wtorek, 12 listopada 2013

Polowanie na "Czerwonego Smoka"

I

Wyprowadziłem cios prosty, ale Lena szybko go zbiła, wykonała piruet z przeskokiem do przodu i znalazła się błyskawicznie za moimi plecami. Po tym, poczułem silny cios w okolicy kręgosłupa lędźwiowego. Odrzuciło mnie to do przodu, jednocześnie wytrącając z równowagi. Żeby nie przychrzanić o glebę, wykonałem przewrót przez prawe ramię i lądując na kolanach, szybko obróciłem się w stronę dziewczyny. Ta była już przy mnie, wyprowadzając cios podudziem, mierząc w moją skroń. Zablokowałem go przedramieniem, tuż przy mojej głowie i wyprowadziłem kontrę prawą pięścią, mierząc w krocze dziewczyny. Cios doszedł celu. Lena zgięła się i straciła równowagę, wtedy na nią skoczyłem, a z racji, że byłem 30 kg cięższy, przyszpilenie jej do ziemi, nie sprawiło mnie żadnych kłopotów.
Dziewczyna wyprowadziła cios łokciem w moją twarz, ale ten także zblokowałem, odsunąłem się na bok, jednocześnie chwytając ją za przedramię, i zakładając dźwignię na jej łokciu, przyszpiliłem ją do gleby jeszcze bardziej, sprawiając jej jednocześnie spory ból. Wyginając moje ciało jeszcze bardziej w łuk, spotęgowałem tylko efekt. Puściłem ją dopiero, gdy zawyła z bólu naprawdę mocno i odklepała walkę.
- Ty cholerniku! Prawie złamałeś mi rękę. – spojrzała na mnie z furią w oczach.
- Nie złamałbym Ci ręki. Po prostu, zwichnąłbym ci łokieć. – odpowiedziałem z uśmiechem, a ona wystawiła mnie środkowy palec, co symbolizowało znak nieuprzejmości. Ja tam tego jakoś nie łapałem. Po prostu środkowy palec. Ale tak już jest z symbolami. – Muszę przyznać, że wyglądasz naprawdę słodko, gdy się denerwujesz.
- Pierdol się.
- Bardzo chętnie, ale nie wolałabyś najpierw wymyć się z tego piachu, którym jesteśmy oblepieni? Wolałbym, żeby żadne jego ziarenka nie dostały się w nieodpowiednie… szczeliny. – puściłem jej oko i klepnąłem w pośladek. Lena próbowała się odegrać… tyle, że kopniakiem. Jednakże szybko odskoczyłem i cios wymierzony w moje krocze, przeciął tylko powietrze.
Zaraz po wyjściu z rzeki przywaliłem dziewczynę swoją masą ciała. Rzucała się, chociaż wiedziała, że nie ma szans na zwycięstwo. Mam wrażenie, że robiła to po prostu, bo gustuję w walecznych kobietach.
Pochwyciłem jej przedramiona i wyciągnąłem wysoko „w górę”, aż do wyprostu kończyn górnych. Zaraz po tym moje usta przylgnęły do jej, a nasze języki się skrzyżowały. Uwolniłem jedną rękę, pozostawiając cały problem trzymania przedramion dziewczyny, drugiej. Wolną kończyną, zszedłem poniżej pasa i zaplotłem uda dziewczyny wokół swojego torsu, a następnie nakierowałem swoje penisin do „bram raju” jak to ujął kiedyś mój pułkownik (teraz emerytowany i w dodatku z jaskrą) czym dla niego są genitalia kobiety.
Dziewczyna wygięła się przyjemnie w lekki łuk i jeszcze mocniej przylgnęła do moich warg. Jednakże postępująca rozkosz, rodząca się z każdym ruchem lędźwi zmusiły i mnie i ją, do zaczerpnięcia głębszego wdechu, coby nie mieć następnego dnia zakwasów w miejscach w których nie winno się ich mieć.   
Gdy orgazm ogarnął i moje i Leny ciało, znów poczułem jakby ukłucie winy… często na koniec stosunku przychodziło wspomnienie Eleny… Elena…
Mam wrażenie, że wtedy, robiąc za jej ochronę, niepotrzebnie się zakochałem. No ale kiedyś chyba na każdego przychodzi pora.
Po zakończonym stosunku, ponownie wzięliśmy kąpiel, tyle, że tym razem wyjście z rzeki zakończyło się po prostu założeniem szat i spakowaniem ekwipunku.
- To gdzie się w końcu udajemy? – dziewczyna zadała pytanie, mimo iż powtarzałem jej już parę razy co jest celem naszej podróży.
- Do Astroportu, w celu skontaktowania się z handlarzem, który przemyci nas na Helios. Ile razy mam to Tobie powtarzać, co? – zapytałem lekko podirytowany.
- Tyle razy ile będzie trzeba. – puściła oczko i ruszyła szybkim krokiem jako pierwsza.
Ruszyłem zaraz za nią, patrząc na mapę i obliczając mniej więcej, ile nam do miasta zostało. Wyszło mnie, że mamy jeszcze około pół dnia marszu. Tak więc z głową pełną niczego, ruszyłem w trasę z moją partnerką podróży, a także jedynym wsparciem, jakie na tą robotę przygotowałem.
Przez te parę miesięcy przebywania z Leną i uczenia ją walki, przekonałem się, że jest bardzo uzdolnionym nożownikiem, jak i strzelcem wyborowym. Dlatego też postanowiłem, że gdy tylko znajdziemy się na Helios, pierwsze co zrobię, to kupię jej karabin Tor, coby miała z czego ponapierdalać do przeciwnika, jeśli zajdzie taka potrzeba. A jak nie, to chociaż dla rozrywki. W sumie, też zawsze chciałem z tego ponawalać.

II

Do Astroportu dotarliśmy, gdy Słońce chowało się już za horyzontem. Miasto z daleka można było dostrzec bez problemu. Powodem były wysokie budowle, które zdawały się dotykać chmur… jakby je drapiąc. Stąd też z resztą wzięło się określanie tych budowli mianem „drapaczy chmur”, co było, jak to ujęła Lena, w pewien sposób romantyczne. A dla mnie? Meh… nazwa jak nazwa. Przynajmniej nie brzmiała zbyt głupio, ale i tak miałem wrażenie, że raczej na zbyt długo z nami nie pozostanie.
Wejście do miasta od strony zachodniej, było jednym z lepszych pomysłów w moim życiu. Promienie światła w bardzo przyjemny i nastawiający pozytywnie sposób, oświetlały drogi, które przechodziły po prostej między budynkami, dzięki czemu miało się ogląd ulicy. Z racji, że miasto było wybudowane na zboczach, ulice zawsze szły pod kątem. W zależności od miejsca - podróż, albo odbywała się w górę, albo z górki.
Człowiek odpowiadający za nasz przemyt, miał ponoć bytować w lokalu zwanym „Usta nierządnicy” i wbrew nazwie, nie był to burdel, a dość zadbana tawerna.
Zaraz po przekroczeniu progu lokalu, do mych nozdrzy trafił znany i lubiany zapach spożywanego w dużych ilościach alkoholu.
Pierwsze co zrobiłem, to podszedłem do szynkwasu i zamówiłem butelkę soku maliwiańskiego i dwa gliniane kufle. Jakoś z tego rodzaju wykonanych kufli, sok miał lepszy smak.
Gdy zasiedliśmy przy stoliku, rozlałem i sobie i Lenie po kuflu i na dzień dobry, wypiliśmy je jednym haustem.
- To gdzie ten Twój handlarz, Huxley? – zadając to pytanie, dziewczynie się odbekło na tyle porządnie, że co niektórzy bywalcy lokalu obrócili na nas swoją jaźń.
- Wiesz, że nie lubię gdy tak się do mnie zwracasz. – nalałem kolejny kufel. – Ja względem Ciebie, zawsze używam pierwszego imienia.
- Tylko dlatego, że nie znasz drugiego. – cmoknęła do mnie i odwróciła wzrok, prawdopodobnie w poszukiwaniu jakiegoś bardziej znośnego aparycją i manierami osobnika, którego mogłaby zaciągnąć, do jakiejś najbliższej noclegowni w celu zabawienia się. I znalazła. – Zmywam się. Wiesz w jakim celu. – podniosła tyłek i wypruła niczym strzała od stolika, zagadując jakiegoś, na oko 20 letniego, chłopaczka. I tylem ją widział.
Czasami sądzę, że gdyby nie ja, to z tej dziewczyny mogłoby wyrosnąć coś przyzwoitego… ktoś bardziej pasujący do norm społecznych, które mnie otaczały. No ale tak mam przynajmniej zaufanego partnera podróży i dobrego… hm… tak… przyjaciel, to może być to słowo.

III

Około godziny 1900 w przybytku zjawił się osobnik odpowiadający temu z fotografii, którą dostałem od zleceniodawcy. Kobieta, dobrze zbudowana, około 5 i pół łokcia wysokości, krwistoczerwone włosy.
- Ponoć przy burzowych chmurach loty w Przestrzeń, są odwoływane. – powiedziałem to na tyle głośno, żeby kobieta mogła mnie usłyszeć.
- Ale tylko gdy pioruny omiatają szczyty gór. – usłyszałem w odpowiedzi. Weryfikacja zakończona. Teraz można było przejść do biznesu.
- Zapraszam. – wskazałem na wolne krzesło obok mnie. – Napije się pani ze mną?
- Bez kielicha, a w tym przypadku bez kufla, nie zwykłam dyskutować o interesach. – zasiadła przy mnie, a ja nalałem jej soku po same brzegi. – Na zdrowie.
- Na zdrowie. – i kielichy stuknęły się. – Tak więc. Tutaj znajduje się opłata i list instruktażowy. – podsunąłem kopertę kobiecie, a ona zważyła ją w ręku i sprawdziła zawartość. Wyraz jej miny wskazywał, że wszystko było w porządku. – Jeśli się zgadza, proszę zapoznać się z instrukcją i jutro spotkać się tutaj ze mną, punktualnie o 1200. Każda minuta spóźnienia, powoduje ubytek premii o 10%. Mam nadzieję, że się rozumiemy?  
- Całkowicie, panie…
- Huxley. I na tym poprzestaniemy.
- Niech i tak będzie. Tak więc, do zobaczenia dziś wieczorem, panie Huxley. – podsunęła mnie karteczkę, na której dostrzegłem adres. Wyzerowała kufel i odeszła krokiem niepozostawiającym złudzeń, co do wymowy ostatniego wypowiedzianego przez nią zdania.
- Hm… to zlecenie zapowiada się nader ciekawie… - szepnąłem do siebie.
Resztę dnia spędziłem w lokalu, wiedząc, że Leny i tak do ranka nie ujrzę. Tak więc wdałem się w konwersację z byłym instruktorem musztry, który teraz robił w Straży Miejskiej, jako sierżant sztabowy (niektórych przyzwyczajeń, nie da się zmienić), bójkę którą to rzeczony sierżant przerwał, zalałem prawie w trupa z rzeczonymi kolesiami z którymi owej bójki się podjąłem, no a na końcu, dowlokłem się do adresu, który mnie nasza kochana pani Transport podała.
Gdy zapukałem do wrót, otworzyła mnie ubrana w lekkie półprzezroczyste szaty, kobieta , jednakże nie ta, z którą spotkałem się w lokalu.
- Przepraszam… ale szukam tej kobiety. – pokazałem zdjęcie. – Nie wie pani, gdzie mogę ją znaleźć? – z trudem trzymałem pion, toteż podparłem się o framugę wejścia.
- Spokojnie Helio, to… znajomy. – głos przemytniczki wybił się ze szczytu schodów, które można było dostrzec zaraz po otwarciu wejścia. – Zapraszam panie Huxley w moje skromne progi.
Powiem tylko tyle, że progi nie były absolutnie skromne. Sytuację, dodatkowo poprawiał fakt, że przemytniczka była ubrana podobnie jak jej koleżanka. Tak więc, czyniąc historię krótką, wiedziałem co się szykuje. Szczegółów wam oszczędzę, mości panowie, albowiem, to przeżycie tamtej nocy było po prostu zbyt dobre, ażeby odbierać panom jego smak, poprzez opowiadanie tego słowami, które i tak są zbyt płytkie. To TRZEBA przeżyć. Polecam oczywiście wstawić się przed uczestniczeniem w tego typu igraszkach. Jakimkolwiek środkiem odurzającym. Na czym to ja… a tak!
Rano wróciłem do tawerny, i usiadłem przy tym samym stoliku, który okupowałem poprzedniego dnia. Zamówiłem ten sam trunek i czekałem, aż zjawi się Lena. Ta przyszła około godziny 0800. Około, bo nie spojrzałem na chronograf, a wnioskowałem po promieniach słońca, które dostawały się do środka poprzez okiennice.
- Jak tam noc, dziewczyno? – spytałem, gdy tylko przekroczyła próg.
- A jak myślisz?
- Hm… pewnikiem podobnie jak i u mnie. – uśmiechnąłem się pod nosem i łyknąłem nieco trunku z kufla. – Dosiądziesz się, czy będziesz tak tkwiła przy tym szynkwasie?
- Czekajże, głodna jestem. – odwróciła się do wejścia na zaplecze. – Ejże! Czy jest tu ktoś na tyle kompetentny, żeby mnie obsłużyć?
- Na twoim miejscu, zważałbym na słowa, mała. Chyba nie chcesz skończyć z włosem łonowym w swoim daniu… albo kilkoma. – puściłem jej oko, a ona tylko przewróciła swymi.
Po chwili zjawił się właściciel i spytał co podać. Lena jak zawsze zamówiła gulasz, surówkę z marchwi i pół bochna chleba. Zawsze odkrawałem sobie kawałek, ponieważ miałem słabość do świeżego pieczywa. Najbardziej uwielbiałem jego zapach…
Tak więc, jak umówione, o 1200 w lokalu zjawiła się przemytniczka.
- Witajcie, panie Huxley. – przywitała mnie z uśmiechem od progu. – Wczorajszej nocy, było przyjemnie. Moja koleżanka podziela to zdanie.
- Raduje mnie ten fakt niezmiernie… - w pół zdania wbiła się Lena.
- Widzę, że z Ciebie podobne ziółko, jak i ze mnie. Najpierw pierdolisz się ze mną, a później znajdujesz sobie inną…
- Ja po prostu wykorzystuję sytuację maleńka, bo w przeciwieństwie do Ciebie, nie muszę jej szukać. – klepnąłem ją przyjacielsko w ramię, a ona tylko prychnęła i oddała się spożywaniu gulaszu.
Odwróciłem się na powrót do przemytniczki. – Tak więc… w sumie, to nawet nie wiem, jak was zwą…
- Anna.
- A więc Anno, o której wylot i jak długo nam zajmie nim dotrzemy do Helios?
- Helios znajduje się od nas o około 4 lata świetlne… plus minus 2 dni. No chyba, że natrafimy na jakieś anomalie, wtedy wiadomo, czas się wydłuży.
- 2 dni? Nie da rady szybciej?
- Pan wybaczy, panie Huxley, ale mój Świetlik, to nie Gwiazda Bojowa, albo jakiś inny typ okrętu, że mogę sobie przeskakiwać między układami w ciągi kilku chwil. Wie pan jak potężnych kryształów wymaga tego typu Skok, żeby być tam w ciągu chwili? Poza tym, Osłony podtrzymujące funkcje życiowe…  - jej wywód zaraz miał się stać dość miłym widowiskiem, ale kiedy zobaczyła mój uśmiech na twarzy, odpuściła sobie, bo poznała się na mojej grze. – Pan lubi się tak bawić ludźmi, prawda?
- Każdy potrzebuje jakiejś pasji. – odpowiedziałem, nadal trzymając poprzedni wyraz twarzy.
- Wylot jutro o 10 rano. Nie spóźnić się proszę.
Kiwnąłem głową, na potwierdzenie. – Zanim pani odejdzie… – zatrzymałem ją w progu. – Mówi się 1000, nie 10 rano. Z tego co wiem, w tym państwie używa się systemu 24 godzinnego. – machnęła na mnie ręką i wyszła z lokalu.
- Zmywam się Lena. Poszukam jakiegoś dodatkowego sprzętu, zanim wyruszymy. – tak też zwlokłem swój ciężki zad z krzesła, wyszedłem z tawerny i ruszyłem w stronę Portu, coby znaleźć tam wymagany sprzęt.
Długo szukać nie musiałem, bo zaraz zjawili się przedstawiciele, którzy najwidoczniej potrafili wyczuć klienta z daleka.
Na godną uwagi ofertę trafiłem dopiero po jakimś czasie. Z racji, że zleceniodawca, wyposażył mnie w budżet odpowiedni, do moich zachcianek, kupno sprzętu nie stanowiło żadnego problemu.
Do zachodu Słońca, miałem wszystko czego potrzebowałem. Znalazł się nawet karabin Tor, tak więc, nie musiałem czekać z jego kupnem, aż do przybycia na Helios. Gdy tylko pokazałem go Lenie, ta z radości aż rzuciła się mnie na szyję, co nie powiem, było dość przyjemne.

IV

Następnego dnia, o umówionej godzinie, wyruszyliśmy w przestrzeń. Najpierw start, podczas którego nie zaznaliśmy efektu Przyciągania, dzięki Niwelatorom (pierwsi Pielgrzymi mieli z tym niejakie problemy), a następnie, gdy tylko znaleźliśmy się poza Strefą - Skok. Człowiek ma wrażenie, jakby był rozciągany w kierunku frontu statku. Jednakże nie jest to aż tak dyskomfortowe, jak to niektórzy opisują.
Tak jak powiedziała Anna, w dwa dni dotarliśmy do Strefy Helios. Oczywiście „dokładne” przeszukanie, przez jednostki Straży Granicznej, nic nie dało. Pieniądz potrafi zdziałać naprawdę wiele.
Gdy tylko moje stopy dotknęły powierzchni planety w twarz uderzyło mnie palące powietrze.
- Fahise… gorąco tu.
- A czego się spodziewaliście, panie Huxley? Jesteśmy w odległości dwa razy bliższej do Helionu niż Astoria do Słońca. Gwiazda może mniejsza, ale nadal grzeje niemiłosiernie.
Nie lubiłem ciepła. Zawsze wolałem, umiarkowane temperatury, albo niższe. Także nie widziało mnie się, że to tutaj zostałem wysłany, żeby zapolować na grubego zwierza.
Odwróciłem się do przemytniczki i wręczyłem jej premię. – I tak jak się umawialiśmy. Daję sygnał, pani przylatuje, odbiera nas stąd i wracamy do domu.
- Zawsze myślałam, że dla ludzi pańskiego pokroju, nie ma czegoś takiego jak dom.
- Moją planetą jest Astoria, a nie jakieś pierdolone pustynne piekło, jak Helios i mu podobne kawałki skały, dryfujące w Przestrzeni. – splunąłem parszywie na powierzchnię tej przeklętej planety.
- Jak tam chcecie. Mnie odpowiada każda planeta, na której można dobrze zarobić. Tak więc, do zobaczenia panie Huxley. – wyciągnęła rękę na tymczasowe pożegnanie, a ja odwdzięczyłem uścisk.
- Dobra Lena, zbieraj graty i ruszamy poszukać, jakiegoś chłodnego lokalu.
Ruszyliśmy więc w głąb miasta, poszukać jakiegoś przybytku w którym w miarę będzie się można ochłodzić, wykąpać, zjeść i przespać.
Po niedługich poszukiwaniach coś takiego się znalazło. „Baribal”. Nazwa trochę ironiczna i tak jakby przewidująca upadek przybytku z racji, że ostatnio osobnik tego zwierza, był widziany około 120 lat temu. No ale nie moja sprawa.
Przekroczyliśmy próg, a wnętrze okazało się dość ładne. Podszedłem do blatu i uderzyłem w dzwonek. W ciągu sekundy znalazł się przy nim recepcjonista.
- Jak mogę państwu pomóc? – spytał z tym nienagannym uśmiechem, który możecie zauważyć u każdego dobrze wytrenowanego w tymże fachu.
- Pokój dla dwojga. I proszę sobie nie szczędzić. – rzuciłem na blat woreczek, a zawartość zabrzmiała dość przyjemnie i jednoznacznie.
- Rozumiem… pokój dla dwojga… O! Ten będzie w sam raz. – podał mnie klucz z numerem 69. – Apartament na najwyższym piętrze. Czy życzą sobie państwo, aby lokaj wniósł za państwo bagaż?
- Nie, dzięki chłopaku. Poradzimy sobie.
Zabrałem klucz i ruszyliśmy na najwyższe piętro… windą na szczęście. Pomyślałem sobie, że gdybym miał tachać cały ten ekwipunek po schodach, to chyba bym tu kogoś zapierdolił.
Pokój też okazał się naprawdę przytulny. Sypialnia z jednym, za to naprawdę wielkim łożem, łazienka posiadająca, zarówno wannę żeliwną, jak i prysznic, oddzielna toaleta, przedpokój, w którym znajdował się regał pełen książek. W tym parę tytułów, które znałem z lat młodzieńczych.
- A więc dziewczyno. Ty zostajesz tutaj, a ja idę się spytać o pewien adres, do którego się wybiorę.
- Ale…
- Bez dyskusji. – przerwałem jej. – Ty zostajesz, ja idę. Tu masz książki. Poczytaj sobie parę, bo widzę, że są tu naprawdę miłe tytuły. - wyciągnąłem jej „Błękitnego Smoka”. – Trzymaj. Dobra książka psychologiczna. Powinna Ci przypaść do gustu. W każdym razie, ja ją ciepło wspominam. No, tak więc, do zobaczenia. – odmachnąłem jej i udałem się do drzwi.
- A jak będę głodna, tatku? –zapytała z tym jakże szczenięcym wzrokiem.
- Tam masz aparat. Zadzwoń po służbę, na pewno coś Ci dostarczą. – zatrzasnąłem za sobą drzwi i udałem się do recepcji. Tam spytałem recepcjonistę, gdzie znajduje się ulica Heliańska. Wytłumaczył mnie dokładnie jak stąd dojść. Wręczył nawet mapę i na niej zaznaczył trasę, co ułatwiło znacznie podróż.  
Po drodze, naoglądałem się tego, bądź co bądź ładnego miasta. Wszędzie znajdowały się fontanny, mające na celu schłodzenie powietrza, a także można się było w nich zamoczyć, gdyby człowiek odczuwał taką potrzebę.
Do domu mojego kontaktu dotarłem po około godzinie marszu. Godzinie, bo raz, że miasto jest właściwych rozmiarów, dwa, nie spieszyło mnie się.
Co dziwne drzwi wejściowe nie były zamknięte. Albo to miasto było tak bezpieczne, albo… no właśnie. Tak więc dobyłem Bolta i trzymałem go w pogotowiu. Dodatkowo pod moim półpłaszczem, miałem schowany obrzyn, uzbrojony w „Oddech Smoka”, tak więc nie miałem zbytnich obaw, co do finału ewentualnej konfrontacji.
Próg przekroczyłem delikatnie uchylając drzwi i lustrując hall wejściowy. Pusto, jednakże szło dostrzec ślady krwi i rozbite wazy, jak i meble. Podążyłem smugą juchy i w następnym pokoju znalazłem to, czego obawiałem się znaleźć. Truchło mojego informatora. Zlustrowałem i to pomieszczenie, ale niczego nie zauważyłem. Podszedłem do ciała denata, żeby upewnić się czy rzeczywiście jest martwy, ale brak pulsu i bełt wystający z jego czaszki sugerowały tylko jedno.
Tak więc omiotłem parter, a następnie udałem się po schodach na piętro. Tam usłyszałem dźwięk tłuczonego szkła i wywracanych mebli. Udałem się ku źródłowi dźwięku. Gdy uchyliłem lekko drzwi, zobaczyłem postać w czerni, która wyjątkowo uparcie czegoś szukała. Drzwi otworzyłem na oścież, a Bolta przestawiłem na energię paraliżującą.
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale chyba mamy do pogadania. – postać odwróciła się lekko zdziwiona, ale zaraz po tym odzyskała zmysły, rzuciła we mnie wazonem (który rozwaliłem w powietrzu celnym strzałem), a po tym doskoczyła  do mnie, wyprowadzając cios prosty. Odchylając się, zbiłem go i jednocześnie wyprowadziłem swoją kontrę, czubkiem buta, mierząc w krocze agresora. Gdy ból skrzywił go w pół, uderzyłem raz, a dobrze kolbą w podstawę czaszki napastnika, tak żeby go ogłuszyć, ale nie zabić.
Nieprzytomnie ciało zwlokłem do piwnicy, gdzie przywiązałem je, do masywnego krzesła, a samo krzesło przybiłem gwoźdźmi do podłogi.
W kuchni poszukałem składników z których mógłbym zrobić sole cucące. Wystarczyło zmieszać Ostrokost z sokiem z cytryny, a następnie zalać wrzątkiem w celu parowania. Po zrobieniu miksturki, wszedłem na chwilę do łazienki, żeby nalać miskę wody. Znalazłem stalową, a ta na obecną chwilę nada się jeszcze bardziej.
Tak przygotowany zszedłem do piwnicy. Miskę odstawiłem pod ścianę, a sole podłożyłem pod twarz napastnika. Obudził się po chwili lekko sycząc z bólu.
- Kim jesteś? – jego… hm… jej oczy, wyrażały zarówno czystą niechęć i furię, jak i dozę zaniepokojenia i upokorzenia.
- To samo pytanie, mogę zadać Tobie… mała. – puknąłem ją w nos w celu ośmieszenia, ale ona żartu nie załapała i tylko splunęła mnie w twarz. Obtarłem ją ręcznikiem i się wyprostowałem. – Widzę, że nie chcemy po dobroci. Cóż… w takim razie… - zamoczyłem ręcznik w misie z wodą. - Słyszałaś kiedyś o metodzie przesłuchiwania zwanej „ręcznikiem Schulbaka”? – wyraz na jej twarzy mówił, że raczej nie słyszała.
- Nie boję się śmierci! – splunęła na podłogę.
- Nie martw się. Nie umrzesz. Poza tym, z takimi gestami ja bym uważał. Śmierć, jest bardzo kapryśna. – puściłem do niej oko, a później odwróciłem się do małej okiennicy. – Tak więc, „ręcznik Schulbaka” został stworzony przez, jak się domyślasz, Schulbaka. Był to lekarz wojskowy, aczkolwiek specjalizował się w anatomii i schorzeniach systemu trawiennego. Pewnego dnia, gdy miał już dość nieskuteczności polowych metod przesłuchiwania kontrwywiadu, głównie za sprawą tego, że tracił wielu żołnierzy na stole operacyjnym, stworzył swoją własną metodę. Wykorzystał do tego swoje zdolności i wiedzę medyczną. Wymyślił, że wystarczy zmoczyć kawałek materiału, jak np. ręcznik, taki jaki ja mam teraz w ręce i wepchnąć go przesłuchiwanemu w przełyk. Gdy ten zacznie działać, ręcznik zostaje powoli pochłaniany. A wtedy wystarczy jednym energicznym ruchem owy ręcznik wyrwać. Wiesz co się dzieje wtedy? Zrywa się nabłonek wyściełająca przełyk, co prowadzi do strasznego bólu i kilku tygodniowej agonii, która kończy się śmiercią. Tak więc, jeśli chcesz sobie darować tegoż bólu, powiedz mnie lepiej od razu, kto nasłał Cię na mężczyznę, który leży teraz martwy w kuchni na parterze? – moje spojrzenie i wyraz twarzy nie pozostawiały złudzeń, co do tego, że nie zawaham się użyć przed chwilą opisanej metody. – Przedstawię Ci jak sprawa stoi. Nikt nie wie w jakiej sytuacji jesteś, bo gdyby wiedzieli, już by się tu zjawili. Jesteś przywiązania do krzesła, które jest przybite do podłogi, a przesłuchuje Cię człowiek, który nie ma skrupułów, gdy coś staje mu na drodze, do zapłaty, za wykonane zadanie. A dziś, niestety, Ty jesteś tym obiektem. – pochyliłem się ku jej twarzy i przybrałem szaleńczy uśmiech, coby jeszcze bardziej wzmocnić efekt wypowiedzi.
Zauważyłem u zabójczyni dobry symptom. Mianowicie, lekko mrugnęła i złapał ją krótki, prawie nie zauważalny skurcz.
- No dobrze, jak nie, to nie. – Chwyciłem ją za żuchwę i otworzyłem jej usta najszerzej jak się dało. Potem wepchnąłem ręcznik, ale zanim ten znalazł się w przełyku, zabójczyni wydała z siebie dźwięk, który brzmiał niczym prośba. Tak więc wycofałem rękę z ręcznikiem. – Mów, co chcę wiedzieć.
- Nie znam jego imienia… – mówiła prawie przez łzy. – Mówią na niego Czerwony Smok… tylko tyle wiem. Chciał, żebym odnalazła, jakieś dokumenty w tym domu. To wszystko. Przysięgam. Dobrze zapłacił.
- No! Zuch dziewczyna. Było takie trudne? – poklepałem ją po twarzy ze szczerym uśmiechem na swojej. – A teraz powiedz mnie jeszcze, gdzie najszybciej go znajdę?
- W północnej części miasta. To jego teren. Ma tam swoją prywatną armię drabów. Bez upoważnienia nie wejdziesz…
- O to ja już się będę martwił. Jego lokum?
- Mała forteca. Czerwona Forteca. Nazwa z powodu czerwonych cegieł z jakich ją wykonano.
- I takie wywiady to ja lubię. – potarmosiłem jej włosy. Odwróciłem się na pięcie i wszedłem po schodach na parter.
- A ja?! – zwołała jeszcze za mną zabójczyni.
- A tak! Zapomniałbym. – zszedłem ponownie do piwnicy, pochwyciłem dwa gwoździe i wbiłem je w uda dziewczyny. Zawyła z bólu.  Później urwałem kabel od żarówki, rozplotłem go trochę i obwiązałem nim oba gwoździe. Następnie wziąłem miskę wody i włożyłem w nią stopy dziewczyny. – Widzisz w tak dużych miastach jak to, nikt nie zwróci uwagi na wzmożony pobór prądu. Przekręcasz jedną wajchę i rezerwy energii płyną do wszystkich mieszkańców. To nie tak jak w tych wschodnich państwach w których kiedyś musiałem operować. Człowiek musiał wracać do starych metod, jak polewanie skóry kwasem, albo wyrywanie paznokci. Ale teraz, już się nie muszę tym martwić. – klepnąłem dziewczynę w uda i udałem się do przełącznika.
- Zaczekaj! Powiedziałam wszystko co wiedziałam!
- Prawda, ale to i tak Cię nie uratuje. – przekręciłem włącznik, a gdy tylko prąd przepłynął przez ciało dziewczyny, zawyła z bólu, a ja spokojnie odszedłem z miejsca zabójstwa i tortur psychicznych…

V

Akcje rozpoczęliśmy nocą, coby być widocznym jak najmniej. Żeby łatwiej dostrzec przeciwników, założyłem Wampira. Taki sam miała Lena.
Umieściłem ją na najwyższym budynku, z którego miała wygodne pole ostrzału, w celu mojej osłony. Ja za to poruszałem się na poziomie ulicy, wykańczając każdego napotkanego draba. Rozpoznać nie było ich trudno. Czerwony Smok, miał słabość do czerwieni, tak więc, prawie każdy z drabów miał jakiś czerwony element garderoby jak, opaska, albo bluza munduru.
Moja metoda zabójstw była szybka i skuteczna. Skasowanie kolana, zakrycie ust draba, coby krzykiem nie zwabił kolegów, a następnie Ostrze w przestrzeń zaobojczykową, bądź w podstawę czaszki. Ta druga opcja była lepsza, bo od razu eliminowała koleżkę, z tej gry. Truchła chowałem w cień, coby ich jakiś zbłąkany wartownik nie znalazł.
Gdy nie udało mnie się zlikwidować draba, albo go przeoczyłem lub było ich dwóch, wyciszony Tor Leny, sprawdzał się znakomicie.  12 mm aluminiowe pociski wystrzelone za pomocą szyny elektromagnetycznej, pozostawiały zarówno z czaszki jak i ciała draba, tylko ochłap mięsa. Krwawo, ale bardzo skutecznie.
Tak też pokonałem drogę prawie do samej Czerwonej Fortecy. Jednakże na ostatnim odcinku, Lena zameldowała mnie, że straciła pole widzenia i tak też, zostałem sam. A jak widziałem, obwód zewnętrzny Fortecy był patrolowany bardzo dobrze, zarówno na poziomie gruntu (gdzie Lena nic nie widziała), jak i na poziomie szczytu muru (który to miała, jak na dłoni).
Chwilę czekałem w ukryciu, żeby sprawdzić dokładnie z jaką częstością, pojawiają się strażnicy. Miałem małe okno czasu. Gdy tylko pierwsza para się pojawiła w zasięgu wzroku, odczekałem chwilę nim przeszli, a potem szybko, ale cicho ruszyłem w stronę muru, po którym zacząłem się wspinać, wykorzystując ubytki w nim wytworzone przez zarówno czas, jak i zapewne słabe wykonanie cegieł.
Gdy znalazłem się w połowie wysokości muru, przylgnąłem do niego, słysząc głosy w dole. Oddychałem spokojnie, bo wiedziałem, że głośniejszy wdech w tej niesamowitej ciszy mnie zdradzi. Strażnicy przeszli, a ja ruszyłem dalej. Gdy znalazłem się u szczytu muru, skontaktowałem się z Leną.
- Ilu tam mamy?
- Trzy kontakty, przeplatające się drogą, tak że każdy ma kolejnego w zasięgu wzroku.
- Przyjąłem. Czekaj aż dwóch znajdzie się w jednej linii i rozpierdol ich czaszki, a ja zajmę się trzecim.
- Hm… mój ulubiony sposób.
Wiedziałem, że Lena nie spudłuje, tak więc zawiesiłem się na szczycie muru i czekałem, aż usłyszę chlupot rozwalanych czaszek. W chwilę później ten dźwięk dotarł moich uszu, więc podciągnąłem się szybko odnalazłem trzeciego strażnika i rzutem wpakowałem Ostrze w jego oczodół, co spowodowało natychmiastowe zejście.
Po tym przewlokłem się przez krawędź muru, na chodnik i zlustrowałem dziedziniec pode mną.
Ochrona wydawała się dość słaba, ale była dobrze rozstawiona. Teraz bez wsparcia mojego wiernego snajpera, byłem zdany na własne możliwości. Na razie musiałem działać po cichu, albowiem, nie znałem liczby strażników wewnątrz budowli i czy w ogóle jacyś tam byli.
Na dziedziniec dostałem się po schodach wartowni, która była jednym z elementów obserwacyjnych. Teraz nieobstawiona.
Gdy znalazłem się na dole, moją podstawową bronią stało się zarówno moje ciało, jak i Ostrze. Kolejno eliminując wartowników i chowając ich ciała, udało mnie się dotrzeć do wejścia dla służby. To prowadziło do kuchni, w której nie napotkałem nikogo, jak i w reszcie kompleksu.
Dla pewności przeszukałem go wzwyż, ale nic nie znalazłem. W dodatku był dziwnie pusty. Same niewystrojone pomieszczenia. Jedyną możliwością stały się pomieszczenia poniżej parteru, do których to zszedłem. Mając ze sobą Wampira, przemieszczając się po tych zaciemnionych, dziwnie przestronnych pomieszczeniach (jeszcze się z tak wielkimi piwnicami, nie spotkałem), szukałem celu mojego zlecenia – osobnika o pseudonimie Czerwony Smok.
Jednakże nic nie jest tak łatwe, jakby mogło się zdawać. Dlaczego? Otóż dlatego, że Czerwony Smok, naprawdę był tym jebanym gadem. Wysłano mnie, żebym zatłukł smoka… teraz przynajmniej wiedziałem na co mnie Łapacz Dusz, który otrzymałem od zleceniodawcy.
Tak więc podkradłem się do śpiącej w swym leżu bestii, ale gdy tylko znalazłem się na odległości około 20 łokci od celu, oczy smoka zaświeciły świadomością. Zawsze sądziłem, że przed śmiercią, że smokami można inteligentnie pokonwersować, ale ten najwidoczniej wiedział co się szykuje i odpuszczając sobie konwenanse, zionął na mnie ogniem. Ja niewiele myśląc, odskoczyłem na bok i schowałem się za kolumną, wystarczająco szeroką, że ogień mnie nie oplótł.
- A któż, to śmie zakradać się do mojego domostwa i podnosić na mnie swój miecz?! – cios jego ogona rozwalił kolumnę, za którą byłem.
Wykonałem przewrót przez bark, coby nie zostać przygniecionym odłamami tejże kolumny, a po ustabilizowaniu pozycji na kolanach, wypaliłem ze swojego pm-u mierząc w okolicę oczodołów bestii. Oczywiście pociski nie zrobiły na smoku wielkiego wrażenia, a jedynie bardziej go podirytowały. Ponownie zionął na mnie ogniem, a ja znów schowałem się za kolumną – jedyną osłoną, jakiej mogłem tu zaznać.
Przeładowałem, wychyliłem się i wypaliłem kolejną serią w kierunku bestii. Gad zasłonił się swoimi błoniastymi skrzydłami. Ukryłem się ponownie za kolumną, jednocześnie szykując zwój ogłuszający.
- Ponownie zapytam, kimże jest osobnik, który ma czelność nachodzić mnie w moim legowisku?! – głos nie wydostawał się z gardzieli bestii, a trafiał bezpośrednio do trzewi mojego umysłu… jebana telepatia.
- Huxley. Jonah Huxley. I jestem tu ponieważ, jesteś źródłem mojej przyszłej zapłaty!
- Tego nie byłbym taki pewien, Jonah Huxley. – po tym ponownie rozbił kolumnę swoim długim ogonem, zakończonym skostnieniem, przypominającym rodzaj buławy.
A ja ponownie odskoczyłem, ustabilizowałem swoje ciało i znów wypaliłem w jego kierunku. Tym razem jednakże, smok użył swojej drugiej broni, to jest szpikulca na końcu ogona, którym to zamachnął się w moją stronę, ledwo udało mnie się go uniknąć, ale i tak wbił się w moje udo. Zawyłem z bólu i duża siła dźwignęła mnie wzwyż. Zawisłem głową do dołu.
Gdy zobaczyłem, że rozwarta paszcza zmierza w moim kierunku, dobyłem Bolta, ponieważ pm urwał mnie się z systemu nośnego i pozostał na posadzce i wypaliłem Błyskawicę mierząc w podniebienie bestii. To lekko smoka zdezorientowało i sprawiło, że zamachnął się swym ogonem razem ze mną, trafiając w ścianę. Po tym uderzeniu ześlizgnąłem się ze szpikulca i dodatkowo zaryłem bokiem o podłoże. Ból przeszył moje ciało, a ja pomyślałem sobie, czy nie mam przypadkiem złamanych żeber.
Niewiele myśląc wskoczyłem na grzbiet bestii, co nie było łatwe biorąc pod uwagę rozmiary, która nadal była zajęta lekko podsmażonym podniebieniem i wbiłem Ostrze między jej łuski, dobyłem obrzyna i wpakowałem dwa pociski breneka w smoka kark. Gad wygiął się z bólu, a ja dodatkowo zacząłem ładować w niego tyle Błyskawic ile się dało. Gdy kryształ energetyczny się przegrzał, zmieniłem tryb na elektromagnetyczny i dodatkowo wpakowałem parę ładnych gram aluminiowych pocisków w czaszkę bestii. Po takiej dawce energii kinetycznej, smok wreszcie padł bez ducha, a jego ciało przeszyły konwulsje. Ja czym prędzej wyciągnąłem Łapacz Dusz i przejąłem energię życiową tegoż stworzenia.
Po tym usiadłem ciężko na posadzce i zrobiłem sobie badanie około urazowe w celu oceny skali zniszczeń mojego organizmu. Nie było tak źle. Wykryłem, że mam złamane ledwie 3 żebra i prawdopodobnie przetrącony bark. Tak więc chwilę jeszcze posiedziałem kontemplując tą walkę, która była zarówno intensywna, jak i wymagająca.
Po chwili skontaktowałem się z Leną, że chyba będzie mnie musiała stąd ewakuować, albowiem sam nie dam rady.
Do czasu jej przybycia opatrzyłem ranę uda i zabezpieczyłem swoje żebra. Z racji, że teraz niewykrywalność nie miała już żadnego znaczenia, alarm odezwał się po chwili, a głośnia strzelanina ucichła po sekundzie.
Po tym usłyszałem kroki, spojrzałem w ich kierunku, dostrzegłem postać dziewczyny, a zmęczenie złożyło na mój umysł płaszcz snu.

VI

Obudziłem się i dostrzegłem nad sobą pochyloną Lenę.
- Jak… długo? – z trudem udało mnie się zadać pytanie, ponieważ ból klatki uniemożliwiał mnie swobodny oddech.
- Trzy dni.
- Towar?
- Bezpieczny. Schowałam go do Izolatora. Tak jak mnie instruowałeś, gdybyś rzeczywiście go użył. Ministerstwo nie będzie stanowiło problemu.
- Zuch dziewczyna… lekarz?
- Weterynarz. Opłacony. Jak zawsze nie pytał co, skąd i dlaczego. Złoto skutecznie zamyka usta ludziom, którzy i tak nie chcą nic wiedzieć. – podała mnie szklanicę wody, albowiem widziała, że byłem spragniony.
- Obrażenia?
- Kość udowa w proszku z twym lewym bokiem nie było i nie jest wcale lepiej. Doktorek w ogóle się dziwił, jak coś, co stworzyło takie obrażenia uda, nie zmasakrowało Ci tętnicy, Huxley. Widać miałeś sporo szczęścia. – uśmiechnęła się lekko, ale uśmiech ten miał raczej charakter matczyny. Jakby martwiła się o swoje dziecko. – W każdym razie, jesteś uziemiony na parę miesi.
- Wszystkie żebra? – zdziwiło mnie to trochę. – Ja… wymacałem u siebie tylko trzy.
- No tak… te trzy były praktycznie w proszku. Reszta jest poważnie połamana. Doktorek jednakże miał parę zastrzyków z substancjami, o których nigdy nawet nie słyszałam. Mówił też, że powinniśmy się z tym zgłosić do jakiegoś Medyka, bo bez pomocy magii leczniczej, raczej nie powrócisz do dawnej formy.
Kiwnąłem tylko głową że rozumiem, a po tym znów udałem się do krainy snów.

VII

Po kolejnych trzech dniach „drzemki”, w trochę lepszej formie, ale nadal mocno poobijany, zawezwałem nasz transport. Podróż powrotna, nie była już jednak tak miła, jak ta na Helios. Ból dawał o sobie znać.
Gdy tylko wylądowaliśmy, zatrzymaliśmy się w tanim przybytku, odnaleźliśmy Medyka i po niedługiej Rekonstrukcji, mogliśmy ruszyć dalej.
Tak więc udaliśmy się do stolicy tego państwa, odnaleźć zleceniodawcę, oddać mu towar i odebrać zapłatę. A ta była naprawdę syta. Bez problemu się za nią wykuruję do końca, a dodatkowo starczy na przynajmniej 3 miesiaki podróży i zabawy.
Jednakże najbardziej mnie zadziwiającym faktem było to, że zleceniodawca wcale nie chciał wykorzystać duszy smoka w Smoczej Magii, która swoją drogą jest zaraz po Magii Krwi, najpotężniejszą. Oj nie. On po prostu kolekcjonował dusze smoków. Ta była jego ostatnim „trofeum”.

Dodatkowo poinformował mnie, że gdybym szukał jakiegoś zlecenia, to u niego zawsze się coś znajdzie. Podziękowałem i powiedziałem, że może kiedyś, gdy będę się przepierdalał ponownie przez to miasto, chętnie się czegoś podejmę. 

wtorek, 28 maja 2013

Informacyjnie

  Dla wszystkich Czytelników, sorki, że do tej pory nic nie opublikowałem, ale jakoś ostatnio nie mam weny :/ W ten łikend spróbuję coś spłodzić, aczkolwiek na pocieszenie (jeśli rzeczywiście tego potrzebujecie) dodam, że mam jak narazie dwa akapity kolejnego opowiadania :)  
  Więc plizz o cierpliwość i wybaczenie. 


UPDATE
Tak żeby wam zrobić smaka wstawiam początek kolejnego opowiadania. Ten początek tkwi na moim dysku twardym od jakiegoś czasu (czytaj: prawie 6 miesi), ale teraz go wystawię tu, a później znajdziecie go w kolejnym poście opowiadaniowym. Indżoj :)


  Wyprowadziłem cios prosty, ale Lena szybko go zbiła, wykonała piruet z przeskokiem do przodu i znalazła się błyskawicznie za moimi plecami. Potem poczułem silny cios w okolicy kręgosłupa lędźwiowego. Odrzuciło mnie to do przodu, jednocześnie wytrącając z równowagi. Żeby nie przychrzanić o glebę, wykonałem przewrót przez prawe ramię, i lądując na kolanach, szybko obróciłem się w stronę dziewczyny. Ta była już przy mnie, wyprowadzając cios podudziem, mierząc w moją skroń. Zablokowałem go przedramieniem, tuż przy mojej głowie i wyprowadziłem kontrę prawą pięścią, mierząc w krocze dziewczyny. Cios doszedł celu. Lena zgięła się i straciła równowagę, wtedy na nią skoczyłem, a z racji, że byłem 30 kg cięższy, przyszpilenie jej do ziemi, nie sprawiło mnie żadnych kłopotów.
  Dziewczyna wyprowadziła cios łokciem w moją twarz, ale ten także zblokowałem, odsunąłem się na bok, jednocześnie chwytając ją za przedramię, i zakładając dźwignię na jej łokciu, przyszpiliłem ją do gleby jeszcze bardziej, sprawiając jej jednocześnie spory ból. Wyginając moje ciało jeszcze bardziej w łuk, spotęgowałem tylko efekt. Puściłem ją dopiero, gdy zawyła z bólu naprawdę mocno i odklepała walkę.
  - Ty cholerniku! Prawie złamałeś mi rękę. – spojrzała na mnie z furią w oczach.
  - Nie złamałbym Ci ręki. Po prostu, zwichnąłbym ci łokieć. – odpowiedziałem z uśmiechem, a ona wystawiła mnie środkowy palec, co symbolizowało znak nieuprzejmości. Ja tam tego jakoś nie łapałem. Po prostu środkowy palec. Ale tak już jest z symbolami. – Muszę przyznać, że wyglądasz naprawdę słodko gdy się denerwujesz.
  - Pierdol się.
  - Bardzo chętnie, ale nie wolałabyś najpierw wymyć się z tego piachu, którym jesteśmy oblepieni? Wolałbym, żeby żadne jego ziarenka nie dostały się w nieodpowiednie… szczeliny. – puściłem jej oko i klepnąłem w pośladek. Lena próbowała się odegrać, ale kopniakiem. Jednakże szybko odskoczyłem i cios przeciął tylko powietrze. 

sobota, 27 kwietnia 2013

Stworzenie nocy

I

  Coś skoczyło na moje plecy i sprawiło, że straciłem równowagę i runąłem na ziemię. Kończyny miałem przez stworzenie spętane, więc, żeby nie przychrzanić swoją piękną jak malowanie twarzyczką o bruzdy pola, skręciłem się mocno w biodrach i wylądowałem na barku, przetaczając się po stworzeniu i zakańczając ten błyskawiczny kurs latania, na brzuchu.
  Nim zdążyłem się dźwignąć do pionu, stworzenie umknęło w mrok. Stanąłem do niego lewym bokiem, z luźno opuszczonymi kończynami. Wypatrywałem i nasłuchiwałem. Światło ogniska bijące mnie na plecy, nie stanowiło w tym momencie dla mnie problemu. To że byłem widoczny jak na dłoni, było mnie nawet na rękę.
  Stałem tak chwilę, słuchając trzasku palącego się drewna i patrząc jak szarpane światło liże mrok, póki nie usłyszałem pytania:
  - Kimże jest bladolicy, który zapuszcza się na te święte ziemie? – z mroku wydobył się delikatny damski, wręcz dziewczęcy, głos w którym przy każdym „s”, można było dosłyszeć przeciągnięcie.
  - Zwą mnie Jonah Huxley. Przysłano mnie tu, abym Cię sprowadził. – poczułem strużkę płynu na moich plecach. Obstawiałem, że to rana, bo stresu, ni gorąca nie odczuwałem w tym momencie.
  - Jonaaah… Huxleyyy… - stworzenie przedłużyło moje imiona, co zabrzmiało dość zabawnie. Powiedziałbym dziecinnie.
  - Owszem. Tak więc, może teraz ty przedstawisz mnie swoje imię, zgodnie z obyczajem?
  - Moję imię… dawnom go nie wymieniała… moje imię… - stworzenie długo się zastanawiało zanim w końcu wyrzekło. – Mar… Marlena… taaakkk… to moje imię! Marlena! Marlena! Marlena! – euforia w głosie była łatwo wyczuwalna.
  - Dobrze. Uspokójże się wreszcie dziewczyno. – wykonałem uspokajający gest ręką w stronę mroku i po chwili dotarło do mnie, jak dziwnie to musiałoby wyglądać dla kogoś, komu nadarzyło by się tą sytuację obserwować. Ale nikogo nie było prócz mnie… i Marleny.
  Cofnąłem się do ogniska i usiadłem do niego plecami, na pieńku, który służył mnie jako improwizowane krzesełko.
  - Podejdźże. Nie zrobię Ci krzywdy. Jak już mówiłem, nie po to tu jestem. – dla pewności jednakże zaplotłem palce prawej ręki, na rękojeści Bolta, który tkwił spokojnie w kaburze, czekając tylko na trochę akcji. Dźwignię Błyskawic przestawiłem na najmniejszą, ogłuszającą, wartość.
  Stworzenie… Marlena, wychylała się powoli z ciemności. Wpierwej dostrzegłem jej głowę, pokrytą długimi, splątanymi, przyozdobionymi w zaschnięte błoto włosami, koloru zboża. Dało się go dostrzec. Potem głowa się trochę uniosła i dostrzegłem wychudzoną, ale mimo wszystko ładną twarz. Mały, lekko zadarty nos, dobrze zarysowane kości jarzmowe, zimno błękitne tęczówki oczu. To wszystko składało się na przyjemny obraz.
  Marlena chwilę tak stała, gdy nasze spojrzenia się krzyżowały. Zagłębiałem się w zimno jej oczu i zastanawiałem się, czy zieleń moich także ją tak hipnotyzowała. Dostrzegłem jeszcze coś w jej wzroku. Żądzę krwi. Mordu. Polowania. Nie byłem pewien, czy nie postanowi zakończyć mojego żywotu, tutaj w tej głuszy, daleko od jakiejkolwiek cywilizacji. W sumie, to wcale by mnie to nie wadziło.
  Potem się na mnie rzuciła i oplotła mnie swoimi kończynami, przytulając się do mnie mocno. Zrobiła to z taką prędkością, że gdyby chciała, to mogła by mnie rozszarpać, a ja nawet nie zdążyłbym porządnie wydobyć Bolta.
  - Nie zrobisz mi krzywdy, prawda? Nie zrobisz mi krzywdy? – pytania zadała bardzo szybko i z ogromną dozą emocji.
  - Jak już mówiłem, nie po to tu jestem. – odchyliła się trochę do tyłu, żeby znów spojrzeć mnie w oczy. Po chwili się uśmiechnęła, bo widać nie dostrzegła w nich kłamstwa. Dostrzegłem, że jej kły w szczęce są trochę dłuższe i wyraźnie ostrzejsze niźli u ludzi. A więc miałem do czynienia z wampirem. Dziwiłem się, że nie wyssała jeszcze ze mnie żywota. W końcu krwawiłem.
  - Głodna… czuję krew.
  - W to nie wątpię. W oczy rzuca się twoja chudość. Jeśli będziesz tak miła i mnie puścisz, to zabezpieczę swoją ranę i podam Ci strawę, którą sobie szykowałem, pókiś na mnie nie napadła.
  Puściła mnie, a w jej spojrzeniu i wyrazie twarzy można było dostrzec zdziwienie. Wskazałem jej mój koc, rozłożony koło ogniska.
  - Usiądź, proszę. Kolczyk, musi się jeszcze trochę podgotować. – polecenie wykonała bardzo posłusznie.
  - Co to jest… kolczyyyk? – nazwę rosomaka wypowiedziała bardzo niepewnie. Po raz kolejny zdziwiło mnie to szczerze.
  - Nie wiesz? – pokręciła energicznie głową w zaprzeczeniu. – Ta okolica z nich słynie. Rosomak kolczasty. Małe, najczęściej czarne, czworonożne stworzenie, wielkości wyrośniętego wilczka. Posiada na grzbiecie stwardnienia naskórka w kształcie kolców. Stąd też nazwa. – ściągnąłem skórzaną kamizelkę i obejrzałem ją dokładnie pod światłem ogniska. Przez całą długość grzbietu przechodziło ukośne cięcie, które przebiło ją na wylot. Co dziwne biorąc pod uwagę, że był to pancerz wspomagany magią defensywną, mający chronić przed wszelakiego rodzaju ostrzami. Ściągnąłem także koszulę, która miała identyczne cięcie, ale dodatkowo sporą ilość krwi wokół niego.
  Marlena się nastroszyła i zaczęła głośno niuchać. Potem szybko odwróciła głowę w stronę mroku i skoczyła do niego. I tylem ją widział… przynajmniej na najbliższe 20 minut. Zanim wróciła, dzierżąc w zębach królika, ja zdążyłem opatrzyć sobie ranę, za pomocą ostrokostu i wody akermańskiej. Udało mnie się także prowizorycznie naprawić kamizelkę. Użyłem do tego sprawdzonej w każdych warunkach „kaczej taśmy”. Głupio to będzie wyglądało, ale wolę to niż ekstra przewiew na plecach.
  - Spójrz na mnie dziecko. – Marlena na chwilę oderwała się od swojej zdobyczy. Usta miała okrwawione. – Pamiętasz, kto Ci to zrobił? – wskazałem na jej kły. Pokręciła przecząco głową i wróciła do konsumpcji.
  Zbliżyłem się do jej szyi, a gdy chciałem odgarnąć włosy, warknęła na mnie krótko.
  - Nie zrobię Ci krzywdy. Mogę? – znów wpiła swoje zęby w pechowego królika.
  Gdy odgarnąłem jej włosy, na szyi nie dostrzegłem charakterystycznych śladów po ugryzieniu. Nie żebym był specjalistą od wampirów, ale z tego co przynajmniej się nauczyłem z ciekawości, ślady po ukąszeniu zostawały na ciele zarażonego. Na szyi ich nie było, jak to zwykle się twierdziło, że to tam są. Stąd też zresztą wziął się pogląd, że wampirowi trzeba odciąć głowę, i ułożyć ją w oddzielnej mogile, albo po prostu spopielić. Cóż, dekapitacja skutecznym sposobem była u wszystkiego, co posiadało centralny układ nerwowy w głowie znajdującej się na szyi.
  Ściągnąłem z niej tą resztę ubrań, które na sobie dzierżyła. Nie protestowała. Zapach dziewczyny był charakterystyczny dla ciała, które od dawna nie zażyło kąpieli. Błoto na jej skórze nie ułatwiło mnie zadania wyszukania ugryzienia.
  - Chyba będzie trzeba Cię wykąpać, dziewczyno. - pogładziłem jej włosy, które mimo zniszczenia, były przyjemne w dotyku.
  Gdy wreszcie kolczyk się ugotował, nalałem sobie sporą porcję do manierki, a mniejszą porcję dla Marleny, do małej miski, którą także ze sobą zabrałem.
  - I jak? Smakuje?
  - Bardzo! – uśmiechnęła się od ucha do ucha i wylizała zawartość miski. – Jeszcze! – wyciągnęła ją w moim kierunku.
  Zaśmiałem się szczerze. – Widzę, że znalazł mnie się łakomczuch. – pochwyciłem chochlę i nalałem jej kolejną porcję. Pochłonęła ją tak samo, jak poprzednią.
  Gdy skończyliśmy gulasz, Marlena zwinęła się w kłębek i szybko zasnęła. Chrapała niemiłosiernie.

II

  Rankiem, gdy się zbudziłem, poczułem ucisk na brzuchu. Gdy spojrzałem wzdłuż mego tułowia, przed oczyma pojawiła mnie się postać Marleny, która nadal smacznie spała. Potrzasnąłem jej ramieniem, aby się zbudziła, co też uczyniła i to nader energicznie.
  - Światło! Światło! Parzy! – zasłoniła swoje oczy rękoma i zwinęła się w kłębek.
  - Spokojnie. Nie masz się czego obawiać. Nie jesteś mistrzem wampirów, tylko… ofiarą. – dotknąłem jej ramienia aby się uspokoiła. Uczyniła to i spojrzała w moje oczy.
  - Naprawdę… nic mi nie będzie? – na jej twarz wystąpiło zdziwienie.
  - Ręczę za to. A teraz chodźmy. Trzeba Cię wykąpać, bo widzę, że o higienę, nie dbałaś ostatnimi czasy. – uśmiechnąłem się lekko i potarmosiłem jej włosy. Potem zagasiłem tlące się ognisko piaskiem i zabrałem sprzęt. Udaliśmy się w stronę rzeki, którą zdarzyło mnie się minąć, podczas poszukiwań dziewczyny.
  Gdy już tam dotarliśmy, poszukałem w torbie koszuli i skórzanych spodni, w które będę mógł ubrać wampirzycę. Potem zdarłem z niej ubrania i zawędrowałem z nią do koryta rzeki.
  Wyszorowanie dziewczyny, posiadając tylko mydło zajęło mnie pewien czas. Żeby dokładnie zmyć z niej już prawie skamieniałe błoto, musiałem się posilić gałązkami pobliskiej wierzby. Dały radę. Jednakże włosy na głowie musiałem ściąć prawie do gołej skóry… tak samo jak i włosy łonowe. Jak mus, to mus.
  Gdy zakończyliśmy kąpiel, kazałem wytrzeć się Marlenie w kawałek płótna, który służył mnie jako ręcznik. Gdy już to zrobiła, kazałem jej stać spokojnie prosto. Musiałem zegzaminować jej ciało w celu odnalezienia miejsca ukąszenia.
  Dziewczyna w całej swej nagiej „okazałości”, nie była zbyt powalająca. Wychudzona, tak, że żebra przebijały wyraźnie spod skóry i mięśni, a każdy staw można było sobie dokładnie przebadać, bez większych trudności. Za to skóra była gładka jak po urodzeniu. Najmniejszej szramy, najmniejszego śladu po Zarazie, albo innym paskudztwie, które od lat zabijało dzieci w tych okolicach. Co prawda nie winno mnie to dziwić. W końcu procesy regeneracji u niej, były znacznie bardziej zaawansowane niż u zwykłego śmiertelnika.
  Ślady ugryzienia, po krótkim, acz dokładnym przyjrzeniu się ciału, znalazłem w okolicach genitaliów. Dokładniej rzecz biorąc w miejscu przechodzenia tętnicy udowej. Dawało mnie to wskazówkę, że dziewczyna podczas przemiany odbywała stosunek seksualny. Tak więc, bez przeszkód mogłem sądzić, że był to mistrz wampirów, który ukrywał się pośród ludzi. Nie wiedziałem tylko kogo podejrzewać.
  Po przebadaniu i dojściu do wniosków, ubrałem Marlenę. Butów jednakże dodatkowych nie miałem, toteż poinformowałem ją, że będzie musiała podróżować ze mną o gołej stopie. – Chociaż i tak wielkiej różnicy Ci to pewnie nie robi, biorąc pod uwagę twoje dotychczasowe perypetie. – uśmiechnąłem się do niej lekko, a ona zwróciła uśmiech. – Muszę jednakże zapytać, pamiętasz, kto zamienił Cię w to czym teraz… kim teraz jesteś?
  - Nie, nie pamiętam. – spuściła wzrok. – Nic nie pamiętam. Tylko… krew… i jej pragnienie. Głód.
  - Rozumiem. Za niedługo, nie będziesz już musiała żyć w ten sposób. - poklepałem ją przyjacielsko po głowie.
  Postanowiłem pozostać jeszcze trochę nad rzeką i sam wziąłem kąpiel. Potem zamieniłem sobie z dziewczyną parę zdań. Pytałem się jej, czy pamięta coś ze swojego poprzedniego życia, czy pamięta jakiś bliskich, jakieś zainteresowania, cokolwiek. Na wszystkie pytania odpowiadała negatywnie.
  Tak więc po około dwóch godzinach nic nie robienia i wylegiwania się w promieniach Słońca, postanowiłem ruszać w drogę powrotną, zabierając swoją nową towarzyszkę drogi i jednocześnie cel mego zatrudnienia. 
  Gdy tylko znaleźliśmy się na wysokości pobliskiego lasu, usłyszałem przedziwny krzyk, bardziej wycie. Jednakże nie ten zew nie przypominał mnie żadnego zwierza, jakiego przyszło mnie do tej pory spotkać… ani stwora.
  - To… to… On… On… - Lena zesztywniała w przerażeniu.
  - Kim jest ten… „On”?
  - On… On… On się zjawi i nas zje. – ponowny ryk dochodzący od północy.
  - Nie jeśli my zjemy go pierwsi. – z uśmiechem na twarzy, puściłem do niej oczko.
  - Nie dasz rady… jest zbyt potężny. – nadal przerażenie na twarzy.
  - Cóż… ja wyznaję, pewną starą, dobrą zasadę: Jeśli coś krwawi, znaczy, że jest sposób, żeby to coś utłuc. A teraz chodźmy. Zaprowadzisz mnie do legowiska tego „Onego”, bo z pewnością wiesz gdzie ono się znajduje. – spojrzała na mnie z jeszcze większym przerażeniem.
  - Nie możemy tam iść! On mnie zna, wyczuje, zabije… - objęła mnie w pasie i przylgnęła do mego ciała z błagalnym wyrazem we wzroku. – Proszę…
  Spojrzałem na nią, potem obróciłem swe lico na las. Kolejny ryk. – Hm… widzę, że jesteś głodną bestią. Dobrze się składa, bo właśnie idzie do ciebie świeże mięsko, przyjacielu…
I tak też pociągnąłem za sobą Lenę. Przez większą część trasy nie chciała mnie puścić, wciąż obejmując mnie w pasie. W końcu odpuściła i ruszyła przodem, ale mniej energicznie niż zazwyczaj.
  Po jakieś godzinie marszu zatrzymaliśmy się na skraju linii drzew, około 200 metrów od ruin jakiejś budowli. Las wokół niej, był wykarczowany, a na północny-wschód od niej, ciągnęła się, zarośnięta już co prawda, trasa. Zgadywałem że mógł to być jakiś stary szpital, albo klinika dla chorych umysłowo. Idealne, przeklęte miejsce i dodatkowo świetna lokalizacja na legowisko, dla przeklętych, bądź magicznych stworów.
  - Zaczekaj tu na mnie i schowaj się dokładnie, coby Cię bestia nie miała okazji ucapić. Ja wybieram się na małe polowanko. – w torbie poszukałem Wampira, jak zwykłem nazywać swój noktowizor (cóż za ironia) i gdy go odnalazłem odłączyłem jeden okular i wymieniłem na krótszy o szerszym, ale krótszym polu widzenia drugi, dzięki czemu na tą chwilę, urządzenie sprawdzi się lepiej niźli pełnowymiarowe.
  Ruszyłem biegiem, lekko skulony w stronę budowli. Z racji, że było jasno, okularu jeszcze nie założyłem na oko. Bolta dzierżyłem przez cały czas, gdybym natrafił na bestię wcześniej niżbym chciał.
  Prześlizgnąłem się przez wyrwę w murze, do wnętrza budowli. Pomieszczenie do którego trafiłem,  było zawalone spleśniałymi meblami, które wyglądały na spalone. Czyli pożar strawił tą placówkę. Pewnikiem razem z rezydentami. Ruszyłem dalej. Z drzwiami nie miałem problemów, bo żadnych nie było, albo były w drzazgach. Metalowe były powykręcane. Temperatura płomieni musiała być wysoka.
  Gdy dotarłem do schodów do niższych pomieszczeń, pewnikiem cel-izolatek, uruchomiłem Wampira. Schodziłem po schodach najciszej jak się dało, lustrując przy tym każdą przestrzeń na tyle wielką, że mógłby się w niej znaleźć dobrze wyrośnięty wilk. Nie wiedziałem, z czym ma do czynienia, ale z doświadczenia wiedziałem, że potężne bestie potrafią skrywać się w dość niepozornej postaci. Gdy zszedłem na pierwszy podziemny poziom, po swojej prawej i lewej miałem cele-izolatki. Czyli się nie pomyliłem. Zajrzałem do jednej z nich. W środku dojrzałem ludzkie kości, dotknięte czasem. Przechodziłem tak od jednej izolatki, do drugiej szukając leża bestii. Tutaj żadnego śladu nie znalazłem.
  Zszedłem wiec na kolejny poziom. To pomieszczenie było dość przestronne. Znalazłem w nim szczątki stołu badawczego. Sala eksperymentów. Tutaj znalazłem ślady bytności stworzenia. Odchody, które swoją strukturą przypominały te, należące do dyszolotów. Czyli miałem do czynienia z krwiopijczą, latającą bestią. Obstawiałem Krwiolota, ale nie dałbym sobie ręki uciąć na daną chwilę. Ruszyłem dalej.
  Kolejny poziom i co? No cóż, największa sala z tych podziemnych, prawdopodobnie spiżarnia, ale co bardziej ciekawe, to to, co wisiało u sklepienia. A był to właśnie Krwiolot. No cóż, jednak mogłem się założyć o tą rękę. Zdziwiło mnie natomiast to, że mnie nie wyczuł. Jego strata, mój zysk. Nawet nie celując za specjalnie, pociągnąłem za spust, a Błyskawica przeszyła ciało bestii i truchło padło na ziemię, lekko zwęglone i nadal się tląc. Swąd jak zawsze nieprzyjemny był. Podszedłem do truchła i wpakowałem jeszcze jedną, tak dla pewności. I wtedy to zauważyłem. Skóra, zesztywniała. To był poprzedni lokator. W takim razie, nowy nadal musi tu być. 
  - Kurwa… - i wtedy coś targnęło mną o podłoże. Szybko wykonałem obrót. Akurat na tyle szybko, żeby powstrzymać nowego Krwiolota, przed wpakowaniem jego niemiłosiernie długich zębów-kłów w moją drogocenną szyję. – Czyli… jednak… nie jesteście… tak głupie… na jakie wyglądacie. – przerywając uderzenia rękojeścią Bolta w łepetynę stworzenia, wykrztuszałem słowa. Potem zaparłem się piętą na brzuchu lekko oszołomionej bestii i mocno ją od siebie odepchnąłem. Szybko wycelowałem pi razy oko i pociągnąłem za spust. Błyskawica trafiła tylko w ścianę, bestia natomiast czmychnęła do poprzedniego pomieszczenia. Dźwignąłem się szybko na nogi i ruszyłem za nią w pościg.
  Gdy tylko pojawiała się na ułamek sekundy w linii strzału, pociągałem za spust. Jednakże wciąż, tylko kruszyłem mury budynku.
  Gdy wbiegłem ponownie na parter, bestia zniknęłam mnie z oczu. Uspokoiłem oddech i począłem nasłuchiwać jej obecności. Ruszyłem korytarzami z Boltem przy klatce piersiowej, gdyby Krwiolot znów chciał mnie capnąć od tyłu. Tym razem jednakże zapikował w moim kierunku, gdym tylko znalazł się w przestrzennej sali hallu. W jednoczesnym skoku w bok, wystrzeliłem w kierunku bestii i przetoczyłem się przez ramię. Uderzył głucho w ścianę, ale nadal się nie poddał. Obróciłem się szybko, ale jednakże niewystarczająco szybko w jego stronę. Wytrącił mnie Bolta z ręki i znów rzucił się w celu wpakowania we mnie swych kłów. Uderzyłem go w mocno w nasadę nosa, a gdy był oszołomionym, założyłem dźwignię trójkątną na szyi, jednocześnie przytrzymując jego kończyny górne, coby mnie nie rozszarpał ostrymi pazurami. Chwilę się tak z nim siłowałem, póki nie złamałem mu karku, a Marlena, która pojawiła się znikąd, nie wpiła mu swoich kłów w czaszkę. Ta chrupnęła naprawdę głośno. 
  - W samą porę na ucztę, co? – wydyszałem do młodej wampirzycy.
  - Chciałam pomóc.
  - Wporzo… czemu nie… - nadal dyszałem dość potężnie. – Dawnom się tak nie zmachał. – chwilę tak leżałem, póki nie dźwignąłem się do pionu. - Muszę wrócić do ćwiczeń. – Lena jednakże była zbyt zajęta ucztowaniem na Krwiolocie „Onem”, więc poczekałem aż skończy.
  Chwilę później wytargaliśmy truchło na zewnątrz, a ja spaliłem je na popiół za pomocą Bolta. To samo zrobiłem z poprzednim krwiopijcą.

III

  - Czemuś się tak obawiała tego stwora? – pytanie zadałem, gdy cisza podczas naszego marszu, stała się nieznośna. Poza tym ciekawość brała nade mną górę.
  - Bo On… On się na mnie żywił.
  - Przecież to zwykły krwiopijca. Bestia jakich wiele. Bestia, którą każdy lepiej wyszkolony człek da radę wyeliminować. Widziałaś z resztą. A ty jesteś wampirem. Czymś… więcej niźli tylko zwykłą bestią. Czymś więcej niźli zwykłym człowiekiem. Jak to możliwe, że się go tak obawiałaś? – nurtujące mnie pytanie.
  - Przykuta… kajdany… ciemność i strach… a potem zjawiał się On i się na mnie żywił… - ciągle słychać było w jej głosie przerażenie.
  - No cóż… w każdym razie nie masz już się czego obawiać. Pomogłaś mnie, przełamałaś swój strach. To dobrze. Teraz bestia jest martwa i to także twoja zasługa. Możesz uwolnić się od tego strachu, który na Tobie ciążył.
  Byliśmy pół drogi, od wioski którą mijałem w poszukiwaniu dziewczyny. Ogólnie pozostało nam jakieś półtorej dnia marszu, zanim dotrzemy do celu mej podróży powrotnej.
  Gdy przeszliśmy polną drogą jakieś 3 kliki, natrafiliśmy na grupkę czterech ludzi. Zakładałem, że byli to wieśniacy z pobliskiej wioski. Ścinali właśnie trawę, pewnikiem, żeby było co dać bydłu do pyska.
  - Witajcie dobrzy ludzie! – zawołałem podchodząc do nich. – Nie mielibyście użyczyć kapkę wody, dla mnie i mojej partnerki podróży, bo Słońce praży niemiłosiernie? – wskazałem na wampirzycę.
  - Owszem, mielibyśmy. Maryś – najstarszy mężczyzna zwrócił się do młodej dziewoi. – przynieś no bukłak z wodą i poczęstuj naszych podróżników.
  - Dobrze wuju.
  - Ech… kochana dziewczyna. A was co sprowadza w te okolice, jeśli mogę zapytać mości panie?
  - Cóż… rzecz mogę tylko tyle, że udajemy się na dwór hrabiego Palemki. – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
  - Tego wariata? Życzę szczęścia w takim razie. – akurat w tym momencie wróciła Maryś, z bukłakiem wody. Nalała nam jej do stalowych kubków i podała. Potem wróciła szybkim krokiem do swojego wuja i szepnęła mu coś na ucho. Nie dosłyszałem co dokładnie.
  - Pewnaś? – wuj spytał z niedowierzaniem. Dziewczyna powikła głową. – To ta wampirzyca! A ten tu z nią jest. Zabić ich! – i zamachnąłem się na mnie kosą.
  Zablokowałem cios swoim lewym  przedramieniem, jednocześnie lekko się kuląc, coby nie dostać ostrzem w twarz. Wyprowadziłem cios krawędzią prawej ręki, mierząc w krtań wujaszka. Następnie wyrwałem mu kosę z rąk i wbiłem w jego czaszkę. Drugi mężczyzna, dość rosły, ruszył na mnie z widłami. Odskoczyłem lekko w bok, wybiłem mu je z rąk, kopnąłem go w podbrzusze, a gdy się mocno zgiął wbiłem z dużym impetem widły w jego kręgosłup piersiowy. Wygiął się w łuk i padł na glebę jak długi. Trzeci z mężczyzn, bardziej chłopak, także uzbrojony w kosę, rzuciła się na mnie z impetem. Impet ten powstrzymała Błyskawica, przepalając pierś chłopaka na wylot, topiąc ostrze kosy i odrzucając truchło w tył. Gdy uderzyło głucho o podłoże, obejrzałem się za Marysią. W tym krótkim czasie, gdy to wszystko się działo, zdołała przebiec niezły kawałek.
  Jeśli dotrze do wioski, poinformuje o wszystkim ludzi, a wtedy będę miała niejaki problem. Nie mogłem do tego dopuścić, ale przecież nie zabiję nieuzbrojonej dziewczynki. Tyle, że umysł jedno, a ciało drugie. Moja prawa kończyna uniosła Bolta, wzrok wycelował, a palec pociągnął po chwili za język spustu. Błyskawica powędrowała do celu, a gdy do niego dotarła, głowa celu odparowała, a z szyi pozostały tylko strzępy. Ciało dziewczyny przewędrowało jeszcze parę kroków i padło.
  Ponownie obejrzałem się na trupy mężczyzn. Przy tym z widłami wbitymi w plecy znalazła się już Lena, wpijając się w jego szyję. Mężczyzna nie był jeszcze martwy, więc szarpał rękoma trawę z bólu, a stopami rozkopywał glebę. Długo to nie trwało. Chwilę później Lena oderwała się od jego szyi z zakrwawionym pyskiem i szczęśliwą miną. Taką jaką ma człowiek, gdy naje się swoją ulubioną potrawą, albo wypije za dużo ulubionego napoju wyskokowego.
  - Musimy schować te trupy. – rzekłem do dziewczyny, a ona tylko odkiwnęła energicznie głową, jak to miała w zwyczaju.
  Po jakichś 20 minutach roboty, wszystkie truchła były dokładnie przykryte trawą. Teraz przypominali stogi, które ktoś za niedługo ma zabrać z tej łąki.
  - Musimy się pospieszyć. Trupy niebawem zostaną znalezione, a wtedy miejscowe władze zapewne wyślą za nami pościg. – mówiąc to wycierałem twarz wampirzycy z krwi, którą była wysmarowana.

IV

  Do zamku hrabiego dotarliśmy w ciągu dnia, tuż przed zachodem Słońca. Przywitał nas z uśmiechem na twarzy.
  - Więc jednak tego dokonaliście, panie Huxley. Nie sądziłem, że jednak wam się uda. – uścisnął mnie, a potem wrócił się do dziewczyny. – A więc oto nasza mała wampirzyca. Nie jest niebezpieczna?
  - Przynajmniej względem mnie. – odpowiedziałem.
  - Czyli, że lepiej się nie zbliżać?
  - Możecie spróbować hrabio. – wskazałem zachęcająco ręką.
  - Może jednak pozostawię ją służbie. Trzeba by ją wykąpać. – klasnął dwa razy, a znikąd pojawiły się służki. – Zabrać ją i porządnie wykąpać, a potem ubrać w coś lepszego.
  - Nie obawiaj się, nie zrobią Ci krzywdy. – uspokoiłem dziewczynę, gdy zobaczyłem na jej twarzy wyraz niepewności.
  - Chodźcie za mną, panie Huxley. Trza by Ci jakiegoś jadła dać. – udałem się posłusznie za hrabią. Nie powiem, głód mnie doskwierał.
  Rozsiadłem się na końcu dębowego stołu, długiego na 6 metrów. Nakrycia były gotowe, a jedzenia było w bród. Po mojej lewej i prawej, wzdłuż blatu siedzieli inni biesiadnicy.
  - A więc powiedzcie mi panie Huxley, czy zauważyliście coś dziwnego w dziewczynie? – hrabia zadał pytanie ze złotym kielichem przy ustach.
  - Prócz tego, że jest wampirzycą i że mnie o tym nie raczyliście poinformować, to nie bardzo. – odpowiedziałem zaczepnie.
  - Cóż, nie chciałem wam psuć zabawy. – odpowiedział z uśmiechem.
  - Na co wam ona? Wampirzyca, z wolną wolą? Macie zamiar prowadzić na niej jakieś… badania? – spytałem z zaciekawieniem.
  - Nie. Po prostu… lubię gdy moje zguby do mnie wracają. – uśmiechnął się znów, a jego warga odsłoniła długie, ostre kły.
  Spojrzałem na biesiadników. Każdy z nich miał szaty, które dobrze zakrywały szyje. Niewolnicy. Potem spojrzałem w lustro na miejsce gdzie siedział hrabia. Brak odbicia.
  - Hm… czyli jednak mistrzowie wampirów nie mają odbicia w lustrze. Ciekawe jak układasz sobie fryzurę?
  - Mam od tego służbę. – wzniósł kielich w moją stronę.
  - Mówisz, że to twoja zguba, ale przecież nie jest niewolnicą, jak Ci tutaj. – wskazałem na kompanię która z nami przebywała.
  - Widzisz, po prostu ktoś przerwał nam zabawę i musiałem, czmychnąć z miejsca przemiany.
  - Wieśniacy…
  - Jeśli by się dowiedzieli, kim jestem naprawdę, przysłali by tu jakiegoś Łowcę, albo poinformowali Biuro Spraw Magicznych, a Ci wysłali by tu zastęp Szkolonych w celu mnie ujęcia, bądź eliminacji.
  - No tak, patowa sytuacja. – upiłem kolejny łyk. – To gdzie moja zapłata?
  - Chyba nie sądzicie, że wam zapłacę?
  - Właśnie tak sądziłem.
  - Niestety nie mogę was stąd puścić. Wiecie kim jestem. – pochłonął kawałem półkrwistego steka. – Koniec biadolenia, czas na danie główne. – znów klasnął w ręce, a służba wniosła do pomieszczenia Lenę, przywiązaną do drewnianej platformy. Dźwignąłem się do pionu, oczy wszystkich skierowały się na mnie.
  - Chyba jednak będę Cię musiał załatwić. – dobyłem Bolta i oddałem 4 strzały w kierunku hrabiego, bynajmniej nie mierząc w niego. Hrabia jednakże odczytał to jako atak na własną osobę, co też chciałem, żeby zrobił. W mgnieniu oka znalazł się po mojej prawe, a gdy chciałem przywalić mu rękojeścią Bolta, zablokował mój cios, wyprowadziła własny, mierząc w moje żebra, a następny powędrował na moją prawą kość jarzmową. Gdy siła ciosu obróciła mnie do niego plecami, kopnął mnie z taką mocą, że przywaliłem o ścianę i odbiłem się od niej, padając na glebę i wypuszczając Bolta.
  Doskoczył do mnie i chwycił mnie za włosy, unosząc mą głowę z posadzki i odsłaniając dostęp do szyi.
  - Tyle woli walki w Tobie czuję. Twoja krew będzie musiała smakować wybornie. – rozszerzył szczęki odsłaniając potężne kły.
  - Nie byłbym taki pewny tego posiłku. – na chwilę wypełzło na jego twarz zdziwienie. – Spójrz za siebie. – jego wzrok powędrował w tamtą stronę i napotkał nagą Lenę.
  - Teraz moje kolej wyssania z Ciebie życia. – po tym zdaniu, doskoczyła do jego szyi i wpiła się w nią potężnie. Chwyt hrabiego ustąpił, zawył z bólu, a ja dopadłem Bolta i wpakowałem mu lufę w usta.
  - A teraz poczujesz bardzo elektryzujący smak. – i pociągnąłem za spust. Czaszkę hrabiego rozerwało na kawałki, ochlapując wszystko wokół.
  Jego niewolnicy, zasiadający przy stole, poczęli nagle się szamotać. Zauważyłem jak stopniowo zmieniają się w przeżarte czasem truchła, aż do pyłu.
  - A więc to koniec. Teraz jesteś już naprawdę wolna. Klątwa… już na Tobie nie ciąży dziewczyno… jesteś wolna.

V

  Cały zamek przeszukałem w poszukiwaniu zapłaty za robotę. Znalazłem zapłatę i to z ogromną nadwyżką. Truchło hrabiego, jak i samą budowlę, spaliłem, nie pozostawiając kamienia na kamieniu.
  Pamięć dziewczyny wróciła, więc opowiedziała mi, że urodziła się w 1712 roku w pobliskiej wiosce, więc nie było szans, że ktokolwiek z jej rodziny jeszcze żył. Złożyłem jej propozycję dołączenia do mnie w moich wyprawach. Zgodziła się.
  Takim też sposobem zdobyłem sobie zacną towarzyszkę wojaży i dodatkowo naprawdę kształtną partnerkę. W dodatku biegłą w sztukach miłosnych o czym miałem okazję się nieraz przekonać.