środa, 20 marca 2013

Zemsta? Jasne!

I

  Jednemu „gorylowi” skręciłem kark, drugiemu wbiłem Otrze w kręgosłup, przy podstawie czaski, eliminując ich na dobre. Trzeci nie usłyszał niczego z powodu ulewnego deszczu. Padł od strzału z wyciszonego karabinu Sheloka. Prosto między oczy. Dużo z czaszki nie zostało. Trupy wyrzuciłem do pobliskiego kanału.
  Deszcz walił już od trzech dni i nadal, ani nie zelżał, ani się nie zapowiadało na to, żeby przestał. Zupełnie jakby niebiosa płakały po jakiejś wielkiej stracie… albo przed, bo wiedzą co się stanie.
  Przebiłem się przez ścianę, za pomocą zwoju eksplozyjnego. W środku natrafiłem na 4 klientów, z czego z pleców jednego, prawdopodobnie stojącego przy ścianie, wystawał kawałek drewnianej belki. Pozostali byli ogłuszeni przez falę uderzeniową. Tych wykończyłem Ostrzem, bo lubiłem ten intymny kontakt z tkanką mej ofiary. Jednego ciąłem chyba trochę zbyt nisko, bo wszystkie flaczki wyleciały z jego otrzewnej. Oczywiście to go nie zabiło, za to patrzył na swoje wnętrzności z tęsknotą w oczach, niczym małe dziecko, po zgubieniu swojej ulubionej zabawki albo stracie ukochanego zwierza.
  Budynek miał wysokie stropy na korytarzach i w pomieszczeniach. Był dobrze oświetlony, co ułatwiało poruszanie się, ale mnie wadziło, bo nie było za bardzo jak ukryć się w cieniu, którego tu było jak na lekarstwo. Na szczęście właściciel budynku miał obsesję odnośnie łuków, więc skuteczna widoczność ograniczała się do 5 metrów. Wystarczająca odległość żebym dopadł kogokolwiek, zanim zdążyłby cokolwiek zrobić.
  Jak na zawołanie usłyszałem przed sobą kroki. Szybkie, ale bardzo lekkie. Kolejni „goryle”? Raczej wątpię. Już prędzej służba. I tak też było. Młoda dziewka w czarnym uniformie służki stanęła jak wryta, gdy jej wzrok napotkał moją osobę. Zaskoczenie może to było, może strach, w każdym razie nie wydała z siebie żadnego okrzyku, a ja dopilnowałem żeby przypadkiem jednak tego nie uczyniła. Doskoczyłem do niej powaliłem ją na podłogę i zatkałem jej usta swoją ręką. Rzucała się i próbowała mnie uderzyć, ale docisnąłem jej kończyny mocno do podłogi.
  - Cichoooszaaa… - wyszeptałem do jej gładziutkiego uszka. Pachniała wspaniale. Słodki zapach wabił do niej, niczym nektar pszczoły do kwiatów. Zaciągnąłem się jeszcze raz. Jabłko zmieszane z arbuzem. Taki właśnie był zapach jej perfum. - Wiesz, gdybyśmy spotkali się w innych okolicznościach, to może coś by nawet z tego wyszło. – powiedziałem to spokojnym tonem. Dziewczyna wyprężyła się, a potem uszło z niej Życie. Tak to się dzieje, gdy Ostrze wchodzi przez żebra prosto w serce. Jej ciało schowałem w magazynku, który mijałem. Potem pogrzebię ją jak należy. Zanim udałem się dalej ucałowałem jej martwe usta. Nadal były ciepłe i… nadal miały przyjemny smak. Czasami bałem się sam siebie… ale tylko czasami, a to nie był ten moment.
  Wparowałem do zbrojowni niczym piorun, a dwóch strażników pilnujących ekwipunku załatwiłem zwojem zapalającym. Może nie był to najinteligentniejszy pomysł, biorąc pod uwagę ilość dynamitu, Energonów, prochu i amunicji, które się tam znajdowały, ale po prostu uwielbiałem słuchać agonalnych krzyków, palących się ludzi. Było do dla mnie niczym… występ pianistów, odsłuchanie „Baśni 66” zagranej przez samego VonHelma i… to tylko dla mnie. Niesamowite…
  Zabrałem karabinek Lichtego i Miotacz podlufowy, co by się natrafiło na Big-Boy’ów. A obstawiałem, że się na nich trafi.
  Gdy przebiłem się do zachodniej części kompleksu, napotkałem patrol złożony z 8 chłopa. Walka z nimi, to była przyjemność sama w sobie. Metalowe pociski wyrzucane z karabinka za pomocą zjawiska elektromagnetyzmu, rozpędzały się do niespotykanych prędkości, zamieniając wszystko na swej drodze w proszek, bądź masę czerwonych kropel. I tak też się działo. Sześciu kolesi skasowałem dwoma seriami. Gdy pociski wbijały się w ich ciała, chlupot tkanek, które zamieniały się w płyn, był niesamowity. Wyglądało to groteskowo. Jest cel, i nagle go nie ma. Chlup! Ostatnich dwóch, którzy schowali się za studnią, poczęstowałem serią z Miotacza. Magia smoczego oddechu jest naprawdę wspaniała. Roztapia wszystko na swej drodze, a jeśli jakieś żywe stworzenie ma nieszczęście znaleźć się na jego drodze, wtedy… no cóż… powiedzmy sobie, że takiej opalenizny nigdy nie zdobędziecie. Nawet nie dało rady usłyszeć krzyku, bo temperatura wypaliła im płuca. Ech… szkoda.
  Gdy tak się przebijałem, naszła mnie refleksja. Ile żyć można poświęcić, byle tylko przeciwnik Cię nie dopadł? Kiedy skończę moją robotę, będę mógł sobie zrobić dokładny rachunek. Królik takiej okazji już mieć nie będzie…
  Pod bramą willi natrafiłem na dwóch „goryli”. Krótka seria wybiła im z głowy pomysł sięgania po broń… razem z resztkami mózgu. 
  Na dziedzińcu, wypadł na mnie Big-Boy w liczbie sztuk dwóch. Jedyne co mogłem na szybkiego zrobić, to czmychnąć za osłonę. Pociski z ich wielolufowych karabinów maszynowych podrasowanych zaklęciami (a przynajmniej tak zgadywałem) rozbijały powoli, acz systematycznie, kamienny murek fontanny, za którym postanowiłem się ukryć. Dobyłem zwoju dymnego i rzuciłem go na oślep, ale nie za mocno. Za nim powędrował jeszcze jeden. Gdy usłyszałem charakterystyczny syk tworzenia się zasłony dymnej, wyjrzałem lekko za krawędź murka. Big-Boy’e były zasłonięte przez gęstą mgłę dymu. Długo się nie zastanawiając, puściłem najpierw długą serię z karabinku, a potem długą serię z miotacza, od lewej do prawej i od prawej do lewej. Poczekałem aż dym opadł i moim oczom ukazały się dwa, prawie w pełni stopione, szturmowe pancerze mechaniczne, a w nich niczym w gotującej się puszcze fasolki, dwóch operatorów. Ciało stopione z metalem. Oto co się dzieje, gdy ubiera się w takie stalowe łachmanki.
  Wbiłem się do wnętrza domostwa, a na holu dopadła mnie „Gwardia Przyboczna” jak to ją lubił nazywać Królik. Obrałem na cel kapitana Gwardii, a przynajmniej tak mnie się wydawało. Reszta ludzi ustawiła się w półokrąg biorąc moją osobę na cel.
  - Rzuć tego gnata, albo moi chłopcy rozsmarują twoje żałosne dupsko po podłodze. – usłyszałem ze szczytu schodów, mocny południowy akcent. Podniosłem swój wzrok w tamtym kierunku i ukazała mnie się postać wyprężonego, acz starego człowieka. Jednakże znałem możliwości tego człowieka. Niby stary, ale nadal piekielnie sprawny w walce. Dodatkowo bez sumienia i psychopatyczny. Wypisz wymaluj, ja w podeszłym wieku.
  Rzuciłem posłusznie broń na podłogę. Jeden z gwardzistów podszedł do mnie i zaczął mnie przeszukiwać i rozbrajać. Potem założył mi kajdanki i odeskortowawszy mnie do celi, zniknął w mroku korytarza, pogwizdując sobie.
  Cela jak cela. Standard. 3 ściany, podłoga, sklepienie, czwarta ściana kraty. Wiadro jako mój klop, i „prycza”. W sumie, to tylko kawał drewna na zawiasie. Miłe było to, że między kamieniami sklepienia, umieszczono dwa pręty na szerokości barków. Do podciągnięć i wznosów nóg, jak znalazł. Przynajmniej będzie jak zabić nudę.
  Jakieś dwie godziny później (a przynajmniej tyle czasu upłynęło na moim chronometrze) zjawił się sam Pan i Władca. Najbardziej Jaśnie Oświecony. Królik po prostu.
  - Naprawdę sądziłeś, że dasz radę mnie wykończyć w pojedynkę? – zadał pytanie, świdrując mnie na wylot swoimi błękitnymi oczyma.
  - Gdy idę kogoś zabić, to mnie się to udaje. I to samo spotka Ciebie. – odpowiedziałem pewien realności ukończenia swojej prywatnej misji. Jego wzrok nadal przeszywał i analizował mój umysł, starając się znaleźć jakieś słabe punkty. – Szczerze to mnie zadziwiasz. Najpierw nasyłasz na mnie zakapiorów, żeby mnie usiekli, a teraz zachowujesz mnie przy życiu i w dodatku zamykasz w celi w swoim ukochanym ludzkim terrarium. Naprawdę czasami Cię nie pojmuję.
  - Nikt nie powiedział, że musisz rozumieć moje działania. Ważne, że mają one jakiś cel, który nie spodoba Ci się za bardzo. – odpowiedział z miną wyrażającą pogardę mej osoby. Żeby to jeszcze bardziej zaakcentować, splunął pod moje nogi.
  Popatrzyłem na niego z uśmiechem na twarzy i wyrazem politowania w oczach.
  - Zastanawiam się tylko, co by na twoje działania powiedziała teraz Anna. – brew lekko mu się poruszyła i już wiedziałem, że trafiłem. – Jak myślisz? Poparła by twą osobę, czy może po prostu chciałaby zrobić to samo co ja? Zabić Cię.  
  - Sizin ana atdirmaq! – odparł, a w jego tonie można było wyczuć gniew i nienawiść.
  - Może byśmy się dowiedzieli, gdyby nie to, że od dawien dawna jej już tu nie ma. I odczep się od mej matki.
  Twarz Królika zmętniała, ale w oczach nadal płonął płomień nienawiści i chęci mordu. Delektowałem się tym jak nigdy dotąd. Utrzymując uśmiech zadowolenia wróciłem na pryczę. Królik chwilę na mnie popatrzył i odszedł w mrok korytarza.  

II

  Po piątym dniu pobytu w celi jadąc tylko na wodzie (a przynajmniej miałem nadzieję, że to woda) sączącej się przez skały i karaluchach, moje siły były na poziomie ok. 30% sprawności. Jeśli chce stąd uciec, to muszę to zrobić w najbliższych godzinach. Niestety w celi nie było absolutnie żadnego zbędnego kawałka metalu, dzięki któremu mógłbym otworzyć zamek.
  Koło południa, a wnioskowałem to po słońcu, które przedostało się przez szczelinę w okiennicy, zjawili się strażnicy. Zanim mnie spętali obili mnie ryja i żebra, dość porządnie. Niczego nie połamali, znali się na swym fachu. Potem odwlekli mnie do sali „przesłuchań”. Tam siedziałem paręnaście minut, zanim zjawił się koleś posturą przypominający niedźwiedzia.
  - Nazywają mnie Niedźwiedź. – w pomieszczeniu rozbrzmiał tubalny głos.
  - Dzięki. Nigdy bym nie pomyślał. – i dostałem strzała w ryło. – To nie było zbyt miłe. – drugi strzał, tym razem w brzuch. Zgięło mnie to w pół i sprawiło, że opadłem na kolana. – Miły masażyk. Nie sądziłem, że dziś spotkają mnie takie luksusy. – trzeci strzał, prosto w kark. To mnie trochę przymroczyło. Biernym nie miałem zamiaru pozostać, więc wyprowadziłem kontrę łukiem od podłogi, mierząc w krocze Niedźwiedzia. Ten jednakże okazał się nie tylko silny, ale jeszcze piekielnie szybki. Zablokował mój cios, chwytając mnie za przedramię i wykręcając je. Tym razem dostałem kolanem w klatkę piersiową. Miałem wrażenie, że zmiażdżył moje serce. W dodatku ledwo mogłem zaczerpnąć tchu. Dokończył robotę młotkowym ciosem, prosto w sklepienie mojej czaszki.
  Gdy się obudziłem, poczułem więzy na swych nadgarstkach i podudziach. Popatrzyłem na ręce i były na nich kajdany. Jakoś damy radę się z tego wyrwać. Muszę…
Podniosłem wzrok, żeby zobaczyć naprzeciwko siebie, siedzącego Królika. Czułem, że krew ścieka mnie strupkiem z rany na głowie.
  - Miło, że przyszedłeś w odwiedziny. Czyżbyś się stęsknił? – zapytałem z ironicznych uśmiechem na twarzy.
  - Stęsknić? Nie. Za to przyprowadziłem Ci kogoś do towarzystwa. Oto Doktore. – wskazał na chuderlawego, niższego o głowę ode mnie, jegomościa. Wyglądał trochę jak rzeźnik w tym swoim kubraczku i białym kitlu. – Zajmie się Tobą przez najbliższe parę godzin… a przynajmniej mam nadzieję, że tyle wytrzymasz. – wstał z krzesła, odwrócił się i podszedł do drzwi. - Nie mówię do zobaczenia. Mówię żegnaj, bo więcej się nie ujrzymy.
  - A ja i tak powiem, do zobaczenia Króliku. I to już niedługo. – popatrzył na mnie z politowaniem i odszedł.
  Doktore przygotowywał narzędzia pracy na swym małym stoliku. Robił wszystko powoli, metodycznie i dokładnie. Pedant jeśli idzie o pracę. Chociaż, po równym ubiorze i poprawianiu fałd się tworzących, wnioskowałem, że pedantem jest z natury.
  Podszedł do mnie z strzykawką pełną błękitnego płynu.
  - To może trochę zaboleć. – wbił mnie igłę w kark i nacisnął tłoczek. Substancja powoli zaczęła wlewać się do mojego układu krwionośnego. Po chwili zacząłem odczuwać skutki specyfiku. Świat jakby pojaśniał. Każdy kolor i sylwetka, każdy kształt, poczęły się wyostrzać.
   - Teraz będziesz mnie torturował, co nie? – wydawało mnie się, jakby mój głos dochodził zza ściany.
  - Słowo „tortura”, jest takie staromodne i prostackie. Preferuję określenie „zajmował”. – podszedł do mnie ze skalpelem.
  - A ja Ci powiem w staromodnym stylu, że mam zamiar stąd uciec, a potem zabić Królika. – czułem, że staję się człowiekiem słowa.
  - I jak niby zamierzasz to zrobić? – zapytał z uśmiechem politowania.
  - Cóż, najpierw zasłonie się tobą niczym żywą tarczą, potem zabiję strażnika przy wejściu jednym z twych narzędzi, a potem może ewentualnie skręcę Ci kark. – spojrzał na mnie ze zdziwioną miną. – Pamiętasz kajdany w które byłem zapięty? No cóż, już je rozpiąłem. – wyciągnąłem ręce przed siebie, a z nich swobodnie zwisały kajdany. Doktore wyglądał na bardzo zdziwionego. Pochwyciłem go, obróciłem frontem do wyjścia zasłaniając się nim, ze stolika pochwyciłem tasak i gdy tylko w świetle wejścia ukazał się strażnik, dostał nim prosto między oczy. Tasak wbił się z przyjemnym trzeszczeniem rozłupywanej kości. Potem skręciłem kark Doktore. Jego ciało bezwładnie upadło na podłogę.
  Podbiegłem do trupa strażnika i zabrałem jego broń przyboczną. Na razie powinna wystarczyć. W magazynku miałem 10 nabojów. Poruszając się korytarzem, ubrany tylko w więzienne spodnie, dotarłem na parter. Tam spotkałem dwóch delikwentów. Dostali po kulce w łeb. Od jednego z nich zabrałem „pompkę”. Natrafiwszy na małą grupkę wrażych, postanowiłem nie bawić się w żadne ceregiele, tylko od razu ich wykończyć. Tak też, z racji oszczędzenia czasu, wbiłem się w nich. Z tej odległości celowanie nie miało większego znaczenia. Udało mnie się odstrzelić nawet jednemu kolano. Co prawda dopiero strzał w głowę go załatwił, ale i tak był to przedni widok. Jest kolano, a zaraz potem go nie ma. Reszta kończyła ze śrutem we łbie, bądź klatce piersiowej. Z racji, że amunicja w „pompce” się skończyła, zabrałem od jednego z trupów karabinek Lichtego i dwa zwoje ogłuszające. Wbiłem się do willi. Pokój gwardzistów był na prawo od wejścia. Wrzuciłem do środka zwój ogłuszający i gdy nastąpił charakterystyczny huk, wbiłem się do pomieszczenia i prując karabinkiem od lewej do prawej, zrobiłem z gwardzistów pożywkę dla dzikich psów. Rozejrzałem się po pokoju i dostrzegłem moje graty. Na razie wziąłem tylko Bolta i Ostrze.
  Udałem się po schodach na 2 piętro. Do pokoju Królika. Gdy chwyciłem za klamkę, nastąpił strzał i w  lewym skrzydle wejścia pojawiła się spora wyrwa. Wrzuciłem przez nią drugi zwój ogłuszający. Potem wbiłem się do pomieszczenia. Gdy tylko przekroczyłem próg natrafiłem na jeszcze dwóch gwardzistów. Tych załatwiłem Ostrzem. Gdy efekt ogłuszenia minął, Królik zerwał się z krzesła i rzucił się na mnie. Zblokowałem jego cios, zakładając mu dźwignię na bark, sprzedałem mu cios kolanem w kość nosową, a potem dobiłem ciosem łokcia w potylicę. Upadł na podłogę nieprzytomny. Nie miałem zamiaru go jeszcze zabijać. Związałem go, zszedłem na dół, ubrałem się w swoje łachmany i poszedłem wykończyć resztę ekipy, która pozostała przy życiu.
  Gdy skończyłem zabawę z pozostałymi strażnikami, wróciłem do willi. Królika w symboliczny sposób przybiłem do ściany.
  - I jak się czuje człowiek ukrzyżowany? Słyszałem, że to hańba. – wziąłem kanister z olejem wielorybim i oblałem nim całą podłogę. Potem zrobiłem tak z resztą willi, póki nie skończyły mnie się kanistry. Podszedłem jeszcze na chwilę do Królika. – Widzisz, teraz to ja mówię żegnaj. Tak na dobre. – poklepałem go po policzku i odszedłem.

III

  - Widzisz Anno, jak to jest. Człowiek się stara być miły, przebaczyć i zapomnieć. Ale prędzej czy później przeszłość zawsze Cię dopada. Tak było w Twoim przypadku, tak było w moim. Myślę, że przeznaczone nam jest cierpieć. Cierpieć za wszystkie grzechy które popełniamy. Za wszystkie błędy jakie robimy… miło było znów się tu zjawić i pogaworzyć. Jednakże teraz mówię  żegnaj Anno. Więcej nie będę cię dręczył. Dobrze było Cię kochać. – ucałowałem palce i dotknąłem nimi nagrobku. Światło płomieni świetnie go podkreślało, a krzyk palącego się Królika, tylko dodawał uroku sytuacji. 
Mówiłem już, że kocham ogień?

niedziela, 10 marca 2013

1906

I

  Rzuciłem dziewką na stół niczym workiem ziemniaków. Opierała się, ale cios w policzek nieźle ją rozmiękczył. Ponownie się na mnie rzuciła, ale chwyciłem ją za przedramiona i docisnąłem do blatu swoją 100 kilogramową masą mięśniową.  Jej kończyny związałem sznurem, co by było łatwiej nad nią zapanować. Zerwałem z niej ubranie, wyciągnąłem swoje przyrodzenie ze spodni i „zatopiłem” je w niej. Oczywiście zawrzeszczała z bólu. Widać nigdy wcześniej nie była z mężczyzną mojego pokroju. Pochyliłem się nad jej klatką piersiową i ugryzłem w pierś, aż do krwi. Była młodziutka i jędrna, dokładnie w moim typie.
  Ruchem posuwistym, sprawiałem sobie przyjemność. Nie mogę tego powiedzieć o stworzeniu, które się pode mną znajdowało, aczkolwiek niektóre z jej pojękiwań były z odczuwalnej przyjemności. Niemniej nadal się rzucała. Gdy w końcu doszedłem, pocałowałem ją z dzikością serca. Smakowała słodziutko. Zawsze mnie też zastanawiało, dlaczego w takich chwilach po prostu nie odgryzą mnie języka. Czyżby się bały? Przecież w ten sposób można nawet zabić człowieka, jeśli szybko się krwotoku nie zatamuje. Ech… dziwny jest ten świat, a w szczególności ludzie.
  Gdy wyciągnąłem z niej swojego drąga, oblanego krwią i spermą, dziewczyna zemdlała. Wytarłem go w świeżo wyprane prześcieradło, które leżało jeszcze w koszyku i wyszedłem przed chatę. Na podwórzu chłopcy w większości, albo zabawiali się z kobietami, albo podpalali kolejne chaty. Po prawdzie tu i ówdzie też zabijali mężczyzn i chłopców, w większości po prostu ich wieszając.
  - Piękna, jak chcesz się zabawić z nieprzytomną, to jedna jest w środku. – wskazałem chatę, z której dopiero co wyszedłem. Piękna, jak to Piękna, bardzo się ucieszyła i wparowała do środka jak błyskawica. Ja natomiast usiadłem na pieńku i spoglądając na dziejącą się na moich oczach pożogę, sięgnąłem do koszyka, który stał po mojej prawicy. Wyciągnąłem z niego dość pokaźnych rozmiarów owoc. Pomidor okazał się zarówno soczysty, co i smaczny, jednakże ciutka miąższu skapła na me spodnie. Zakląłem po cichu i wytarłem je chustą, którą wcześniej dostałem od siostry hrabiego DeVolta. Przynajmniej się na coś przydała.
  - Dobra chopy! Kończymy tę zabawę! Zabić wszystkich, a wioskę zrówna się z ziemią. – wziąłem kolejny kęs i wtedy dostrzegłem uciekającego w zarośla wieśniaka. Jednak zanim do nich dotarł, dostał ode mnie w plecy Błyskawicą i stanął w ogniu niczym kłoda nasączona olejem wielorybim. Krzyku nie usłyszałem, ale to pewnie z powodu, że trafiłem w okolice serce.
Nadal siedząc na pieńku, począłem strzelać z Bolta w dachy chat, co by szybciej podpalić tą nieszczęsną wioskę. Potem dźwignąłem się i poszedłem na szczyt pobliskiego wzgórza, na którym czekał nasz oddziałowy mag i medyk jednocześnie, Szulejka.
  - Ejże stary draniu, co tam w tych krzakach porabiasz? – po odgłosach wywnioskowałem, że wymiotuje. – Chyba nie rzygasz, co nie? – poniuchałem powietrze, co by wyczuć swąd trupów, ale żadnego nie wyczułem. – Przecież nie czuć trupów.
  - Może ty nie czujesz, ale moje nozdrza nienawykły do tego typu… rozrywek. – kolejna porcja rzygów wydobyła się z jego gardła, oblewając krzaki.
  - Przy tych twoich wymiocinach, zapach spalonych trupów, nie jest taki zły. – skrzywiłem nos, bo smród był niemiłosierny.
  - A, pierdol się, jebany zabójco! – wykrzyczał to jeszcze z resztkami wymiocin w swej pokaźnej, szarej jak popiół, brodzie.
  - Och! Przepraszam bardzo, żem uraził twoje uczucia. Czy mości hrabia, zechciałby zrównać tą wiochę z ziemią? – próbowałem powiedzieć to z dozą powagi, ale niezbyt mnie to wyszło. Szulejka spiorunował mnie wzrokiem, ale posłusznie wziął się za przygotowanie zaklęcia.  Dał mi znać gdy tylko skończył.
  - Chopy! Za… - zwróciłem się do maga. - za ile? 
  - 30.
  - Za 30 sekund spadnie na was apokalipsa, ugotowana przez Szulejkę! – krzyknąłem w stronę reszty oddziału.
  - 30 minut.
  - 30 minut?! Co tak kurwa długo? – zapytałem z wielką dozą zdziwienia.
  - Myślisz, że to tak łatwo. Muszę zgromadzić Energię i tak dalej. To nie jest jakieś tam ściąganie, źle założonej klątwy. – uszczypliwość mojej osoby z jego strony, to był standard.
  - Szefie, czekaj! – usłyszałem głos przerażenia z dołu.
  - Spokojnie chłopcy! Mój błąd! Hekatomba rozpocznie się dopiero za pół godziny, więc jak chcecie się jeszcze zabawić, to lećcie! – popatrzyłem, po chłopakach, którzy nabiegali i zobaczyłem jak na ich twarze z powrotem wpełzło zadowolenie.
  Gdy w końcu Szulejka uzyskał odpowiednią ilość Energii, rzucił zaklęcie Zagłady. Niebo dosłownie eksplodowało, a na ziemię spadł deszcz ognia, pożogi i zniszczenia. Z wioski nic nie zostało, a my odeszliśmy ze wszelkim łupem, jaki da się opchnąć, lub za jaki da się cokolwiek kupić. Ja przywłaszczyłem sobie tylko koszyk jabłek, bo dawnom żadnych w ustach nie miał. Pacyfikacja, to jednak kupa zabawy.

II

  W jakieś dwa dni dotarliśmy z powrotem do uroczego zamczyska hrabiego. Przyjęci zostaliśmy przez niego iście królewsko, czy może raczej powinienem rzec, kurewsko, biorąc pod uwagę ilość kurtyzan jaką nam zamówił.
  - A więc, poruczniku, rozumiem, że zadanie wykonane.
  - Gwarantuję, to wam hrabio, jakem tu stoję.
  - A więc wasze zdrowie, żołnierze! – wzniósł kielich, a ja i moi ludzie zrobiliśmy to samo. Wino było przednie, ale ja tam wolałem sok maliwiański. Gdy zabawa trochę ucichła, a moi ludzie odeszli w dobrym towarzystwie do swych komnat, postanowiłem zadać hrabiemu pytanie.
  - Hrabio, jeśli można, chciałbym zadać wam pytanie.
  - Jakże  to pytanie brzmi, poruczniku.
  - Heh, dawnom nie był tym stopniem tytułowany. – uśmiechnąłem się do siebie w duchu. – Otóż, chciałem zapytać, pocośmy pacyfikowali tą wioskę?
  - A ja naiwny zawsze sądziłem, że najemnicy o nic nie pytają. Po prostu otrzymują zapłatę i wykonują zadnie. No ale cóż, jeśli jesteście tacy dociekliwi, to wam odpowiem. – upił łyk wina, pochylił się w mą stronę, a z racji, że zasiadałem po jego prawicy, kielich zawisł poza krawędzią stołu. – Bo miałem taki kaprys. – odczekał chwilę, a potem zaśmiał się na całe gardło. Śmiech ten przeszył mnie do szpiku kości, ponieważ zrozumiałem, że mówił prawdę. Zorientowałem się, że hrabia to zauważył. – A więc widzicie poruczniku, czasami lepiej najemnikowi nie pytać o powód swojego zatrudnienia. – wychylił kielich do końca i odszedł od stołu do swej komnaty. Ja pozostałem przy stole jeszcze trochę, póki nie znalazł mnie Szulejka.
  - Co jest bracie? – spytał się, ścierając ze swych szat resztki kurczaka, którego tak ochoczo wcinał, gdyśmy balowali jeszcze w pełnym składzie.
  - Nic, tylko… nie wiem jak to ująć.
  - Najlepiej w prosty sposób. – upił wina bezpośrednio z dzbana.
  - Spacyfikowaliśmy tamtą wiochę z powodu jego kaprysu. – odpowiedziałem ze zmieszaną miną.
  - No i? Wcześniej robiliśmy gorsze rzeczy bracie.
  - Tak, ale tamte miały coś na celu, a ta… ta nie miała na celu niczego.
  - Cóż, najwyżej dziś nie zaśniesz bracie. – klepnął mnie w ramię i odszedł do swej komnaty. Ja siedziałem jeszcze przez chwilę przy stole, ale potem też się od niego oddaliłem.
  Gdy otworzyłem drzwi i przekroczyłem próg, oczom mym ukazała się naga kurtyzana leżąca w łóżku, przyozdobiona gorącą czekoladą.
  - Czy macie ochotę na coś słodkiego dzisiejszego wieczoru, panie? – pozwiedzała to namaczając palec w naczyniu z czekoladą i zmysłowo go oblizując.
  - Czegóż się nie robi dla dobra interesów. – powiedziałem do siebie i zamknąłem drzwi, co by nam nikt nie przeszkadzał, podczas „konsumowania” czekolady.
  Na całe szczęście kurtyzana była nie tylko ładna, ale także słodka jak rzeczona czekolada… i to bez niej na sobie. Oczywiście pierwsze co zrobiłem, to zamoczyłem swego drąga tak głęboko jak tylko się dało, zlizując czekoladę z piersi dziewczyny. Nie mogła mieć więcej jak 16 wiosen za sobą, ale takie lubiłem najbardziej. 
Gdy kochałem się z klientką, przed oczami na chwilę mrugnął mnie obraz dziewczyny, z którą się zabawiałem w wiosce. Poczułem się trochę nie swojo. Wyrzuty sumienia miałem, ale kiedy rozpoczynałem karierę w jednostkach. Z latami mordów gwałtów i walk, minęły. Teraz jednakże jak na złość powracają. Co za gówno.
  Zabawy nie przerwałem. Odwróciłem dziewczynę i wziąłem ją od tyłu. Szybko, z werwą i głęboko. Zapiszczała z przyjemności, a ja westchnąłem z rozkoszy. Oblałem jej plecy słodkim płynem, a następnie umoczyłem w nim swe wargi. Potem to samo zrobiłem z ustami. Przyjemne to jest, do momentu, aż człowieka najdzie myśl, ile fiutów w swych ustach dziewczyna miała. Mózg potrafi być skurwielem.
  Gdy w końcu doszedłem, z czego jej to udało się już 3 razy, wyciągnąłem swojego wciąż sztywnego drąga i dałem jej do oblizania. Nim to zrobiła, polała go czekoladą, a potem pochłonęła, niczym głodny, smażoną kiełbasę.
  Gdy skończyliśmy igraszki, postanowiłem sobie z nią porozmawiać. Zawsze tak robiłem. Dziewczyna okazała się, jak większość z jej fachu, bardzo inteligentna i w dodatku sama poczęła narzucać tematy. Nie przeszkadzało mnie to, szczególnie, że w mojej czaszce nie siedział praktycznie żaden ciekawy. Dyskutowaliśmy przez całą noc i było to dla mnie bardzo oczyszczające.
  Gdy obudziłem się za sprawą walących przez okiennice promieni słońca i piania kura, dziewczyny już przy mnie nie było. W sumie to nie powinno mnie to dziwić, ale jakoś poczułem jej brak. Niezbyt przyjemne uczucie.
  Gdy się ubrałem spostrzegłem na szafce karteczkę. Widniał na niej napis „Dziękuję za wspólnie spędzony czas. Alicja”. Uśmiechnąłem się lekko, ale też pomyślałem, czy to aby nie polityka burdelu. W każdym razie miły gest.
  Po obfitym porannym posiłku, postanowiłem, że opuścimy mury „domostwa” hrabiego DeVolta. Oczywiście gdy to obwieściłem, chłopacy zaraz podnieśli bunt, że „jak to tak zostawiać to wszystko i iść się tułaczyć, że dziwki były znakomite, że żarcia mamy w bród” etc. Ukróciłem ten bunt mocnym jebnięciem księgi w stół.
  - Zamknąć parszywe jadaczki, tępe fiuty! Do południa stąd znikamy. Pożegnamy się, jak to z obyczaju wynika, z gospodarzem i stąd znikamy. – popatrzyłem po twarzach kamratów. Dostrzegłem rozczarowanie, ale przejawów niesubordynacji już nie. – Forsy dostaliśmy wystarczająco, żeby starczyło na miesiąc dogodnego najemniczego życia. Oczywiście mnie wystarczy na więcej w porównaniu z waszą dziką tłuszczą. – wstałem z krzesła i odszedłem do komnaty się spakować.
  Gdy wpakowywałem do torby moje osobiste rzeczy, a także notkę z podziękowaniem, w progu zjawiła się siostra hrabiego, Katarzyna.
  - Czy dobrze słyszałam? Zamierza pan opuścić mury tego domostwa, panie Huxley?
  - Owszem zamierzam. Najszybciej jak się da. Wasz brat pani, to istny psychopata. Nie mam zamiaru dla niego dłużej pracować.
  - Wiecie, że za takie słowa mogę kazać was ściąć?
  - Owszem wiem. Jeśli pani chce, może pani wydać, takie rozporządzenie, ale niech pani zapamięta. – zbliżyłem się do niej. – W jadalni znajduje się 12 wstawionych, agresywnych, nieprzewidywalnych byłych żołnierzy oddziałów specjalnych, z których jeden jest magiem i którzy bez mrugnięcia okiem są w stanie spacyfikować całą wioskę osób, a potem również bez mrugnięcia okiem zgwałcić ich trupy. Nadążacie za mną, pani?
  - Tak, nadążam. – odpowiedziała z uśmiechem na pięknej twarzy.
  - To wyobraźcie sobie teraz pani, co by zrobili z rezydentami, tego zamku, gdyby tylko dowiedzieli się, że ich dowódca idzie na szafot. Podpowiadam, większość, prócz maga, nie jest najbardziej lotna, za to niesamowicie lojalna aktualnemu dowódcy, nie pracodawcy.
  - Zgaduję zatem, że negocjowanie z nimi, nie miało by większej racji bytu. – odpowiedziała pewna siebie i wciąż z uśmiechem na twarzyczce.
  - Dokładnie moja pani. – pokłoniłem się lekko i odmaszerowałem dalej się pakować.
Usłyszałem trzask zamykanych drzwi.
  - Macie może  ochotę się pierdolić? – odwróciłem głowę i dostrzegłem, że Kasia opiera się o drzwi masując swoje piersi i gładząc łono. Stałem chwilę obserwując ten, jakże przyjemny widok, a potem podszedłem do dziewczyny, rzuciłem ją na łóżko i brutalnie zabrałem się do zabawy. Po jej zachowaniu wywnioskowałem, że jest typem kobiety, dla której ostre rżnięcie, to jedyny dobry sposób na seks.
  Gdy skończyliśmy „igraszki” zarządziłem zbiórkę w holu. Odbierając zapłatę, ja i moi ludzie, pożegnaliśmy się z hrabią DeVoltem w starym dobrym stylu, czyli obalając po butli spirytu na łebka.

III

  Nasza tułaczka do następnej roboty nigdy się nie skończyła, bo po miesiącu szlajania się po różnej maści miastach, nasz mały oddział się rozszedł.
  - I widzisz jak to jest Szulejka, gdy roboty brak, sojusz się rozpada. I to samo czeka TE jebane królestwa. – łyknąłem spirytu. Był chujowy, ale niczego innego się nie spodziewałem po spelunie wybudowanej w starym budynku Straży Miejskiej.
  - Może otworzymy wspólny biznes. Wiesz, coś jak biuro pracy, dla najmusów.
  - Czemu nas obrażasz Szulejka?
  - Gdzież bym śmiał, ale nie sądzisz, że winniśmy zadbać o przyszłość? – zapytał całkiem poważnie.
  - Wiesz, co Ci powiem. Że przyszłość jest przereklamowana. – i jak na życzenie pojawił się przy nas jakiś drab.
  - Pozdrowienia od pana Królika. – rzekł i w stronę mojej szyi powędrował sztylet. Zbiłem cios, dobyłem Scyzoryk, a był to 20 centymetrowy nóż taktyczny o częściowo ząbkowanym ostrzu typu tanto i wbiłem go z całym impetem na jaki mnie było stać w prawe nadbrzusze wrażego. Dokładnie w wątrobę. Potem szybko się dźwignąłem, zastosowałem na nim cios mae geri i wypaliłem do niego z 2 metrów, bo na tyle odleciał, z wertykalnego obrzyna. Dwa ciężkośrutowe pociski zamieniły jego tors i głowę w czerwoną galaretę.
  Odwiesiłem obrzyn i dobyłem Bolta lustrując wnętrze lokalu. Niebezpieczeństwa żadnego nie było, ponieważ klienci tylko na chwilę oderwali się od swych czynności, żeby obejrzeć co się stało.   
  - Spadamy stąd. – rzekłem do Szulejki, nawet nań nie patrząc.
  Gdy tylko wybyliśmy z lokalu, na ulicy trafiliśmy na jeszcze dwóch oprychów. Tych nie zastrzeliłem. Nie chciałem wywoływać hałasu, więc gdy tylko pierwszy zamachnął się na mnie buławą, zblokowałem cios, założyłem dźwignię na łokieć i gdy tylko usłyszałem chrupnięcie stawu, pochwyciłem go za głowę i szybkim ruchem skręcającym, złamałem mu kark. Gdy padł na glebę, pochwyciłem jego broń i roztrzaskałem czaszkę drugiego, który był uzbrojony tylko w sztylet i kusze, której jednakże nie zdążył użyć z racji, że Szulejka ją zdematerializował. Trupy przeszukałem i znalazłem kilka rzeczy, które rzeczywiście wskazywały na Królika.
  - Ty stary skurwielu. Jakżeś przeżył? – powiedziałem sam do siebie.
  - O co kurwa chodzi, że się tak spytam? – Szulejka chyba bardzo chciał uzyskać odpowiedź.
  - Że Ci tak rzeknę, stara śpiewka której znać nie musisz… - obróciłem na niego swą twarz. - … i nie będziesz. – opowiedziałem stanowczo, a Szulejka tylko kiwnął głową na zrozumienie. Potem się z nim pożegnałem i postanowiłem dokończyć pewną sprawę, która mogły być dla mnie śmiertelna w skutkach.

piątek, 8 marca 2013

Zawrotne poranki

  Jesteś w dość chujowej sytuacji przyjacielu, więc dla swojego dobra lepiej zacznij gadać. – woda ściekała po ścianach, a echo roznosiło się pustym odbiciem w korytarzach podziemi budynku Agencji. – Rozumiem. Rozumiem, że nie powiesz nic, bo w ten sposób chcesz chronić swoich braci. Ale wiedz jedno. Agencja wynajmuje ludzi takich jak ja, żeby łamać ludzi takich jak ty. A kiedy już pękacie, niczym stara muszla pod butem, dobieram się do wnętrza. A wnętrze? Cóż, okazuje się słodziutkie i zasobne w informacje. – popatrzyłem na więźnia. Ten odwzajemnił wzrok, ale dostrzec w nim można było wściekłość. Nie nienawiść, ale wściekłość właśnie.
  - Pierdol się… przyjacielu. – odpowiedział z silnym północnym akcentem.
  - Bardzo chętnie, ale ostatnio brak mi złota na wytrawne dziwki, a ty jesteś powodem, który sprawi, że to złoto otrzymam. – odpowiedziałem spokojnym tonem.
  - Najmus… hehehehe… najgorsze ścierwo jakie chodzi po ziemi. – lekki uśmiech wypełz mu na twarz, ale zaraz go zgasiłem uderzeniem w skroń. Więzień zasyczał z bólu.
  - A więc tak. Ty i twoi „bracia” doprowadziliście w ciągu ostatnich 2 miesięcy do śmierci prawie 3000 cywili. Wiesz czym was to czyni? Wrogami numer jeden tego pięknego kraju. – więzień był przykuty do stołu, z palcami swobodnie rozwartymi.
  - Jesteś najmusem, co cię obchodzi los tego kraju? – zapytał spluwając krwią.
  - Szczerze, to gówno mnie on obchodzi, za to obchodzi mnie wynagrodzenie jakie dostaje teraz i jakie dostanę, gdy tylko wyciągnę z ciebie wszelkie niezbędne informacje.  – wstałem z krzesła i podszedłem do stołu pod ścianą, na którym znajdowały się narzędzia. Pochwyciłem młotek. – Więc albo zaczniesz śpiewać, albo to, co do tej pory robiłem, wyda ci się tylko miłym poklepywaniem. – oparłem młotek o palce więźnia.
  - Rób co chcesz i tak nic nie powiem. – spojrzał na mnie spode łba, a ja przez chwilę mierzyłem go wzrokiem. Potem zamachnął się i uderzyłem w jego dwa ostatnie palce, miażdżąc je i prawie odrąbując. Więzień nie zawył jednakże z bólu, za to napiął mięśnie i począł ciężko oddychać, jednocześnie utkwiwszy we mnie swój wzrok pełen furii i bólu.
  - A więc tak, zdradź miejsce pobytu swych „braci”, a może odpuszczę ci ból… a jeśli miejscówka okaże się fałszywa, to może w swej wspaniałomyślności, przejdę na jakieś bardziej ludzkie metody wyciągania informacji. – powiedziałem to z przyjacielskim uśmiechem na twarzy.
  - Nigdy! Nasza sprawa jest słuszna. To państwo, jest czystym wyzyskiem! Jedyne co mają do zaoferowania to opresja! Jeśli myślisz, że wydam… - zamachnąłem się horyzontalnie i wybiłem więźniowi żuchwę. Odrzuciłem młotek, chwyciłem więźnia za tył głowy i począłem systematycznie przypierdalać jego głową o blat stołu, póki nie zemdlał. Gdy to nastąpiło, razem z dwoma agentami którzy byli obecni na sali, położyliśmy więźnia na stole i przywiązaliśmy go do niego. Potem wziąłem sole cucące i podstawiłem je pod nos więźnia. Gdy się obudził, chwyciłem go za kark.
  - Słyszałeś kiedyś o czymś takim, jak tortury wodne? – kiwnął głową w geście zrozumienia. – O! To już wiesz co Cię czeka. Dawaj dzbanek i ręcznik. – jeden z agentów posłusznie wykonał polecenie. – Trzymaj ręcznik na twarzy. – agent zacisnął ręcznik na twarzy, a ja począłem oblewać go wodą z dzbanka. – Spokojnie przyjacielu, to tylko woda. Czego się obawiasz? Że się zadławisz? No! Nie rzucaj się, bo oberwiesz. – jednakże więzień się rzucał, więc sprzedałem mu cios w przeponę. Usłyszałem, jak się dusi. – Dobra. Ściągnij ręcznik. – gdy tylko agent to zrobił, więzień zwrócił wodę, razem z zawartością żołądka, której praktycznie nie było, bo nie jadł niczego przez ostatnią dobę. Pochwyciłem go za włosy na szczycie głowy. – Gadaj, ścierwo! Nazwiska, ksywki, miejsce pobytu! Chcę wiedzieć wszystko! – uderzyłem jego potylicą o blat stołu. – Długo mam jeszcze czekać!? – uderzyłem potylicą ponownie. – Gadaj!
  - Pierdol… pierdol się!
  Przypieprzyłem mu w twarz rozwartą ręką, łamiąc mu nos i ogłuszając go.
  - Dobra chłopaki, ściągamy go. – usadowiliśmy więźnia z powrotem na krześle. – Starczy na teraz. Idę do mesy coś zjeść. Jak wrócę, to chcę mieć pod ręką parę kartek, gdyby zmądrzał. – odwróciłem się na pięcie i poszedłem do mesy, zamawiając w niej kotlet z piżmowoła z bitymi ziemniakami, dorodną porcją surówki z marchwi i buraków, a także kolejkę „Róży”. Po jakiejś godzinie spędzonej w mesie (złapał mnie dyrektor placówki, pytając się o postępy), wróciłem do sali przesłuchań. Więzień był już przytomny.
  - To jak? Sprzedasz mnie informacje, których oczekuję, czy dalej będziemy tu siedzieć? Hm? – popatrzyłem na niego, ale nie podniósł głowy. – Która godzina?
  - 7.30 panie Huxley. –odpowiedział mi jeden z agentów.
  - 7.30. Poranek przyjacielu. Słońce wschodzi, ludzie się budzą, ptaszki śpiewają, a twoi „bracia” przygotowują plany kolejnego zamachu. To jak? – ponownie spojrzałem na więźnia, ale i tym razem nie odwzajemnił spojrzenia. - Dobrze. Nie to nie. Dawać nożyce. – zwróciłem się w kierunku agenta przy stole z narzędziami. Podał mi nożyce do metalu, a ja zacisnąłem ich ostrza na palcach więźnia. Czułem jak powoli wpajają się w tkankę. Jak rozrywają ją na części. Jak wbijają się w kości i je łamią. Czułem każdy gram bólu, który w tym momencie odczuwał więzień, a jego krzyk był dla mnie niczym śpiew ptaków o poranku. – Gadaj kurwo! Gdzie znajdują się twoi bracia?! Jaki jest ich kolejny plan?! Gadaj!
  - Główny rynek! Główny rynek… proszę… już dość… proszę… - mówił to przez łzy bólu, ale zrozumiałem go bez problemu.
  - I wreszcie! Tak trudno było to po prostu powiedzieć? Hehe… ech… przyjacielu... Cały ten ból mogłeś sobie oszczędzić, ale nieeee. Wy zawsze tak samo. Ale zdradzę ci pewien sekret. Każdy z czasem pęka. – poklepałem go przyjacielsko po twarzy i zostawiłem agentom, aby spisali wszystko co wiedział. Następnie udałem się do mesy na parę kolejek i do Dyrektora.
  - W twojej opinii, jak się trzymał?
  - Całkiem marnie. Ledwie dzień bez strawy, a potem trochę bólu. No ale czym wcześniej, tym lepiej.
  - Święte słowa panie Huxley. Teraz tylko sprawdzimy prawdziwość podanych przez niego informacji i ma pan swoją zapłatę.
  - Liczę na to szczerze. Wypijmy za to. – stuknęliśmy się kieliszkami.
  - Ach… zawrotne poranki czyż nie?
  - Zgadzam się w zupełności.
  Dwa dni później otrzymałem umówioną ilość złota i dodatkowo propozycję stałej posady, ale odmówiłem. Były Ci lepsze w świecie oferty pracy.

Na setkę trzy


 I

  Piącha w ryło, kapeć w nadbrzusze i kutas się wreszcie uciszył. Nienawidzę gnojków z baru, obrażających kelnerki. Robią swoje, a tu zjawi się taki jeden z drugim i popsuje humor człowiekowi, a potem weź coś zamów. Ech… czy ten świat naprawdę zeszedł na psy?
Na odchodne, pozostawiłem mu pamiątkę w postaci wybitych jedynek. Będzie pamiętał, żeby więcej nie popełniać podobnego błędu.
  Bar, był jak każdy inny w tym zaplugawionym mieście. Zaraza i inne tałatajstwo nawiedzało teraz okolicę i cholera jedna wiedziała dlaczego. Może to przez wojnę? Wojen w swej „karierze” widziałem dużo, ale rzadko kiedy zdarzyło mnie się ujrzeć plagę tych rozmiarów. Jasne, że czytałem o takich w księgach historycznych, ale nigdy żadnej na własne oczy nie widziałem. Cholernie nieprzyjemny widok.
  Spacerując sobie spokojnie uliczką, do mojego przyszłego zleceniodawcy, natknąłem się na Cienie. Zostawić ich nie zostawię. Nie chciałbym napotkać ich w drodze powrotnej, to też dobyłem swojego Bolta i wpakowałem w nich krótką Błyskawicę. Skwierczeli, aż miło. Jeszcze nawet z ich gardeł wydarł się ludzki, agonalny krzyk. A zawsze myślałem, że nic ludzkiego w nich nie pozostało. No cóż.
  Dotarłem do domku na rogu ulicy Podmorskiej. Domek standard. Dobudowany do innych, przy wąskiej ulicy (bo taniej), na około dwa piętra. Mówię na około, bo chuj wie, czy nie zastosowali zaklęć optycznych.
Pociągnąłem za klamkę. Zamknięte. No tak, jakże by inaczej. Trzy razy zapukałem, a potem użyłem dzwonka. Stałem tam przez jakiś kwadrans dopóki, ktoś wreszcie raczył ruszyć dupsko i mi otworzyć. Drzwi się uchyliły.
  - Słucham? – zapytał starszy, kobiecy głos.
  - Ja do… em… - sięgnąłem do kieszeni płaszcza, po ogłoszenie, na którym widniało imię i nazwisko zleceniodawcy – Jana Posokolskiego. – cholerne nazwisko - W sprawie ogłoszenia. – pokazałem kobiecie zlecenie. Popatrzyła chwilę i zamknęła drzwi. Nie ma to jak uprzejmość.
Po niedługim oczekiwaniu, drzwi otworzył mi mężczyzna, na około 30 lat, ubrany w bogato zdobiony, szlafrok.
  - Pan Huxley, jak mniemam? – rozbrzmiał mocno basowy głos. W ogóle nie pasował do postury właściciela, który wyglądał jak ludzki patyczak, aczkolwiek twarz miał przyjemną w obyciu.
  - Ta. To ja. Wpuści mnie pan może do środka? Cholerny ziąb tu na dworze panuje. – otworzył drzwi na całą szerokość i wskazał gestem, zezwolenie przekroczenia progu. Tak jak myślałem, w środku dom był niesamowicie obszerny. Magia jest jednak świetną rzeczą. Może było się jej uczyć.
  - Myślałem, że oddziały specjalne, składają się z samych twardzieli? – pytanie miało dość sarkastyczny wydźwięk.
  - Bo to prawda, ale nie znaczy to, że nie mam prawa narzekać. – odparłem całkiem poważnie.
  - Jeśli pana to pocieszy, moja filozofia polega na tym, iż jeśli czegoś nie mogę zmienić, to na to nie narzekam.
  - Wygodna filozofia. – rozejrzałem się po przedsionku. Od razu w oczy rzucała się kolekcja głów zwierząt, rzadkich gatunków. Cieniolot, ostogłów, kolczyk (poprawnie nazywał się rosomak kolczasty, ale dla wygody każdy nazywał go kolczykiem), znalazło się też parę głów dzikich ludów z Północy. – Ciekawa kolekcja.
  - Dziękuję za uznanie. Sporo czasu i pieniędzy zajęło mi jej skompletowanie. – odparł z wyraźną dumą.
  To, czego nie można było dostrzec na pierwszy rzut oka, to m.in. kusza krzyżowa, ukryta za zegarem elektrycznym.
  - A ta kusza, do czego panu potrzebna? – wskazałem od niechcenia ukrytą broń. – Jeśli do obrony, to pana rozczaruje, ale nie zdążyłby pan jej dobyć… no chyba, że spodziewałby się pan gości.
  - Będzie mi pan udzielał rad dotyczących bezpieczeństwa, czy przejdziemy do działania?
  - Tak długo jak nie wykonam zadania, wolałbym, żeby człowiek, który mi płaci, był wypłacalny. – odparłem z dużym naciskiem, na ostanie słowo.
  - Oto proszę się nie martwić. – wskazał ręką salon. – A więc, zaczynamy?
  Przeszedłem posłusznie do pomieszczenia, zasiadłem przy stole i zaraz zjawiła się służba, układając jadło i napoje (po zapachu wywnioskowałem, że to prawdopodobnie sok maliwański… i nie myliłem się).
  - Nie lubię dyskutować przy pustym żołądku.
  - Zrozumiałe. Ja także tego nie lubię. – odkroiłem spory kawał jeżowca, który spoczywał przede mną, polałem go sosem babańskiego (taki z dużym dodatkiem alkoholu) i pochłonąłem w niecałe 30 sekund. Nie sądziłem, że byłem do tego zdolny.
  - A więc, o co dokładnie chodzi? – z ustami pełnymi mięsa, łatwo mówić nie było, ale zleceniodawca jakoś mnie zrozumiał.
  - O zdjęcie klątwy.
  Splunąłem pozostałym jadłem i napojem bezpośrednio na stół, omal się nie dławiąc przy okazji.
  - Zdjęcie klątwy?! Nie zauważył pan przypadkiem, żem zwykły żołnierz?! Prawda, byłem w oddziałach specjalnych, ale żaden ze mnie mag, ani tym bardziej Szkolony. Nie mógł pan powiedzieć, że to zadanie polega na eliminacji maszkary, czy coś?
  - Niestety. Wyeliminować nie mogę, ponieważ to… - wstał od stołu i podszedł do okna wyglądając przez nie. - … to moja kuzynka.
  - Hm… a więc to sprawa czysto emocjonalna. Nie lubię takich. – upiłem łyk soku.
  - Cóż… em… ona była czymś więcej… dla mnie. – zdanie wypowiedział z niejakim problemem.
  - Ahaaaaa… rozumiem. Znaczy, pukał ją pan na strychu, żeby rodzinka się na zjazdach nie zorientowała, co nie? Też tak robiłem. Znaczy nie swojej rodzince, tylko mojego starego przyjaciela. Ależ on miał… bogobojne te kuzynki. – wspomnień czar mnie naszedł. Ach… Amelio, czemuż już Cię nie spotkam?
  - Jak pan śmie?! – wydarł się i uderzył rozwartą ręką w stół. – Nigdy żadnej zażyłości cielesnej z nią nie doświadczyłem! Ja… ja ją kochałem, ale do niczego nie doszło. Nigdy. – ostatnie słowo znacząco podkreślił.
  - Nie mnie oceniać. Człowiek to tylko człowiek. Różne dewiacje go nachodzą. – odpowiedziałem z uśmiechem, odkrawając kolejny kawał mięsa. – Dobra, to teraz opowie mi pan dokładnie, jak to się stało, że pańska kuzynka, padła ofiarą klątwy i w co dokładnie się zamieniła.
  - Zamieniła? Co pan, baśnie czytasz? W nic się nie zamieniła, po prostu… stała się osobnikiem bardzo agresywnym. Zyskała nadludzkie zdolności. Siła, szybkość, w ciemnościach widziała równie dobrze co za dnia, a jej węch i słuch… po prostu nie do uwierzenia. – w głosie wyczułem wyraźną satysfakcję.
  - Zaraz, czyli, że odbiła jej szajba?
  - Nie, nigdy w życiu. Była zdrową umysłowo osobą.
  - Z doświadczenia wiem, że wielu takich było, co to niby byli zdrowi. Siedzieli sobie spokojnie w obozach, ani razu na froncie nie byli. Cholera, nawet muchy nie zabili, a jak wracali, to nagle im do głowy uderzało. I też nagle każdy sądził, że dostawali nadludzkich zdolności. A potem doktorek zbadał i się okazało, że kolega ma nie po kolei w głowie. – przypomniałem sobie Kulawego. Marnie chłopak skończył.
  - Powtarzam, nie jest chora. A tu mam dowód. - Podszedł do szafki i wyciągnął z niej jakąś dokumentację.
  Zarówno na teczce, jak i papierach widniała pieczęć Biura Spraw Magicznych. Z raportu wynikało, że panna Farwick, bo takie nosiła nazwisko, stała się ofiarą użycia Klątwy VI stopnia. Znaczyło to tylko tyle, że była już na straceniu.
  - Klątwa VI stopnia i pan chce, żebym ją odczarował? Przecież ja ledwo radzę sobie z Klątwami I stopnia. Takimi gdzie umysł jest opanowany jedną rzeczą, jak zjadanie robali albo podobne. To jest łatwe do zrobienia. Nigdy nie mierzyłem się z Klątwą VI stopnia. Do pańskiego zadania najlepiej byłoby nająć Szkolonych, a nie byłego specjalsa, co to i tak ze sztuk magicznych ledwo przeszedł szkolenie.  – wtedy pomyślałem sobie, że mój zleceniodawca jest kompletnie szalony.
  - Niestety, nie mam wystarczających funduszy, a pan jest jedynym, który zgodził się na „zapłatę do uzgodnienia”. Jak pan mówi, jest pan… specjalsem, więc wierzę, że uczono pana jak przezwyciężać wszelkie niedogodności pracy.
  - Wszelkie prócz takich. – rezygnacja narastała we mnie z każdą chwilą, ale nie miałem większego wyboru. Złoto skończyło mi się już dawno, a srebra ostało się na jedną noc w tym mieście. – No dobrze, niech panu będzie. Udam się do biblioteki i poczytam trochę na ten temat. Muszę jednakże wziąć ze sobą dokumentację, żeby znać specyfikę Aury tej Klątwy.
  - Śmiało. I tak jej nie potrzebuję.
  - Dziękuję za posiłek. – na odchodne zabrałem ze sobą butelkę soku i udałem się do Biblioteki Miejskiej. Przez około pół dnia studiowałem wszelkie księgi, jakie mogły mi pomóc. Alkohol bardzo pomagał w pochłanianiu wiedzy (i przy okazji zaliczenia bibliotekarki na tyłach magazynu), więc na następny dzień, jak tylko kur zapiał, byłem gotowy żeby zdać raport zleceniodawcy. Raport jednakże, dostarczyłem dopiero po południu. Spanie na ulicy wygodne nie jest, szczególnie gdy przyczepi się Straż Miejska, ale będąc zachlanym, trzeźwo nie myślałem.
  Przedstawiłem sytuację zleceniodawcy.
  - A więc mówi pan, że wie jak to mniej więcej zrobić.
  - Cóż, jeśli pan nie wierzy, to polecam samemu przestudiować księgi, mnie… łeb od tego boli. – przyłożyłem do czoła, dzban pełen wody z lodem.
  - Nie wątpię. – popatrzył na mnie z ukosa, a w jego spojrzeniu dostrzegłem tylko żal nad mą niedolą. – A więc, ile?
  - Cóż. Zaćmienie będzie za dwa dni. 200 stuk złota.
  - Aż tyle? Co pan, idzie na prywatną wojnę?
  - Nie, ale jeśli naprawdę zależy panu na odczarowaniu kuzynki, to odnośnie kosztów, proszę się mnie słuchać. A więc tak jak mówię, 200 sztuk złota. – wyciągnąłem rękę by sięgnąć kubka i nalać sobie do niego trochę wody, ale służba mnie uprzedziła. Dokładnie wiedzieli co robić.
  - Dobrze. 200 sztuk. Zaraz przyniosę. – zanim wrócił, postanowiłem się trochę kimnąć. Drzemka do zbyt długich nie należała. Obudził mnie dźwięk mieszka uderzającego o blat stołu.              – Proszę, o to pańskie złoto. A to miejsce jej pobytu. Proszę zrobić co konieczne.
Zanim przekroczyłem próg, odwróciłem się do zleceniodawcy.
  - Zanim odejdę, ostrzegę pana. Może mi nie wyjść. Jak już mówiłem, nie jestem zbyt dobry w te klocki. Jak coś pójdzie nie tak, życia swego bronić będę, a pan już więcej swojej słodkiej kuzyneczki nie zobaczy… no chyba, że jej głowę jako dowód.
  - Rozumiem, ale wierzę w pana słowo. W końcu, honor u żołnierza najważniejszy, czyż nie? – sarkazm dało się wyczuć z kilometra.
  Popatrzyłem na niego jednoznacznie i zamknąłem drzwi. Potem udałem się do sklepu z bronią, i doposażyłem się o konieczny osprzęt. Na szczęście, jeszcze ta ustawa o papierach na broń, nie weszła w życie. Wyobrażacie sobie, co to będzie? Pisać podanie o posiadanie broni. Wolne żarty.

II

  Do gospodarstwa, na którym rzekomo znajdował się cel, dotarłem przy pomocy Szynówki. Co prawda, od przystanku pozostało mi jeszcze około kilometra, ale z buta to przyjemna, spacerowa odległość. 
  Jakieś 500 metrów przed docelowym punktem mej podróży, natknąłem się na posterunek Straży Miejskiej.
  - Hola, hola. A wy dokąd to, obywatelu? – zagadał do mnie wysoki jegomość w szarym mundurze z potężnym sumiastym wąsem, w randze sierżanta.
  - Do tego gospodarstwa, co go pilnujecie sierżancie. – wskazałem na odległy kompleks.
  - Co wyście samobójcy? Wiecie co się tam znajduje? – popatrzył na mnie, jakbym miał nie po kolei w głowie.
  - Sierżancie, a myślicie, że człowiek, który się tam wybiera, minąwszy znaki ostrzegawcze, które tak ochoczo żeście rozstawili, nie ma pojęcia co się tam znajduje? Poza tym, przysyła mnie pan Posokolski.
  - A to tak para kaloszy. Rozumiem. A więc, jeśliście chętni do udzielenia odpowiedzi na… - zdania nie dokończył.
  - Spróbuję maszkarze do rozumu przemówić, bo zgaduję, że o to żeście skłonni zapytać. – odpowiedziałem tonem nie pozostawiającym złudzeń, co do celu mego przybycia.
  - Tak… o to skłonnym byłem zapytać.
  - Tak więc sierżancie, przygotuję się tu, przy waszym posterunku, będąc idealnie chronionym, przez pana i pańskich ludzi i mam szczerą nadzieję, że nikt moich przygotowań nie przerwie, chyba, że chce posmakować mojego gniewu. – to zdanie skierowałem, także do ludzi sierżanta, którzy raczyli wywlec swoje leniwe tyłki z namiotu, w którym jak zgadywałem po zapachu, znajdowała się mesa.
  - Zrozumiałe. W końcu czeka pana nie lada zadanie. Dobra ludzie, słyszeliście! Nie przeszkadzać panu…
  - Huxley.
  - … Huxley w jego przygotowaniach, bo i mój własny gniew poczujecie, a ja niesubordynacji nie toleruję. Zrozumiano?
  - Tak jest panie sierżancie! – ludzie Strażnika odpowiedzieli chóralnie, bez chwili zawahania.
  Czas schodził mi powoli. Sprzęt przygotowałem sobie, żeby wszystko mieć jak należy pod ręką. Kamizelkę webralową kupiłem, bo za cholerę nie wiedziałem, czy panna Farwick nie zastawiła na mnie jakiś pułapek, co to mogłyby mi w stopniu śmiertelnym zaszkodzić na organy wewnętrzne i tym samym doprowadzić do mego zgonu, a tego nie chciałem. Miałem jeszcze trochę rzeczy do zaznania na tym świecie.
  Zanim ruszyłem na polowanie, ostrzegłem sierżanta, żeby nie wysyłał swoich ludzi po mnie, gdyby obudziła się w nich chęć niesienia pomocy bliźnim (choć wątpię), bo przed świtem i tak nic z moich obrządków nie wyjdzie, a ludzi chyba tracić nie chce.
  - Zrozumiałe, dobry panie. Powodzenia. – wyciągnął rękę do uścisku.
  Popatrzyłem chwilę na nią i odwzajemniłem uścisk. Potem odwróciłem się na pięcie i lekkim truchtem zmierzałem do gospodarstwa.
  Płotek przeskoczyłem jednym susem, wbijając się przez spróchniałe drzwi do wnętrza stodoły. Od razu dobyłem karabin Shelshoka. Karabin ten był bardzo celny, ale miał jeden mankament, w sytuacji w jakiej się znajdowałem. Miał zamek dwutaktowy, co przy walce z bardzo mobilnym i zwinnym przeciwnikiem, w wąskich zakamarkach budynku, nie było wymarzonym rozwiązaniem.
  Usłyszałem jakiś dźwięk, jakby upadającego garnka. Rozejrzałem się po stodole. Mimo iż dochodziła północ, a Księżyc był już w pełni, to widziałem wszystko jak na dłoni, a to dzięki okularom które sobie sprawiłem. Specjalistycznie nosiły one miano noktowizyjnych i zapewniały widoczność w nocy jak za dnia. Wszystko spowite w szarej barwie.
  Zlustrowałem wnętrze stodoły z bronią przy policzku. Niczego nie było, toteż wyszedłem na podwórze. Padłem na kolano i zlustrowałem powoli zarówno podwórze jak i dachy. I wtedy dostrzegłem ruch na dachu budynku, na północ ode mnie. Postać, która dla zwykłego ludzkiego oka wyglądałaby jak cień, ale nie dla tego mechanicznego. Chuda, szybka, zwinna. Włosy bardzo długie i postrzępione. Nie zastanawiając się ni chwili, ruszyłem w jej kierunku.
Od przeszkody do przeszkody, uważnie obserwując otoczenie dotarłem do małego, jak się okazało, domku. Przeszedłem przez frontowe drzwi, które na szczęście były otwarte. Wewnątrz szafy otwarte na oścież, ciuchy stare i spleśniałe, leżały wszędzie. Domownicy w pospiechu opuścili muru tego budynku.  
  Hałas po prawej. Dzięki wzmacniaczom dźwięku, mogłem usłyszeć nawet najmniejszy szelest. Skierowałem lufę broni w tamtym kierunku i krok po kroku zbliżałem się w kierunku, jak się zdawało, kuchni. I wtedy Cień się na mnie rzucił. Miałem go na ułamek sekundy przed lufą, więc pociągnąłem za spust, ale pocisk chybił celu. Cień był zbyt zwinny. Za to ja dostałem, w lewy bok. Poczułem ukłucie, ale rany nie odniosłem, a to dzięki kamizelce.
  Przeładowałem najszybciej jak mogłem i zwróciłem się w kierunku, w który Cień się udał. Oddałem drugi strzał, ale i ten nie doszedł Celu. Ruszyłem za nim czym prędzej. Biegłem za nim, aż dotarliśmy do czegoś na kształt szklarni. Na oko miała z 50 metrów długości. Pusta, całkowicie prosta. Znów wymierzyłem i znów chybiłem. – Kurwa, by cię, ty jebana szmato! – wydarłem się w stronę maszkary i nie zastanawiając się ani chwili pobiegłem za nią. Błąd. Po 10 krokach zarwała się pode mną podłoga i spadłem do jakiś katakumb, upadając na sarkofag. Bolesne było to zacnie, ale mniej niż kawałek drewna wystający z mego lewego uda. Wyrwałem go i odrzuciłem w ciemność. Popatrzyłem na ranę. Ciekawie nie wyglądała, ale dało się przeżyć.
  - Hej! Świeże mięsko tu na ciebie czeka! Dawaj kruszynko! Nie chcesz się skusić na dorodnego żołnierza?! – darłem się z całej siły. Zanim cel do mnie dotarł. Ukryłem się w zagłębieniu w ścianie. Wyciągnąłem z karabinu pocisk ogłuszający i chwyciłem go w dłoń. Strzelanie jak widać nie przynosiło efektów, wiec trzeba będzie zastosować inną strategię. Mógłbym użyć Bolta, ale niestety nie dało się w nim regulować napięcia i natężenia Błyskawic, więc nie bardzo mnie się teraz przyda.
  Cień wskoczył przez dziurę i odskoczył do mroku, ale ja go widziałem i wiedziałem, że on widzi mnie, a tym bardziej wyczuwa moją krew. Jednakże nic nie zrobił. Stał pod tą ścianą jak zamurowany. A ja się przygotowałem. I wtedy ruszyłem całym pędem na jaki mnie było stać. Cień zrobił to samo, ale był szybszy, a jego masa wystarczyła żeby powalić mnie na ziemię. Zaczęliśmy się szamotać, a z racji, że byłem wytrawniejszy w sztuce walki wręcz, to zyskałem miażdżącą przewagę nad celem w ciągu paru sekund. Chwyciłem mocniej pocisk i wbiłem go w plecy Celu, a ten zawył tylko i zwiotczał.
  Zanim zabrałem się do obrządku, związałem Cel ciasno i obciążyłem złamaną płytą z sarkofagu. Wyciągnąłem Go dodatkowo na promienie księżyca, bo tego wymagało zaklęcie. Potem nabrałem do miseczki krwi swojej i celu, rozpaliłem siedem świec z łoju piżmowoła (capiły niemiłosiernie), dodałem do krwi wywar z ostrokwiatu, krochu, pameji i jeszcze jednego egzotycznego kwiatu, którego nazwy nie byłem w stanie wypowiedzieć, wymieszałem wszystko razem i zamoczyłem w płynie ostrze wykonane całkowicie z brązu. Następnie sięgnąłem po książeczkę zaklęć i zacząłem je wymawiać powolnym, monotonnym głosem.
  - Indi mene qulaq asin. Men size bu orqan Ienet terk etmek emr. Ucuruma ve slam qayıt! Ucuruma ve slam qayit! Ucuruma ve slam qayıt! – taką też formułkę powtarzałem, póki ostrze nie zaczęło się żarzyć. Wtedy je pochwyciłem i szybko wbiłem w serce celu (istniały metody odczarowania mniej inwazyjne, ale do nich Wyszkolenie było niezbędne, a ja go nie posiadałem). Na następne nie byłem przygotowany, bo kto by pomyślał, że wywoła to falę uderzeniową, która rzuci miłego pana, który stara się pomóc, na ścianę z siłą huraganu. Nie byłem pewien, czy to uderzenie nie połamało mnie paru żeber, ale teraz nie był czas na zastanawianie się nad tym. Teraz był czas na oczekiwanie, czy się powiodło.
Obudziło mnie panie kura, i gładzenie po włosach. Zerwałem się w odruchu i przytknąłem ostrze swej klingi do gardła osoby. Na szczęście w porę się powstrzymałem i nie podciąłem jej gardła. Osoba, mimo postrzępionych włosów i bycia wytarzanym w błocie, z twarzyczki była niesamowicie urodziwa. Dźwignąłem się na kolana i sprawdziłem ranę. Nie krwawiła. Co więcej, była zaopatrzona.
  - Panna Farwick? Panna Anna Farwick, urodzona 7 maja 1878 roku? – zadałem pytanie, tak jak byłem wyuczony to robić w oddziałach specjalnych w przypadku porwanych celów osobowych o dużym znaczeniu. Tutaj była podobna sytuacja.
  - Owszem. A kto pyta, jeśli mogę wiedzieć? – jej głos był niesamowicie dźwięczny.
  - Huxley. Jonah Huxley.
  - Miło pana poznać, panie Huxley.
  - Pannę również, panno Farwick… na pewno lepiej pannę, niż panny przeklęte alter ego.
Zaśmiała się niewinnie, a jej uśmiech był hipnotyzujący i zanim się zorientowałem, wpijałem się w jej usta, a ona w moje. W chwilę później, nie miałem na sobie większości garderoby, ale za to byłem przykryty panną Farwick. Nie namyślając się długo i nie zwracając uwagi na stan w jakim oboje się znajdowaliśmy, zamoczyłem swojego drąga, a ona zajęczała z przyjemności. Nie powiem, ja także. Potem wziąłem ją od tyłu i na kilka innych sposobów, których nauczyłem się podczas mojego wygnania na Wschodzie. 

III

  W obozie Straży ranę jeszcze raz sprawdził i opatrzył medyk i stwierdził, że gdyby nie opatrzenie rany przez Annę z pewnością wdało by się zakażenie.
  - Sierżancie, jeśli mógłbym prosić o rozkucie panny Farwick, to byłby to problem?
  - Nie ma szans. Zabiła mi trzech ludzi, zanim żeście ją odczarowali. – w jego głosie wyczułem chęć zemsty na Celu.
  - Sierżancie, to już przeszłość. Pańscy podwładni ponieśli śmierć z ręki maszkary, która teraz gryzie ziemię Otchłani. Ta dziewczyna, która przed panem stoi, to po prostu… Anna Farwick, nic więcej.
  Odwrócił głowę w moją stronę wciąż z niepewnością i żądzą zemsty w oczach. Ja tylko kiwnąłem z uśmiechem w stronę Anny, żeby Strażnicy ją rozkuli. Sierżant przez chwilę się wahał, ale w końcu sam podszedł do celu i rozpiął okowy. Anna rozmasowała przeguby i przeprosiła Sierżanta, za to, że jej opanowany umysł i ciało zabiły jego ludzi. Sierżant popatrzył na nią i wydaje mnie się, że zrozumiał dokładnie, co się stało. Odstąpił od niej, podszedł do mnie, uścisnął mą rękę i szczerze podziękował za pomszczenie swoich ludzi.
  - Nic wielkiego nie zrobiłem Sierżancie.
  - Odesłał pan maszkarę, która zabiła mych ludzi do Otchłani. To zawsze jest coś. Teraz czuję, że to uczucie zemsty wreszcie mnie opuściło. Mój człowiek odeskortuje pana do miasta.
  - Dziękuję, ale nie potrzeba. Poradzę sobie sam. – odparłem szczerze.
Zanim ruszyliśmy załapaliśmy się jeszcze na ciepły posiłek.
Do domu zleceniodawcy, dotarliśmy tuż przed zachodem słońca. Gdy pan Posokolski zobaczył w jakim stanie znajduje się Anna, od razu nakazał służbie przygotowanie kąpieli i posiłku.
  - Zostanie pan na kolację?
  - Nie dziękuję. Jestem… umówiony na randkę z Różą.
  - Hm… rozumiem. W każdym razie jednak dokonał pan tego. Zdjął pan klątwę VI stopnia i to bez pomocy Szkolonych. – odparł z drwiną w głosie.
  - Tylko dlatego, że była słabo nałożona. Ale i tak, bez problemów się nie obyło. – wskazałem na ranę uda. – Dobra. Koniec tej kurtuazji. Zapłatę poproszę.
Popatrzył na mnie z miną wyrażającą… no właśnie... w sumie to nic. Podszedł do kredensu i wyciągnął z niego, sporych rozmiarów, sakiewkę.
  - Oto zapłata. 2000 sztuk złota, tak jak się zmawialiśmy.
  - Dzięki stokrotne. A teraz żegnam i życzę powodzenia w udanym związku. – na jego twarz wystąpiło oburzenie, ale zanim cokolwiek zdążył powiedzieć, sprzedałem mu piąchę w przeponę. Zleceniodawca zgiął się wpół i upadł na kolano. Pochyliłem się nad nim i szepnąłem – Szczerze, to nie lubię takich zboków jak pan. Żegnam. - pochyliłem lekko kapeluszem w geście pożegnania.
  Odwróciłem się na pięcie, zarzuciłem na siebie prochowiec i kuśtykając, udałem się w stronę nadbrzeża, do speluny w której zostawiłem swoje graty.
Przekraczając bramę południową zauważyłem, że truchła Cieni, które uśmierciłem, nadal tam spoczywały. Władze miasta, nie śpieszyły się z usuwaniem niebezpieczeństwa z jego ulic. Nic dziwnego, że nadal panuje tu zaraza.
  Gdy tylko przekroczyłem próg baru, podszedłem do szynkwasu i rozsiadłem się wygodnie na stołku, wołając barmana.
  - Co będzie dla szanownego klienta?
  - „Róża”.
  - Ile?
  - Em… - zastanowiłem się chwilę - … na setkę trzy.
  Barman nalał ile było trzeba, a ja wypiłem haustem trzy kolejki.