukiwaniu mojej zleceniodawczyni. Znalazłem ją (jak zawsze z resztą) na małym, z racji, że to zamek letniskowy, dziedzińcu pokrytym trawnikiem. Siedziała na brzegu fontanny, bazgrając coś w tym swoim tomiszczu. Prawdopodobnie kolejny poemat. Oddawała się tej czynności z zegarmistrzowską precyzją. Każdego dnia, odkąd tu byłem, o tej samej porze, przychodziła nad tą fontanienkę z kilkoma arkuszami papieru i tworzyła.
  Była ubrana dość swobodnie. Biała koszula z podwiniętymi rękawami, niebieska spódnica i skórzane brązowe buty na obcasie z wysoką cholewą, sięgającą pewnikiem do kolan, jednakże tego nie byłem zdolny zweryfikować.
  - Jak się dziś czujecie, o pani ma? – pytanie zadałem, wykonując lekki ukłon.
  - Przyjemne, panie Huxley. Prosiłabym, żeby jednak nie zwracał się pan tak do mnie. Strasznie staro się przez to czuję. – odpowiedziała z wyrzutem.
  - A więc w jaki sposób winnym Cię tytułować, o pani?
- Wiesz jak. Powtarzałam to za każdym razem, gdy się do mnie zwracasz w ten sposób. Jednakże Ty w swej upartości, wciąż pozostajesz przy oficjalnym tonie.
  - No dobrze… Eleno. – odpowiedziałem, a na jej twarz ponownie wpełz uśmiech, sprawiając, że jej twarz wydała mnie się w tymże momencie, najpiękniejszym obiektem w całym znanym mnie świecie. 
  - Mam do ciebie pytanie, jeśli mogę oczywiście.
  - Wal śmiało dziewczyno.
  - Hm… nie spodziewałam się takiej aprobaty z twojej strony. – uśmiechnęła się jeszcze szczerzej. – Dobrze, to chciałam zapytać, czy dasz radę mnie obronić?
  - Ależ pytanie… Inaczej bym się nie zgłosił do tej roboty. Uważasz, że twoi gwardziści nie dadzą rady zagrożeniu, nieważnie jakie by nie było, więc wynajęłaś mnie. Oczywiście po przeczytaniu i wyegzekwowaniu moich umiejętności. Aczkolwiek nasłanie na mnie zabójców, było ciosem poniżej pasa. – spojrzałem na nią z lekkim wyrzutem, ale też uśmiechem sympatii. Mimo swego młodego wieku, siedziała przede mną dojrzała kobieta, która w przypadek raczej nie wierzyła. A przynajmniej tak wnioskowałem, po jej dotychczasowych działaniach względem mej osoby. – Więc co by to nie było, dam radę Cię obronić.
  - A w jaki sposób zamierzasz to zrobić?
  - No cóż. W najlepszy znany mnie sposób. Pozabijam ich wszystkich. – uśmiechnąłem się szczerze.
  Królowa zdawała się nie podzielać mej radości. Widać dla niej takie metody zdawały się zbyt barbarzyńskie w swej prostocie.
  - A nie lepiej byłoby… nie wiem. Zatrzymać ich do przesłuchania?
  - Jeśli to będzie organizacja, to naślą na Ciebie najprawdopodobniej wyszkolonych, oddanych całkowicie sprawie, żołnierzy. Tacy zazwyczaj noszą przy sobie zestawy samobójcze w postaci pigułek ukrytych w zębach, bądź innym szybko dostępnym miejscu. Mogą też oczywiście po prostu przekupić jakąś służkę, w celu dodania trucizny do twojego posiłku. To już dało by mnie jakieś szanse przesłuchania, ale nie wiem czy byś się zgodziła, bo wielkim prawdopodobieństwem służka z życiem by z tego nie wyszła.
  - No cóż, sama na siebie wyrok by podpisała. O ile oczywiście się taka znajdzie… - odpowiedziała z lekką nutą niepewności. – Jednakże nie pochwalam zabijania. Wydaje mi się ono… zbyt staromodne. Rozumiecie, panie Huxley?
  - Ta. Rozumiem. Zastanawiam się tylko w jaki sposób, będąc tylko dobrą dla ludu, udało Ci się utrzymać władzę po swym ojcu?
  - Od dzieciństwa uważałam, że marchewka jest lepsza od kija. – znów uśmiech na jej twarzy. – Daj ludziom to czego chcą, a popełzną za Tobą, niczym owce za pasterzem, na nowe pastwisko. Oczywiście nie dawaj im wszystkiego, bo się za bardzo rozochocą.
  - Więc dałaś im… ile? Połowę tego czego żądali?
  - Trochę mniej, ale i tak wystarczyło. Lepsze to, niż nasyłanie na nich żołnierzy. Nie sądzisz? – spojrzała na mnie lekko karcącym wzrokiem. Wiedziałem o co jej chodziło. Wszystko było w mojej kartotece, która teraz tkwiła gdzieś w bibliotece zatrudnionych.
  - Ta. Może to i lepsze.
  I wtedy usłyszałam za murami dźwięki pikietowania. Wbiegłem na prędce na mur i wyjrzałem z zań.  Jakieś 20 metrów od murów, ustawili się mieszkańcy pobliskiego miasteczka. Królowa dołączyła, żeby obserwować ten spektakl. Sądziłem, że spodoba się jej to, co zaraz miałem zamiar pokazać. Wyciągnąłem fiuta, chwyciłem ją za głowę i zmusiłem żeby mnie go obciągnęła. Żartowałem. Tak naprawdę kazałem kapitanowi Gwardii ustawić przed wrotami 30 chłopa w dwóch rzędach i uzbroić ich w broń do rozpędzania tłuszczy.
  Gdy już to zrobili, wyszedłem przed tłum, podchodząc do pierwszego jegomościa, który wyglądał na najbardziej rozgarniętego. Był on w wieku około 40 lat, jednakże z dobrze zarysowaną siwizną i długą po klatkę piersiową, brodą.
  - Cóż się dzieje, że wy niesforne gbury, drapiąc z litości mózgownice swe, chcecie powiększyć swe strupy?
  - Zawsze dostajemy wasze dobre słowo.
  - Kto by wam dobre słowo dał, ten by był pochlebcą niższym nad wszelką pogardę. – to skierowałem do niego. - Czegóż wy chcecie trutnie, co ani wojny, ani pokoju nie lubicie. Jedno was straszy, drugie uzuchwala. Kto wam zaufa, ten zamiast lwów znaleźć, znajdzie zające. Zamiast lisów, gęsi. Kto na cześć zasłużył, ten zasługuje na waszą nienawiść. – to skierowałem do wszystkich, a potem powoli przemaszerowałem od jednego końca zebranych, do drugiego, kontynuując monolog. – Niech wam kat świeci. Wamże zaufać?  Zmieniacie zdanie z każdą chwilą. Szlachetnym zwiecie tego co był nienawistnym, nikczemnym tego, co był ozdobą waszą. Cóż to znaczy, że się tu wyszczekujecie na królową, która was trzyma w swych opiekuńczych karbach, ażebyście się sami nie pożarli. – zatrzymałem się przed „przywódcą”. - Precz. Wracajcie do domów, wy… nieszczęśni krzykacze. – odwróciłem się na pięcie i podszedłem do kapitana. – Jeśli ruszą na was, rozpędzić ich tak, żeby się za nimi kurzyło. – odwróciłem lico na przybyszy. – Może to ich czegoś nauczy.
  - Rozkaz panie.
  Klepnąłem go porozumiewawczo w ramię i udałem się z powrotem do królowej.
  - Odchodzą. Nie sądziłam, że potrafisz przemówić ludziom do rozsądku. – odpowiedziała uśmiechając się.
  - Jeszcze wielu rzeczy o mnie nie wiesz, o pani. Wybacz… – podniosłem rękę w geście korekty. – Eleno. – uśmiechnąłem się lekko.
  - Mam dziwne wrażenie, że robisz to celowo, żeby mnie poddenerwować.
  - Nie śmiałbym. Po prostu… nie przywykłem do zwracania się do mych pracodawców i mocodawców per „Ty”. – ukłoniłem się lekko.
  - Hm… podoba Ci się spożyć małą wieczerzę, żołnierzu?
  - Nie odmówię. Z rzadka zdarzało mnie się spożywać posiłki przy boku zleceniodawcy, który w dodatku jest tak urodziwą kobietą.  – uśmiechnęła się i poprawiła ułożenie włosów, zagarniając je za ucho. Zawsze gdy zdarzyło mnie się powiedzieć coś, co w swym zamierzeniu miało być komplementem, wykonywała ten właśnie ruch. Widać, niezbyt wiele dobrych słów o sobie usłyszała, gdy młodą jeszcze była panną.
  Posiłek spożyliśmy w kuchni, jakbyśmy byli starymi przyjaciółmi, co tu żyli od dawien dawna. Oczywiście śmiechy, chichy, ale swoją robotę wykonywałem. Czujnym musiałem być, bo nawet tu zabójcy mogli się kryć. Swoją drogą zastanawiałem się, kto by chciał śmierci takiej osoby jak Elena. Dobrą dla ludu była, wojen krwawych nie prowadziła. Polityka jej opierała się na szczerości i prawdomówności. I może o to właśnie chodziło. Że taka dobra dla ludu była. W jej królestwie ludzie mieli wiele, ale w innych, władcy z pogardą patrzyli na lud pracujący i niższej klasy społecznej. Trochę jak ja. Tyle, że tamci mieli władzę i tabuny żołnierzy na swych usługach, a ja… ja co najwyżej kurtyzanę z dobrego domu uciech (jakoś nigdy nie lubiłem nazwy „burdel”).
  - Opowiedz mi coś o sobie. – z zamyślenia wyrwało mnie pytanie Eleny.
  - Coś o sobie?
  - Nie no skądże znowuż. Pytając, żebyś powiedział mi coś o sobie, chodziło mi, żebyś opowiedział coś o Gigantach z Doliny. – minę miała lekko naburmuszoną. Uśmiechnąłem się tylko lekko.
  - No cóż. Jak sama nazwa wskazuje są to Giganty. I w dodatku z Doliny. – uśmiechnąłem się szerzej. Ona tylko uderzyła mnie lekko w ramię.
  - Przestań się ze mną drażnić!
  - Wybacz Eleno, ale taki mam już sposób okazywania sympatii. – uśmiech nadal nie schodził mnie z twarzy.
  - Aha. Hm… trochę jak mój stary druh, co odszedł stąd niedawnymi czasy.
  - Umarł jak domniemam?
  - Tak… niestety. – jej twarz spochmurniała. Żeby nie wpędzić jej w depresję z tym związaną, postanowiłem przejść do streszczenia mego życiorysu.
  - Cóż. Urodziłem się 5 lipca roku 1877, w małej wiosce daleko na wschodzie. Zwała się Taleyini, co na mowę powszechną, a więc także twoją, można przetłumaczyć jako Przeznaczenie. Co? Nie patrz tak na mnie, ja tej nazwy nie stworzyłem. – łyknąłem trochę wina. - Moja matka zmarła, wydając mnie na ten padół łez. Wydała też na świat jeszcze 3 inne istoty. Mych dwóch braci, którzy „Polegli za Ojczyznę w wojnie z najeźdźcami synu”, jak to zwykł mawiać mój staruszek. Co najlepsze, zawsze w ten sam, patetyczny sposób. Nudnawe to się z czasem zrobiło. No ale na mnie wpływ miało niemały, bo gdym młodym jeszcze i nieopierzonym dzieciuchem był, postanowiłem iść w ich, ojca i jego ojca, generała swoją drogą, ślady i zostałem żołnierzem. Dobra, ale wracając do tematu. Była jeszcze ma siostra. Najmłodsza spośród rodzeństwa, pókim ja się nie zjawił. Czy piękna była, czy też nie, ocenę pozostawiam Tobie, bo jak wyglądam, widzisz.
  - Nie powiem, rysy twarzy delikatne masz, więc nie kłują w oczy. Zgaduję zatem, że siostra twa należała raczej do kobiet, które na swoją urodę mogły porwać niejednego mężczyznę… albo kobietę. – wzięła kęs mięsa.
  - Wielkie dzięki za takie mnie podsumowanie. – odparłem ironicznie. – A więc, gdy osiągnąłem 15 wiek mego życia, wstąpiłem w szeregi armii. Siostra płakała, że już mnie z pewnością więcej nie ujrzy i po części miała rację, a ojciec choć nic nie mówił, to wiedziałem, że duma rozpiera mu klatkę piersiową. Tam też poczułem, że wreszcie znalazłem sens życia. A próbowałem wielu jego dyscyplin. Przez chwilę, tuż przed tym jak wstąpiłem do służby, byłem fahise. – pytający wyraz na twarzy Eleny. – O, tak zapomniałem… em… u was zwie to się, o ile się nie mylę, żegolakiem?
  - Żigolakiem?
  - O właśnie, o to słowo mnie chodziło. No, tak więc byłem w wojsku. Po jakichś 4 latach i jednej dość długiej wojnie, na której mój pluton stracił 3/4 stanu osobowego, oczywiście mężnie odpierając atak wroga, na skrawku nic nie wartej ziemi, zwanej Sehra, odwiedził nas pewien kapitan z jednostek specjalnych, proponując nam wstąpienie w ich szeregi. Tak więc z propozycji skorzystaliśmy. Zastanawiałem się tylko dlaczego. Czemu do rozbitego plutonu, który siłą rzeczy musi zostać rozwiązany, przysłali kapitana z taką propozycją? Jak się później okazało, nasz pluton, zwykłe trepy, wcale nie tak znowuż jakoś zajebiście przeszkoleni, rozbił pluton specjalsów przeciwnika. Widać komuś wyżej się to spodobało. Tak więc od tamtej pory służyłem jeszcze 6 lat z czego w 4 awansowałem do rangi porucznika, wykonując najbrudniejsze roboty, tak żeby łapki ojczyzny, mogły pozostać czyste.
  - To dlaczego już nie służysz? – wyraźnie zaciekawienie.
  - Mógłbym Ci ściemnić, że po prostu wolałem być sobie panem i tak dalej, ale prawda jest bardziej prozaiczna. Trafiłem pod sąd wojenny i zostałem wydalony. Okazało się, że ostatnia robota którą wykonaliśmy, nie spodobała się tym z samej góry. Ale, że powodu, żebym razem ze swoją ekipą zawisnął na stryczku nie było, to puścili nas wolno. Nie był to raczej najlepszy ruch z ich strony.
  - A więc co robiłeś przez te 5 lat, do teraz?
  - Dokładnie to samo co teraz. Najmowałem się u coraz to różniejszych zleceniodawców. Niektórych bez oporów nazwałabyś ludzkimi ścierwami, innych dobroczyńcami i zbawicielami świata, znowuż innych dewiantami, ale ze zdrowym poczuciem „moralności” etc. etc. Jak to się mówi, punk widzenia, zależy od punku siedzenia.
  - Hm… czyli widzę, że historia twego życia, jest dość prostolinijna. – wzięła łyka soku.
  - Jak każdego żołnierza. Nie mamy nic do zaoferowania, prócz własnej broni i usług. Płacisz, wskazujesz nam zadanie, a my je wykonujemy.
  - Tyle w teorii.
  - Otóż nie. Dokładnie tyle samo teorii co i praktyki. Zapłacisz najemnikowi, a on wykona zadanie, choćby miał sczeznąć, bo nic innego, prócz późniejszych zabaw za zarobione złoto, go nie czeka. Nie ma żadnej żonki czekającej z gorącym obiadem. Żadnych dzieci, które byłyby do uściskania i zabawy. Nie ma niczego. Jesteśmy my, zadanie i płaca. A kto płaci więcej, na tego usługach jesteśmy. – wychyliłem kielich do końca i dolałem soku sobie i królowej. Popatrzyła w kielich i odstawiła go. Potem wstała od stołu i odeszła. Ja również się zerwałem, zabierając jednakże talerz z jadłem ze sobą, a butelkę soku upychając za pasem.
  - Królowo! Czekaj! – podbiegłem, żeby wyrównać krok. – Dokąd tak zmierzasz moja pani?
  - Mówiłam Ci, że masz mnie tak nie nazywać! – wyszła z korytarza na dziedziniec, podchodząc znów do fontanienki. 
  - Cóż się stało, że się tak zerwałaś od stołu?
  - Powiedziałeś, że kto płaci więcej, ten was ma na swych usługach. A gdyby zamachowcy złożyli Ci lepszą propozycje niż ja, to odwróciłbyś się do mnie plecami i mnie wykończył? – zadając to pytanie nadal patrzyła w taflę wody.
  - Nie złożą mnie takiej propozycji.
  - Skąd ta pewność? – tym razem obróciła na mnie swój wzrok.
  - Ponieważ zatruli napój, który nam podano.
  Na jej lico wystąpiło lekkie przerażenie.
  - Nie masz się czego obawiać pani. Jesteś całkowicie bezpieczna. Dzięki temu. – z kieszeni wyciągnąłem fiolkę opróżnioną do połowy. – Nazywam ten specyfik „Wykrywaczem i Odtrucicielem”. Nie będę wymieniał wszystkich ziół z jakich się składa, bo za dużo czasu by to zajęło. W każdym razie, jesteś bezpieczna.
  - Wiesz kto to zrobił?
  - Oczywiście, że tak. Inaczej teraz leżałabyś martwa na podłodze w kuchni, z objawami wskazującymi na śmieć serca. A przynajmniej tak stwierdziłby Wiedzący. – uśmiechnąłem się do niej, a ona się do mnie przytuliła. Gładziłem ją po głowie i plecach i szeptałem do ucha, że nie ma się czego obawiać, tak długo jak przy niej będę. Wtedy podniosła głowę i złożyła pocałunek na mych ustach. Ale ten był inny niż wszystkie, które do tej pory zaznałem. Był namiętny, ale… pełen uczucia. Miłości? Zakochania? Tego nie byłem w stanie stwierdzić.
  Nie wiem ile się całowaliśmy, ale miałem wrażenie jakby czas zwolnił 100 krotnie. Potem oderwałem się od jej ust, a ona szepnęła mnie do ucha: „Kocham Cię”. Wtedy to poczułem. Serce przyspieszyło bicie, w klatce poczułem ciepło, które rozprzestrzeniło się na całe ciało, a umysł ogarnął spokój, jakiego nie czułem od wielu wielu lat. I nagle zrozumiałem. Stało się to dla mnie jasne, dlaczego czułem się tak dziwnie przez cały okres bytowania tutaj. Po prostu się kurwa zakochałem. Najemnik w królowej… Matko… jak w jakiejś taniej baśni dla pospólstwa…
  Zanim zdążyłem pomyśleć, odpowiedziałem w odruchu: „Ja Ciebie też”. Wtedy się uśmiechnęła, a z jej wzroku biło szczęście. Uwiesiła się na mej szyi i złożyła kolejny płomienisty pocałunek. Powstrzymywać się nie chciałem, więc i tego nie robiłem.
  Oczywiście siłą rzeczy, skończyło się to wszystko w łożu. Powiem wam, że do tej pory kochałem się tak tylko z jedną kobietą. Reszta stosunków to było po prostu rżnięcie i gwałty.

III

  Następnego dnia z rana, na mój rozkaz, gwardziści zamknęli w celi kucharza. Przesłuchanie go zajęło mnie niespełna godzinę. Zaczął śpiewać jak kanarek górski w okresie godowym, gdy tylko wyłożyłem mu, jakim torturom mam zamiar go poddać, jeśli nie zacznie współpracować.
  Z informacji, które udało mnie się uzyskać, wynikało, że informację dostał listem, który wręczyła mu dziewczynka na rynku w sąsiadującym miasteczku. W liście znajdowało się miejsce spotkania w którym otrzyma zapłatę, po udanym zamachu , a także instrukcja przygotowania trucizny razem, ze składnikami. Była to popularna metoda jednostek szpiegowskich, w której to metodzie, sam byłem szkolony. Żadnych powiązań ze zleceniodawcą. Poinstruowałem zatem Wiedzącego, żeby wypisał wiarygodny i zgodny z działaniem trucizny akt zgonu, a Obwieszczającego o przekazanie informacji o śmierci królowej, na dziedzińcu w miasteczku. Tak też zrobiono. Kucharza puściłem jako wabik i oczywiście kazałem śledzić, ale nie ludziom królowej, tylko bardziej zaufanej grupie zawodowej. Kurtyzanom. Na nie zawsze można było liczyć.
  W 3 dni później, kucharz otrzymał instrukcje odebrania zapłaty. Nadal się nie wtranżalałem i zostawiłem wszystko pod czujnym okiem pań. Oczywiście na miejscu była tylko koperta z zapłatą (i to całkiem solidną jak na takiego kucharzyka) i pisemnym podziękowaniem, za dobrze wykonaną robotę. Kopertę oczywiście kazałem sprawdzić pod każdym kątem Wiedzącemu. 
  Po kolejnym dniu, który upłynął mu na pracy, Wiedzący dał radę wykryć, słabą, bo słabą, ale Aurę. Tak też udałem się na miejsce dostarczenia koperty z przyrządami, do wyostrzenia i wzmocnienia Aury i udało mnie się, niczym po nitce do kłębka, dojść do biura detektywa, które oczywiście było już opuszczone. Jednakże opuszczone, nie znaczy zabezpieczone. Tak też, dzięki swym genialnym działaniom, udało mnie się odnaleźć i scharakteryzować źródło Aury. Były to po prostu Wrota. Tak też posyłając po Wiedzącego, udało nam się otworzyć je z powrotem na tyle długo, co bym mógł przez nie się przedostać.
  - Nie wiem co tam napotkam, więc jeśli za 3 godziny otworzysz portal i się nie pokażę ponownie, uznajcie mnie za martwego i za cholerę nie wysyłaj nikogo, żeby sprawdził, czy rzeczywiście poległem. Za to badaj dalej źródło i dopadnij kogokolwiek za to odpowiedzialnego. – gdy przekroczyłem próg bramy jedną nogą, odwróciłem się jeszcze na chwilę. – I chroń królową, jak swojego pierdolonego oka w głowie. Zrozumiano? – kiwnął tylko głową na potwierdzenie.
  Wskoczyłem dalej w bramę i pochłonęło mnie światło. Światło tak zimne, że oddech zamieniało w płatki śniegu.  Śmiałem się jednakże, bo Wiedzący miał tylko jedno oko, więc moje ostatnie zdanie, było niesamowicie ironiczne jak dla mnie. Potem Wrota się otworzyły i upadłem na posadzkę z kamienia. Nic za bardzo nie czułem, wzrok był rozmazany, a moja motoryczność spadła do poziomu świeżego trupa. Tak też tam leżałem, nie mam pojęcia ile. Potem dobyłem Bolta, dźwignąłem się na kolana i zlustrowałem pomieszczenie. Było całkowicie puste, a jedynym źródłem światła było małe, zakratowane okienko. Gdy ustawiłem się już do pionu, zwymiotowałem. Podróże przez Wrota, ze słabym połączeniem, nie były dobrze odbierane przez mój żołądek.
  Pomieszczenie zlustrowałem jeszcze raz w poszukiwaniu drzwi, ale żadnych nie znalazłem. – W takim razie muszą być ukryte Jonah. Czas ich poszukać leniwy skurwielu. – powiedziałem sam do siebie i zacząłem szukać ukrytej dźwigni. Żadnej nie znalazłem, za to opukując ściany, usłyszałem różnicę dźwięku. Wiedziałem już, którą ścianę wysadzić. Problem był taki, że przeciwnik, kimkolwiek by nie był, wiedział już o mojej obecność. Pewnikiem od momentu jak zjawiłem się w ściemnianym biurze detektywa. A może jeszcze wcześniej. W każdym razie nie było co tracić czasu. Wepchnąłem w szczelinę między kamieniami zwój eksplozywny i podpaliłem lont. Potem ustawiłem się w dystalnym kącie tejże ściany, która zostanie za chwilę wysadzona. 
  Nastąpiła eksplozja, a wzrost ciśnienia mnie ogłuszył, ale nie rozerwał bębenków. Na szczęście. Wychylając się lekko przez powstałą dziurę, dojrzałem jedynie korytarz. Hm… zupełni bez skapy, że to pułapka. Pewnie i tak aktywuje się dopiero, gdy jakieś żywe stworzenie się w nim znajdzie. No ale co tam, raz się żyje. Tak więc trzymając broń przed sobą, mierząc przez cały czas w odległe drzwi, wszedłem do korytarza, ale nic się nie aktywowało. Tym lepiej dla mnie. Podszedłem do drzwi, ale za klamkę nie chwyciłem. Od razu bez ceregieli zrobiłem wjazd z buta i rzucając się do przodu, wykonując obrót przez ramię, wpadłem do pomieszczenia, błyskawicznie je lustrując. Lufa Bolta zatrzymała się na chudym jegomościu w czarnym uniformie maga Bractwa, siedzącego przy jedynym źródle światła w tym pomieszczeniu, a była nim lampka umieszczona na dębowym stole.
  - A wiec, jednak mnie dopadliście. Gratulacje. – głos strasznie stary i zniszczony. Zupełnie jak dźwięk wydobywający się z gramofonu, gdy igła wypadnie z rowka płyty. – Zgaduję też, że śmierć królowej, jeśli tu jesteś, to było małe-duże oszustwo?
  - A jak myślisz?
  - Dokładnie tak myślę. – przeciągnął się, aż coś chrupnęło w kręgosłupie. Potem odwrócił na mnie swą twarz, która była chuda i równie zniszczona, jak głos właściciela. Sędziwego właściciela.
  Zobaczyłem, że w prawej ręce dzierży zwój. Pewnikiem detonacyjny.
  - Jak widzisz, nie możesz mnie zabić, bo i ty zginiesz. – pewność w głosie.
  - Nie byłbym tego taki pewien. Jak można wywnioskować, nie jestem zwykłym żołnierzem. – uśmiechnąłem się lekko pod nosem. I przestawiłem Bolta z Błyskawic, na Elektromagnetyzm. W tym wypadku musiałem być precyzyjny, a to zapewnią mnie tylko stalowe pociski, wystrzelone z niezłą prędkością. – Po coś to chciał zrobić? Zabić ją? Kto jest twoim mocodawcą?
  Zaśmiał się tylko. – Nie mam mocodawców chłopcze. Nie jestem jak ty, psie wojny. – powiedział to z wyraźną pogardą, ale już się do takich wyzwisk przyzwyczaiłem. – Sam jestem sobie panem i władcą.
  - No cóż, to ułatwia mnie zadanie. Po coś to zrobił? Jaki władca Ci kazał?
  - Nie słyszałeś co mówiłem? Sam jestem sobie panem. Myślisz, że którykolwiek byłby na tyle głupi, żeby zabić Królową Dobroci? Jej ludność ją kocha. Jasne, że zdarzają się pomniejsze przypadki niezadowolenia, ale to przez to, że są rozochoceni jej dobrocią. Daj psu palec, a odgryzie całą rękę. Wiesz jak to jest z ludźmi, zawsze chcą więcej. Jeśli by który władca podjął się zabójstwa, jej ludność zaraz by się domagała wojny, a z racji, że jej królestwo największym w okolicy jest, to żaden nie będzie na tyle głupi.
  - To czemuś chciał ją otruć?
  - Ponieważ wojna sprzyja mi w interesach, żołnierzyku.
  - Jesteś handlarzem bronią? Nie… nie bronią. Magią. Zwoje i cały ten szajs. Mylę się?
  - Heh. Jak na żołnierza, to całkiem pojętny z ciebie człek.
  Uśmiechnąłem się tylko, a on chwycił za sakwę, leżącą na stole i rzucił mnie ją pod nogi. Usłyszałem dźwięk monet.
  - 8000 sztuk złota. O 2 więcej niż płaci Ci królowa. Weź to. W końcu jesteś najemnikiem, prawda? Natury nie pokonasz.
  - Chyba, że wpierdoli się miłość.
  - Że co?
  - Gówno. I tu cię mam. – uśmiechnąłem się szczerze, wycelowałem w najwyższy punkt szyi i pociągnąłem za spust.
  Głowa została dosłownie urwana, a ciało po chwili wahania, upadło z głuchym łoskotem, na kamienną posadzkę. Czerep upadł zaraz za nim. Podszedłem do trupa i wyciągnąłem z jego ręki zwój. Niebezpieczeństwo nadal istniało, bo skurcz pośmiertny się może w każdej chwili zjawić, a w tym momencie nie chciałbym zginąć za bardzo.
  Zanim jednakże miałem stąd wybyć i już nie wracać, wbiłem w czaszkę sprawcy Szpikulec, który dał mnie Wiedzący. Czekałem, aż lampka w rękojeści zażarzy się na zielono. Wtedy ją wyciągnąłem. A potem pozostało mnie czekanie, które umiliłem sobie przeszukując pomieszczenie w celu znalezienia jakiś innych wartościowych przedmiotów.

IV

  W 3 i trochę godziny później, bogatszy o 8000 sztuk złota i wioząc truchło maga-renegaty, znalazłem się powrotem w zamku.
  - Moja królowo, niebezpieczeństwo zażegnane, dzięki temu oto mężnemu wojownikowi. – Wiedzący, chyba lubił przesadzać, ale ja takich konwenansów nie znosiłem. Toteż po prostu podszedłem do królowej, ucałowałem ją w grzbiet ręki i spojrzałem jej głęboko w oczy. Potem mnie pocałowała.
  - Trzeba by ci ciepłej kąpieli, mój żołnierzu. – powiedziała do mnie, gładząc moje włosy.
  - Preferuję zimną, pani.
  - Dobrze, a więc niech będzie zimna. Przygotujcie kąpiel dla pana Huxley. – zwróciła się do lokaja, który natychmiast wykonał polecenie, poganiając służbę.

V

  Gdy brałem kąpiel, królowa zjawiła się, ubrana tylko w półprzezroczysty szlafrok. Wysunąłem się z wanny, utopiony w niej po samą szyję.
  - Chcesz czegoś konkretnego?
  - A jak myślisz? – pytanie zadała, rozwiązując sznur i zrzucając z siebie zbędny kawał materiału.
  Potem weszła do wanny, a zimna woda, wyraźnie dała jej się we znaki, przyspieszając oddech i wywołując reakcję pilomotoryczną. Dosiadła mnie okrakiem, a ja poczułem jak mój fiut zagłębia się w jej organizm, a piersi przyjemnie ocierają się o moje ciało. Pochyliła się nade mną i złożyła pocałunek, głęboki niczym doznania ostatniej spędzonej z nią nocy. Pamiętam, że tak też kończyliśmy. Kilka razy z rzędu. Królowa miała niesamowite rezerwy energii.
  Obudziłem się jeszcze przed świtem. Z ciężkim oddechem zerwałem się z łóżka. Siedząc na jego brzegu, spojrzałem na pasmo górskie, które znajdował się niespełna 10 kilometrów stąd. Widziałem łunę światła słonecznego, bijącą od szczytów pięknie ośnieżonych. Obróciłem się w stronę śpiącej nago Eleny. Pochyliłem się nad nią i złożyłem ostatni pocałunek na jej ustach. Potem ubrałem się i cicho wychodząc z pokoju, ruszyłem do magazynu po resztę swych manatek. Wliczając w to sowitą zapłatę, która powinna starczyć na minimum rok intensywnej balangi. Z resztą, praca się dla mnie zawsze znajdzie.
  Dlaczego nie zostałem z kobietą w której się zakochałem? No cóż. Po prostu nie mnie zaznać szczęścia na tym świecie. Zbyt dużo zbrodni popełniłem. Zbyt dużo żyć odebrałem. Życie najemnika to wędrówka. Od zlecenia do zlecenia. Z resztą wszystko wyjaśniłem jej w liście. Ta dziewczyna zasługuje na kogoś innego. Kogoś lepszego. I choć, może złamię jej serce, jak tylko się obudzi i zapozna się z treścią listu, to zrozumie mój czyn. Mam nadzieję...
  Kto wie, może jeszcze wiatry mnie przygnają w te strony, gdy znudzi mnie się wojaczka i tułaczka po tym świecie.  Kto wie…