I
Wyprowadziłem cios prosty, ale
Lena szybko go zbiła, wykonała piruet z przeskokiem do przodu i znalazła się
błyskawicznie za moimi plecami. Po tym, poczułem silny cios w okolicy
kręgosłupa lędźwiowego. Odrzuciło mnie to do przodu, jednocześnie wytrącając z
równowagi. Żeby nie przychrzanić o glebę, wykonałem przewrót przez prawe ramię
i lądując na kolanach, szybko obróciłem się w stronę dziewczyny. Ta była już
przy mnie, wyprowadzając cios podudziem, mierząc w moją skroń. Zablokowałem go
przedramieniem, tuż przy mojej głowie i wyprowadziłem kontrę prawą pięścią,
mierząc w krocze dziewczyny. Cios doszedł celu. Lena zgięła się i straciła
równowagę, wtedy na nią skoczyłem, a z racji, że byłem 30 kg cięższy,
przyszpilenie jej do ziemi, nie sprawiło mnie żadnych kłopotów.
Dziewczyna wyprowadziła cios
łokciem w moją twarz, ale ten także zblokowałem, odsunąłem się na bok,
jednocześnie chwytając ją za przedramię, i zakładając dźwignię na jej łokciu,
przyszpiliłem ją do gleby jeszcze bardziej, sprawiając jej jednocześnie spory
ból. Wyginając moje ciało jeszcze bardziej w łuk, spotęgowałem tylko efekt.
Puściłem ją dopiero, gdy zawyła z bólu naprawdę mocno i odklepała walkę.
- Ty cholerniku! Prawie złamałeś mi rękę. – spojrzała na mnie z furią
w oczach.
- Nie złamałbym Ci ręki. Po prostu, zwichnąłbym ci łokieć. –
odpowiedziałem z uśmiechem, a ona wystawiła mnie środkowy palec, co
symbolizowało znak nieuprzejmości. Ja tam tego jakoś nie łapałem. Po prostu
środkowy palec. Ale tak już jest z symbolami. – Muszę przyznać, że wyglądasz naprawdę słodko, gdy się denerwujesz.
- Pierdol się.
- Bardzo chętnie, ale nie wolałabyś najpierw wymyć się z tego piachu,
którym jesteśmy oblepieni? Wolałbym, żeby żadne jego ziarenka nie dostały się w
nieodpowiednie… szczeliny. – puściłem jej oko i klepnąłem w pośladek. Lena
próbowała się odegrać… tyle, że kopniakiem. Jednakże szybko odskoczyłem i cios
wymierzony w moje krocze, przeciął tylko powietrze.
Zaraz po wyjściu z rzeki
przywaliłem dziewczynę swoją masą ciała. Rzucała się, chociaż wiedziała, że nie
ma szans na zwycięstwo. Mam wrażenie, że robiła to po prostu, bo gustuję w
walecznych kobietach.
Pochwyciłem jej przedramiona i
wyciągnąłem wysoko „w górę”, aż do wyprostu kończyn górnych. Zaraz po tym moje
usta przylgnęły do jej, a nasze języki się skrzyżowały. Uwolniłem jedną rękę,
pozostawiając cały problem trzymania przedramion dziewczyny, drugiej. Wolną
kończyną, zszedłem poniżej pasa i zaplotłem uda dziewczyny wokół swojego torsu,
a następnie nakierowałem swoje penisin
do „bram raju” jak to ujął kiedyś mój pułkownik (teraz emerytowany i w dodatku
z jaskrą) czym dla niego są genitalia kobiety.
Dziewczyna wygięła się przyjemnie
w lekki łuk i jeszcze mocniej przylgnęła do moich warg. Jednakże postępująca
rozkosz, rodząca się z każdym ruchem lędźwi zmusiły i mnie i ją, do
zaczerpnięcia głębszego wdechu, coby nie mieć następnego dnia zakwasów w
miejscach w których nie winno się ich mieć.
Gdy orgazm ogarnął i moje i Leny
ciało, znów poczułem jakby ukłucie winy… często na koniec stosunku przychodziło
wspomnienie Eleny… Elena…
Mam wrażenie, że wtedy, robiąc za
jej ochronę, niepotrzebnie się zakochałem. No ale kiedyś chyba na każdego
przychodzi pora.
Po zakończonym stosunku, ponownie
wzięliśmy kąpiel, tyle, że tym razem wyjście z rzeki zakończyło się po prostu
założeniem szat i spakowaniem ekwipunku.
- To gdzie się w końcu udajemy? – dziewczyna zadała pytanie, mimo iż
powtarzałem jej już parę razy co jest celem naszej podróży.
- Do Astroportu, w celu skontaktowania się z handlarzem, który przemyci
nas na Helios. Ile razy mam to Tobie powtarzać, co? – zapytałem lekko
podirytowany.
- Tyle razy ile będzie trzeba. – puściła oczko i ruszyła szybkim
krokiem jako pierwsza.
Ruszyłem zaraz za nią, patrząc na
mapę i obliczając mniej więcej, ile nam do miasta zostało. Wyszło mnie, że mamy
jeszcze około pół dnia marszu. Tak więc z głową pełną niczego, ruszyłem w trasę
z moją partnerką podróży, a także jedynym wsparciem, jakie na tą robotę
przygotowałem.
Przez te parę miesięcy
przebywania z Leną i uczenia ją walki, przekonałem się, że jest bardzo
uzdolnionym nożownikiem, jak i strzelcem wyborowym. Dlatego też postanowiłem,
że gdy tylko znajdziemy się na Helios, pierwsze co zrobię, to kupię jej karabin
Tor, coby miała z czego ponapierdalać do przeciwnika, jeśli zajdzie taka potrzeba.
A jak nie, to chociaż dla rozrywki. W sumie, też zawsze chciałem z tego
ponawalać.
II
Do Astroportu dotarliśmy, gdy
Słońce chowało się już za horyzontem. Miasto z daleka można było dostrzec bez
problemu. Powodem były wysokie budowle, które zdawały się dotykać chmur… jakby
je drapiąc. Stąd też z resztą wzięło się określanie tych budowli mianem
„drapaczy chmur”, co było, jak to ujęła Lena, w pewien sposób romantyczne. A
dla mnie? Meh… nazwa jak nazwa. Przynajmniej nie brzmiała zbyt głupio, ale i
tak miałem wrażenie, że raczej na zbyt długo z nami nie pozostanie.
Wejście do miasta od strony
zachodniej, było jednym z lepszych pomysłów w moim życiu. Promienie światła w
bardzo przyjemny i nastawiający pozytywnie sposób, oświetlały drogi, które
przechodziły po prostej między budynkami, dzięki czemu miało się ogląd ulicy. Z
racji, że miasto było wybudowane na zboczach, ulice zawsze szły pod kątem. W
zależności od miejsca - podróż, albo odbywała się w górę, albo z górki.
Człowiek odpowiadający za nasz
przemyt, miał ponoć bytować w lokalu zwanym „Usta nierządnicy” i wbrew nazwie,
nie był to burdel, a dość zadbana tawerna.
Zaraz po przekroczeniu progu
lokalu, do mych nozdrzy trafił znany i lubiany zapach spożywanego w dużych
ilościach alkoholu.
Pierwsze co zrobiłem, to
podszedłem do szynkwasu i zamówiłem butelkę soku maliwiańskiego i dwa gliniane
kufle. Jakoś z tego rodzaju wykonanych kufli, sok miał lepszy smak.
Gdy zasiedliśmy przy stoliku,
rozlałem i sobie i Lenie po kuflu i na dzień dobry, wypiliśmy je jednym haustem.
- To gdzie ten Twój handlarz, Huxley? – zadając to pytanie,
dziewczynie się odbekło na tyle porządnie, że co niektórzy bywalcy lokalu
obrócili na nas swoją jaźń.
- Wiesz, że nie lubię gdy tak się do mnie zwracasz. – nalałem kolejny
kufel. – Ja względem Ciebie, zawsze
używam pierwszego imienia.
- Tylko dlatego, że nie znasz drugiego. – cmoknęła do mnie i
odwróciła wzrok, prawdopodobnie w poszukiwaniu jakiegoś bardziej znośnego
aparycją i manierami osobnika, którego mogłaby zaciągnąć, do jakiejś najbliższej
noclegowni w celu zabawienia się. I znalazła. – Zmywam się. Wiesz w jakim celu. – podniosła tyłek i wypruła niczym
strzała od stolika, zagadując jakiegoś, na oko 20 letniego, chłopaczka. I tylem
ją widział.
Czasami sądzę, że gdyby nie ja,
to z tej dziewczyny mogłoby wyrosnąć coś przyzwoitego… ktoś bardziej pasujący
do norm społecznych, które mnie otaczały. No ale tak mam przynajmniej zaufanego
partnera podróży i dobrego… hm… tak… przyjaciel, to może być to słowo.
III
Około godziny 1900 w przybytku zjawił
się osobnik odpowiadający temu z fotografii, którą dostałem od zleceniodawcy.
Kobieta, dobrze zbudowana, około 5 i pół łokcia wysokości, krwistoczerwone
włosy.
- Ponoć przy burzowych chmurach loty w Przestrzeń, są odwoływane. –
powiedziałem to na tyle głośno, żeby kobieta mogła mnie usłyszeć.
- Ale tylko gdy pioruny omiatają szczyty gór. – usłyszałem w
odpowiedzi. Weryfikacja zakończona. Teraz można było przejść do biznesu.
- Zapraszam. – wskazałem na wolne krzesło obok mnie. – Napije się pani ze mną?
- Bez kielicha, a w tym przypadku bez kufla, nie zwykłam dyskutować o
interesach. – zasiadła przy mnie, a ja nalałem jej soku po same brzegi. – Na zdrowie.
- Na zdrowie. – i kielichy stuknęły się. – Tak więc. Tutaj znajduje się opłata i list instruktażowy. – podsunąłem
kopertę kobiecie, a ona zważyła ją w ręku i sprawdziła zawartość. Wyraz jej
miny wskazywał, że wszystko było w porządku. – Jeśli się zgadza, proszę zapoznać się z instrukcją i jutro spotkać się
tutaj ze mną, punktualnie o 1200. Każda minuta spóźnienia, powoduje ubytek
premii o 10%. Mam nadzieję, że się rozumiemy?
- Całkowicie, panie…
- Huxley. I na tym poprzestaniemy.
- Niech i tak będzie. Tak więc, do zobaczenia dziś wieczorem, panie
Huxley. – podsunęła mnie karteczkę, na której dostrzegłem adres. Wyzerowała
kufel i odeszła krokiem niepozostawiającym złudzeń, co do wymowy ostatniego
wypowiedzianego przez nią zdania.
- Hm… to zlecenie zapowiada się nader ciekawie… - szepnąłem do
siebie.
Resztę dnia spędziłem w lokalu,
wiedząc, że Leny i tak do ranka nie ujrzę. Tak więc wdałem się w konwersację z
byłym instruktorem musztry, który teraz robił w Straży Miejskiej, jako sierżant
sztabowy (niektórych przyzwyczajeń, nie da się zmienić), bójkę którą to
rzeczony sierżant przerwał, zalałem prawie w trupa z rzeczonymi kolesiami z którymi
owej bójki się podjąłem, no a na końcu, dowlokłem się do adresu, który mnie
nasza kochana pani Transport podała.
Gdy zapukałem do wrót, otworzyła
mnie ubrana w lekkie półprzezroczyste szaty, kobieta , jednakże nie ta, z którą
spotkałem się w lokalu.
- Przepraszam… ale szukam tej kobiety. – pokazałem zdjęcie. – Nie wie pani, gdzie mogę ją znaleźć? – z
trudem trzymałem pion, toteż podparłem się o framugę wejścia.
- Spokojnie Helio, to… znajomy. – głos przemytniczki wybił się ze
szczytu schodów, które można było dostrzec zaraz po otwarciu wejścia. – Zapraszam panie Huxley w moje skromne progi.
Powiem tylko tyle, że progi nie
były absolutnie skromne. Sytuację, dodatkowo poprawiał fakt, że przemytniczka
była ubrana podobnie jak jej koleżanka. Tak więc, czyniąc historię krótką,
wiedziałem co się szykuje. Szczegółów wam oszczędzę, mości panowie, albowiem,
to przeżycie tamtej nocy było po prostu zbyt dobre, ażeby odbierać panom jego
smak, poprzez opowiadanie tego słowami, które i tak są zbyt płytkie. To TRZEBA
przeżyć. Polecam oczywiście wstawić się przed uczestniczeniem w tego typu
igraszkach. Jakimkolwiek środkiem odurzającym. Na czym to ja… a tak!
Rano wróciłem do tawerny, i
usiadłem przy tym samym stoliku, który okupowałem poprzedniego dnia. Zamówiłem
ten sam trunek i czekałem, aż zjawi się Lena. Ta przyszła około godziny 0800.
Około, bo nie spojrzałem na chronograf, a wnioskowałem po promieniach słońca,
które dostawały się do środka poprzez okiennice.
- Jak tam noc, dziewczyno? – spytałem, gdy tylko przekroczyła próg.
- A jak myślisz?
- Hm… pewnikiem podobnie jak i u mnie. – uśmiechnąłem się pod nosem i
łyknąłem nieco trunku z kufla. – Dosiądziesz
się, czy będziesz tak tkwiła przy tym szynkwasie?
- Czekajże, głodna jestem. – odwróciła się do wejścia na zaplecze. – Ejże! Czy jest tu ktoś na tyle kompetentny,
żeby mnie obsłużyć?
- Na twoim miejscu, zważałbym na słowa, mała. Chyba nie chcesz skończyć z
włosem łonowym w swoim daniu… albo kilkoma. – puściłem jej oko, a ona tylko
przewróciła swymi.
Po chwili zjawił się właściciel i
spytał co podać. Lena jak zawsze zamówiła gulasz, surówkę z marchwi i pół
bochna chleba. Zawsze odkrawałem sobie kawałek, ponieważ miałem słabość do
świeżego pieczywa. Najbardziej uwielbiałem jego zapach…
Tak więc, jak umówione, o 1200 w
lokalu zjawiła się przemytniczka.
- Witajcie, panie Huxley. – przywitała mnie z uśmiechem od progu. – Wczorajszej nocy, było przyjemnie. Moja
koleżanka podziela to zdanie.
- Raduje mnie ten fakt niezmiernie… - w pół zdania wbiła się Lena.
- Widzę, że z Ciebie podobne ziółko, jak i ze mnie. Najpierw pierdolisz
się ze mną, a później znajdujesz sobie inną…
- Ja po prostu wykorzystuję sytuację maleńka, bo w przeciwieństwie do
Ciebie, nie muszę jej szukać. – klepnąłem ją przyjacielsko w ramię, a ona
tylko prychnęła i oddała się spożywaniu gulaszu.
Odwróciłem się na powrót do
przemytniczki. – Tak więc… w sumie, to
nawet nie wiem, jak was zwą…
- Anna.
- A więc Anno, o której wylot i jak długo nam zajmie nim dotrzemy do
Helios?
- Helios znajduje się od nas o około 4 lata świetlne… plus minus 2 dni.
No chyba, że natrafimy na jakieś anomalie, wtedy wiadomo, czas się wydłuży.
- 2 dni? Nie da rady szybciej?
- Pan wybaczy, panie Huxley, ale mój Świetlik, to nie Gwiazda Bojowa,
albo jakiś inny typ okrętu, że mogę sobie przeskakiwać między układami w ciągi
kilku chwil. Wie pan jak potężnych kryształów wymaga tego typu Skok, żeby być
tam w ciągu chwili? Poza tym, Osłony podtrzymujące funkcje życiowe… - jej wywód zaraz miał się stać dość miłym
widowiskiem, ale kiedy zobaczyła mój uśmiech na twarzy, odpuściła sobie, bo
poznała się na mojej grze. – Pan lubi się
tak bawić ludźmi, prawda?
- Każdy potrzebuje jakiejś pasji. – odpowiedziałem, nadal trzymając
poprzedni wyraz twarzy.
- Wylot jutro o 10 rano. Nie spóźnić się proszę.
Kiwnąłem głową, na potwierdzenie.
– Zanim pani odejdzie… – zatrzymałem
ją w progu. – Mówi się 1000, nie 10 rano.
Z tego co wiem, w tym państwie używa się systemu 24 godzinnego. – machnęła
na mnie ręką i wyszła z lokalu.
- Zmywam się Lena. Poszukam jakiegoś dodatkowego sprzętu, zanim
wyruszymy. – tak też zwlokłem swój ciężki zad z krzesła, wyszedłem z
tawerny i ruszyłem w stronę Portu, coby znaleźć tam wymagany sprzęt.
Długo szukać nie musiałem, bo
zaraz zjawili się przedstawiciele, którzy najwidoczniej potrafili wyczuć
klienta z daleka.
Na godną uwagi ofertę trafiłem
dopiero po jakimś czasie. Z racji, że zleceniodawca, wyposażył mnie w budżet
odpowiedni, do moich zachcianek, kupno sprzętu nie stanowiło żadnego problemu.
Do zachodu Słońca, miałem
wszystko czego potrzebowałem. Znalazł się nawet karabin Tor, tak więc, nie
musiałem czekać z jego kupnem, aż do przybycia na Helios. Gdy tylko pokazałem
go Lenie, ta z radości aż rzuciła się mnie na szyję, co nie powiem, było dość
przyjemne.
IV
Następnego dnia, o umówionej
godzinie, wyruszyliśmy w przestrzeń. Najpierw start, podczas którego nie
zaznaliśmy efektu Przyciągania, dzięki Niwelatorom (pierwsi Pielgrzymi mieli z
tym niejakie problemy), a następnie, gdy tylko znaleźliśmy się poza Strefą -
Skok. Człowiek ma wrażenie, jakby był rozciągany w kierunku frontu statku.
Jednakże nie jest to aż tak dyskomfortowe, jak to niektórzy opisują.
Tak jak powiedziała Anna, w dwa
dni dotarliśmy do Strefy Helios. Oczywiście „dokładne” przeszukanie, przez
jednostki Straży Granicznej, nic nie dało. Pieniądz potrafi zdziałać naprawdę
wiele.
Gdy tylko moje stopy dotknęły
powierzchni planety w twarz uderzyło mnie palące powietrze.
- Fahise… gorąco tu.
- A czego się spodziewaliście, panie Huxley? Jesteśmy w odległości dwa
razy bliższej do Helionu niż Astoria do Słońca. Gwiazda może mniejsza, ale
nadal grzeje niemiłosiernie.
Nie lubiłem ciepła. Zawsze wolałem,
umiarkowane temperatury, albo niższe. Także nie widziało mnie się, że to tutaj
zostałem wysłany, żeby zapolować na grubego zwierza.
Odwróciłem się do przemytniczki i
wręczyłem jej premię. – I tak jak się
umawialiśmy. Daję sygnał, pani przylatuje, odbiera nas stąd i wracamy do domu.
- Zawsze myślałam, że dla ludzi pańskiego pokroju, nie ma czegoś takiego
jak dom.
- Moją planetą jest Astoria, a nie jakieś pierdolone pustynne piekło, jak
Helios i mu podobne kawałki skały, dryfujące w Przestrzeni. – splunąłem
parszywie na powierzchnię tej przeklętej planety.
- Jak tam chcecie. Mnie odpowiada każda planeta, na której można dobrze
zarobić. Tak więc, do zobaczenia panie Huxley. – wyciągnęła rękę na
tymczasowe pożegnanie, a ja odwdzięczyłem uścisk.
- Dobra Lena, zbieraj graty i ruszamy poszukać, jakiegoś chłodnego
lokalu.
Ruszyliśmy więc w głąb miasta,
poszukać jakiegoś przybytku w którym w miarę będzie się można ochłodzić,
wykąpać, zjeść i przespać.
Po niedługich poszukiwaniach coś
takiego się znalazło. „Baribal”. Nazwa trochę ironiczna i tak jakby
przewidująca upadek przybytku z racji, że ostatnio osobnik tego zwierza, był
widziany około 120 lat temu. No ale nie moja sprawa.
Przekroczyliśmy próg, a wnętrze
okazało się dość ładne. Podszedłem do blatu i uderzyłem w dzwonek. W ciągu
sekundy znalazł się przy nim recepcjonista.
- Jak mogę państwu pomóc? – spytał z tym nienagannym uśmiechem, który
możecie zauważyć u każdego dobrze wytrenowanego w tymże fachu.
- Pokój dla dwojga. I proszę sobie nie szczędzić. – rzuciłem na blat
woreczek, a zawartość zabrzmiała dość przyjemnie i jednoznacznie.
- Rozumiem… pokój dla dwojga… O! Ten będzie w sam raz. – podał mnie
klucz z numerem 69. – Apartament na
najwyższym piętrze. Czy życzą sobie państwo, aby lokaj wniósł za państwo bagaż?
- Nie, dzięki chłopaku. Poradzimy sobie.
Zabrałem klucz i ruszyliśmy na
najwyższe piętro… windą na szczęście. Pomyślałem sobie, że gdybym miał tachać
cały ten ekwipunek po schodach, to chyba bym tu kogoś zapierdolił.
Pokój też okazał się naprawdę
przytulny. Sypialnia z jednym, za to naprawdę wielkim łożem, łazienka posiadająca,
zarówno wannę żeliwną, jak i prysznic, oddzielna toaleta, przedpokój, w którym
znajdował się regał pełen książek. W tym parę tytułów, które znałem z lat
młodzieńczych.
- A więc dziewczyno. Ty zostajesz tutaj, a ja idę się spytać o pewien
adres, do którego się wybiorę.
- Ale…
- Bez dyskusji. – przerwałem jej. – Ty zostajesz, ja idę. Tu masz książki. Poczytaj sobie parę, bo widzę,
że są tu naprawdę miłe tytuły. - wyciągnąłem jej „Błękitnego Smoka”. – Trzymaj. Dobra książka psychologiczna.
Powinna Ci przypaść do gustu. W każdym razie, ja ją ciepło wspominam. No, tak
więc, do zobaczenia. – odmachnąłem jej i udałem się do drzwi.
- A jak będę głodna, tatku? –zapytała z tym jakże szczenięcym
wzrokiem.
- Tam masz aparat. Zadzwoń po służbę, na pewno coś Ci dostarczą. –
zatrzasnąłem za sobą drzwi i udałem się do recepcji. Tam spytałem recepcjonistę,
gdzie znajduje się ulica Heliańska. Wytłumaczył mnie dokładnie jak stąd dojść.
Wręczył nawet mapę i na niej zaznaczył trasę, co ułatwiło znacznie podróż.
Po drodze, naoglądałem się tego,
bądź co bądź ładnego miasta. Wszędzie znajdowały się fontanny, mające na celu
schłodzenie powietrza, a także można się było w nich zamoczyć, gdyby człowiek
odczuwał taką potrzebę.
Do domu mojego kontaktu dotarłem po
około godzinie marszu. Godzinie, bo raz, że miasto jest właściwych rozmiarów,
dwa, nie spieszyło mnie się.
Co dziwne drzwi wejściowe nie
były zamknięte. Albo to miasto było tak bezpieczne, albo… no właśnie. Tak więc
dobyłem Bolta i trzymałem go w pogotowiu. Dodatkowo pod moim półpłaszczem,
miałem schowany obrzyn, uzbrojony w „Oddech Smoka”, tak więc nie miałem
zbytnich obaw, co do finału ewentualnej konfrontacji.
Próg przekroczyłem delikatnie
uchylając drzwi i lustrując hall wejściowy. Pusto, jednakże szło dostrzec ślady
krwi i rozbite wazy, jak i meble. Podążyłem smugą juchy i w następnym pokoju
znalazłem to, czego obawiałem się znaleźć. Truchło mojego informatora.
Zlustrowałem i to pomieszczenie, ale niczego nie zauważyłem. Podszedłem do
ciała denata, żeby upewnić się czy rzeczywiście jest martwy, ale brak pulsu i
bełt wystający z jego czaszki sugerowały tylko jedno.
Tak więc omiotłem parter, a
następnie udałem się po schodach na piętro. Tam usłyszałem dźwięk tłuczonego
szkła i wywracanych mebli. Udałem się ku źródłowi dźwięku. Gdy uchyliłem lekko
drzwi, zobaczyłem postać w czerni, która wyjątkowo uparcie czegoś szukała.
Drzwi otworzyłem na oścież, a Bolta przestawiłem na energię paraliżującą.
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale chyba mamy do pogadania. – postać
odwróciła się lekko zdziwiona, ale zaraz po tym odzyskała zmysły, rzuciła we
mnie wazonem (który rozwaliłem w powietrzu celnym strzałem), a po tym
doskoczyła do mnie, wyprowadzając cios
prosty. Odchylając się, zbiłem go i jednocześnie wyprowadziłem swoją kontrę,
czubkiem buta, mierząc w krocze agresora. Gdy ból skrzywił go w pół, uderzyłem
raz, a dobrze kolbą w podstawę czaszki napastnika, tak żeby go ogłuszyć, ale
nie zabić.
Nieprzytomnie ciało zwlokłem do
piwnicy, gdzie przywiązałem je, do masywnego krzesła, a samo krzesło przybiłem
gwoźdźmi do podłogi.
W kuchni poszukałem składników z
których mógłbym zrobić sole cucące. Wystarczyło zmieszać Ostrokost z sokiem z
cytryny, a następnie zalać wrzątkiem w celu parowania. Po zrobieniu miksturki,
wszedłem na chwilę do łazienki, żeby nalać miskę wody. Znalazłem stalową, a ta
na obecną chwilę nada się jeszcze bardziej.
Tak przygotowany zszedłem do
piwnicy. Miskę odstawiłem pod ścianę, a sole podłożyłem pod twarz napastnika.
Obudził się po chwili lekko sycząc z bólu.
- Kim jesteś? – jego… hm… jej oczy, wyrażały zarówno czystą niechęć i
furię, jak i dozę zaniepokojenia i upokorzenia.
- To samo pytanie, mogę zadać Tobie… mała. – puknąłem ją w nos w celu
ośmieszenia, ale ona żartu nie załapała i tylko splunęła mnie w twarz. Obtarłem
ją ręcznikiem i się wyprostowałem. – Widzę,
że nie chcemy po dobroci. Cóż… w takim razie… - zamoczyłem ręcznik w misie
z wodą. - Słyszałaś kiedyś o metodzie
przesłuchiwania zwanej „ręcznikiem Schulbaka”? – wyraz na jej twarzy mówił,
że raczej nie słyszała.
- Nie boję się śmierci! – splunęła na podłogę.
- Nie martw się. Nie umrzesz. Poza tym, z takimi gestami ja bym uważał.
Śmierć, jest bardzo kapryśna. – puściłem do niej oko, a później odwróciłem
się do małej okiennicy. – Tak więc,
„ręcznik Schulbaka” został stworzony przez, jak się domyślasz, Schulbaka. Był
to lekarz wojskowy, aczkolwiek specjalizował się w anatomii i schorzeniach
systemu trawiennego. Pewnego dnia, gdy miał już dość nieskuteczności polowych
metod przesłuchiwania kontrwywiadu, głównie za sprawą tego, że tracił wielu
żołnierzy na stole operacyjnym, stworzył swoją własną metodę. Wykorzystał do
tego swoje zdolności i wiedzę medyczną. Wymyślił, że wystarczy zmoczyć kawałek
materiału, jak np. ręcznik, taki jaki ja mam teraz w ręce i wepchnąć go
przesłuchiwanemu w przełyk. Gdy ten zacznie działać, ręcznik zostaje powoli
pochłaniany. A wtedy wystarczy jednym energicznym ruchem owy ręcznik wyrwać. Wiesz
co się dzieje wtedy? Zrywa się nabłonek wyściełająca przełyk, co prowadzi do
strasznego bólu i kilku tygodniowej agonii, która kończy się śmiercią. Tak
więc, jeśli chcesz sobie darować tegoż bólu, powiedz mnie lepiej od razu, kto
nasłał Cię na mężczyznę, który leży teraz martwy w kuchni na parterze? –
moje spojrzenie i wyraz twarzy nie pozostawiały złudzeń, co do tego, że nie
zawaham się użyć przed chwilą opisanej metody. – Przedstawię Ci jak sprawa stoi. Nikt nie wie w jakiej sytuacji jesteś,
bo gdyby wiedzieli, już by się tu zjawili. Jesteś przywiązania do krzesła,
które jest przybite do podłogi, a przesłuchuje Cię człowiek, który nie ma
skrupułów, gdy coś staje mu na drodze, do zapłaty, za wykonane zadanie. A dziś,
niestety, Ty jesteś tym obiektem. – pochyliłem się ku jej twarzy i
przybrałem szaleńczy uśmiech, coby jeszcze bardziej wzmocnić efekt wypowiedzi.
Zauważyłem u zabójczyni dobry
symptom. Mianowicie, lekko mrugnęła i złapał ją krótki, prawie nie zauważalny
skurcz.
- No dobrze, jak nie, to nie. – Chwyciłem ją za żuchwę i otworzyłem
jej usta najszerzej jak się dało. Potem wepchnąłem ręcznik, ale zanim ten
znalazł się w przełyku, zabójczyni wydała z siebie dźwięk, który brzmiał niczym
prośba. Tak więc wycofałem rękę z ręcznikiem. – Mów, co chcę wiedzieć.
- Nie znam jego imienia… – mówiła prawie przez łzy. – Mówią na niego Czerwony Smok… tylko tyle
wiem. Chciał, żebym odnalazła, jakieś dokumenty w tym domu. To wszystko.
Przysięgam. Dobrze zapłacił.
- No! Zuch dziewczyna. Było takie trudne? – poklepałem ją po twarzy
ze szczerym uśmiechem na swojej. – A
teraz powiedz mnie jeszcze, gdzie najszybciej go znajdę?
- W północnej części miasta. To jego teren. Ma tam swoją prywatną armię
drabów. Bez upoważnienia nie wejdziesz…
- O to ja już się będę martwił. Jego lokum?
- Mała forteca. Czerwona Forteca. Nazwa z powodu czerwonych cegieł z
jakich ją wykonano.
- I takie wywiady to ja lubię. – potarmosiłem jej włosy. Odwróciłem
się na pięcie i wszedłem po schodach na parter.
- A ja?! – zwołała jeszcze za mną zabójczyni.
- A tak! Zapomniałbym. – zszedłem ponownie do piwnicy, pochwyciłem
dwa gwoździe i wbiłem je w uda dziewczyny. Zawyła z bólu. Później urwałem kabel od żarówki, rozplotłem
go trochę i obwiązałem nim oba gwoździe. Następnie wziąłem miskę wody i
włożyłem w nią stopy dziewczyny. – Widzisz
w tak dużych miastach jak to, nikt nie zwróci uwagi na wzmożony pobór prądu.
Przekręcasz jedną wajchę i rezerwy energii płyną do wszystkich mieszkańców. To
nie tak jak w tych wschodnich państwach w których kiedyś musiałem operować.
Człowiek musiał wracać do starych metod, jak polewanie skóry kwasem, albo
wyrywanie paznokci. Ale teraz, już się nie muszę tym martwić. – klepnąłem
dziewczynę w uda i udałem się do przełącznika.
- Zaczekaj! Powiedziałam wszystko co wiedziałam!
- Prawda, ale to i tak Cię nie uratuje. – przekręciłem włącznik, a
gdy tylko prąd przepłynął przez ciało dziewczyny, zawyła z bólu, a ja spokojnie
odszedłem z miejsca zabójstwa i tortur psychicznych…
V
Akcje rozpoczęliśmy nocą, coby
być widocznym jak najmniej. Żeby łatwiej dostrzec przeciwników, założyłem
Wampira. Taki sam miała Lena.
Umieściłem ją na najwyższym
budynku, z którego miała wygodne pole ostrzału, w celu mojej osłony. Ja za to
poruszałem się na poziomie ulicy, wykańczając każdego napotkanego draba.
Rozpoznać nie było ich trudno. Czerwony Smok, miał słabość do czerwieni, tak
więc, prawie każdy z drabów miał jakiś czerwony element garderoby jak, opaska,
albo bluza munduru.
Moja metoda zabójstw była szybka
i skuteczna. Skasowanie kolana, zakrycie ust draba, coby krzykiem nie zwabił
kolegów, a następnie Ostrze w przestrzeń zaobojczykową, bądź w podstawę
czaszki. Ta druga opcja była lepsza, bo od razu eliminowała koleżkę, z tej gry.
Truchła chowałem w cień, coby ich jakiś zbłąkany wartownik nie znalazł.
Gdy nie udało mnie się
zlikwidować draba, albo go przeoczyłem lub było ich dwóch, wyciszony Tor Leny,
sprawdzał się znakomicie. 12 mm
aluminiowe pociski wystrzelone za pomocą szyny elektromagnetycznej,
pozostawiały zarówno z czaszki jak i ciała draba, tylko ochłap mięsa. Krwawo,
ale bardzo skutecznie.
Tak też pokonałem drogę prawie do
samej Czerwonej Fortecy. Jednakże na ostatnim odcinku, Lena zameldowała mnie,
że straciła pole widzenia i tak też, zostałem sam. A jak widziałem, obwód
zewnętrzny Fortecy był patrolowany bardzo dobrze, zarówno na poziomie gruntu
(gdzie Lena nic nie widziała), jak i na poziomie szczytu muru (który to miała,
jak na dłoni).
Chwilę czekałem w ukryciu, żeby
sprawdzić dokładnie z jaką częstością, pojawiają się strażnicy. Miałem małe
okno czasu. Gdy tylko pierwsza para się pojawiła w zasięgu wzroku, odczekałem
chwilę nim przeszli, a potem szybko, ale cicho ruszyłem w stronę muru, po
którym zacząłem się wspinać, wykorzystując ubytki w nim wytworzone przez
zarówno czas, jak i zapewne słabe wykonanie cegieł.
Gdy znalazłem się w połowie
wysokości muru, przylgnąłem do niego, słysząc głosy w dole. Oddychałem
spokojnie, bo wiedziałem, że głośniejszy wdech w tej niesamowitej ciszy mnie
zdradzi. Strażnicy przeszli, a ja ruszyłem dalej. Gdy znalazłem się u szczytu
muru, skontaktowałem się z Leną.
- Ilu tam mamy?
- Trzy kontakty, przeplatające się drogą, tak że każdy ma kolejnego w
zasięgu wzroku.
- Przyjąłem. Czekaj aż dwóch znajdzie się w jednej linii i rozpierdol ich
czaszki, a ja zajmę się trzecim.
- Hm… mój ulubiony sposób.
Wiedziałem, że Lena nie spudłuje,
tak więc zawiesiłem się na szczycie muru i czekałem, aż usłyszę chlupot
rozwalanych czaszek. W chwilę później ten dźwięk dotarł moich uszu, więc
podciągnąłem się szybko odnalazłem trzeciego strażnika i rzutem wpakowałem
Ostrze w jego oczodół, co spowodowało natychmiastowe zejście.
Po tym przewlokłem się przez
krawędź muru, na chodnik i zlustrowałem dziedziniec pode mną.
Ochrona wydawała się dość słaba,
ale była dobrze rozstawiona. Teraz bez wsparcia mojego wiernego snajpera, byłem
zdany na własne możliwości. Na razie musiałem działać po cichu, albowiem, nie
znałem liczby strażników wewnątrz budowli i czy w ogóle jacyś tam byli.
Na dziedziniec dostałem się po
schodach wartowni, która była jednym z elementów obserwacyjnych. Teraz
nieobstawiona.
Gdy znalazłem się na dole, moją
podstawową bronią stało się zarówno moje ciało, jak i Ostrze. Kolejno
eliminując wartowników i chowając ich ciała, udało mnie się dotrzeć do wejścia
dla służby. To prowadziło do kuchni, w której nie napotkałem nikogo, jak i w
reszcie kompleksu.
Dla pewności przeszukałem go
wzwyż, ale nic nie znalazłem. W dodatku był dziwnie pusty. Same niewystrojone
pomieszczenia. Jedyną możliwością stały się pomieszczenia poniżej parteru, do
których to zszedłem. Mając ze sobą Wampira, przemieszczając się po tych
zaciemnionych, dziwnie przestronnych pomieszczeniach (jeszcze się z tak
wielkimi piwnicami, nie spotkałem), szukałem celu mojego zlecenia – osobnika o
pseudonimie Czerwony Smok.
Jednakże nic nie jest tak łatwe,
jakby mogło się zdawać. Dlaczego? Otóż dlatego, że Czerwony Smok, naprawdę był
tym jebanym gadem. Wysłano mnie, żebym zatłukł smoka… teraz przynajmniej
wiedziałem na co mnie Łapacz Dusz, który otrzymałem od zleceniodawcy.
Tak więc podkradłem się do
śpiącej w swym leżu bestii, ale gdy tylko znalazłem się na odległości około 20
łokci od celu, oczy smoka zaświeciły świadomością. Zawsze sądziłem, że przed
śmiercią, że smokami można inteligentnie pokonwersować, ale ten najwidoczniej
wiedział co się szykuje i odpuszczając sobie konwenanse, zionął na mnie ogniem.
Ja niewiele myśląc, odskoczyłem na bok i schowałem się za kolumną,
wystarczająco szeroką, że ogień mnie nie oplótł.
- A któż, to śmie zakradać się do mojego domostwa i podnosić na mnie swój
miecz?! – cios jego ogona rozwalił kolumnę, za którą byłem.
Wykonałem przewrót przez bark,
coby nie zostać przygniecionym odłamami tejże kolumny, a po ustabilizowaniu
pozycji na kolanach, wypaliłem ze swojego pm-u mierząc w okolicę oczodołów
bestii. Oczywiście pociski nie zrobiły na smoku wielkiego wrażenia, a jedynie
bardziej go podirytowały. Ponownie zionął na mnie ogniem, a ja znów schowałem
się za kolumną – jedyną osłoną, jakiej mogłem tu zaznać.
Przeładowałem, wychyliłem się i
wypaliłem kolejną serią w kierunku bestii. Gad zasłonił się swoimi błoniastymi
skrzydłami. Ukryłem się ponownie za kolumną, jednocześnie szykując zwój
ogłuszający.
- Ponownie zapytam, kimże jest osobnik, który ma czelność nachodzić mnie
w moim legowisku?! – głos nie wydostawał się z gardzieli bestii, a trafiał
bezpośrednio do trzewi mojego umysłu… jebana telepatia.
- Huxley. Jonah Huxley. I jestem tu ponieważ, jesteś źródłem mojej
przyszłej zapłaty!
- Tego nie byłbym taki pewien, Jonah Huxley. – po tym ponownie rozbił
kolumnę swoim długim ogonem, zakończonym skostnieniem, przypominającym rodzaj
buławy.
A ja ponownie odskoczyłem,
ustabilizowałem swoje ciało i znów wypaliłem w jego kierunku. Tym razem jednakże,
smok użył swojej drugiej broni, to jest szpikulca na końcu ogona, którym to
zamachnął się w moją stronę, ledwo udało mnie się go uniknąć, ale i tak wbił
się w moje udo. Zawyłem z bólu i duża siła dźwignęła mnie wzwyż. Zawisłem głową
do dołu.
Gdy zobaczyłem, że rozwarta paszcza
zmierza w moim kierunku, dobyłem Bolta, ponieważ pm urwał mnie się z systemu
nośnego i pozostał na posadzce i wypaliłem Błyskawicę mierząc w podniebienie
bestii. To lekko smoka zdezorientowało i sprawiło, że zamachnął się swym ogonem
razem ze mną, trafiając w ścianę. Po tym uderzeniu ześlizgnąłem się ze
szpikulca i dodatkowo zaryłem bokiem o podłoże. Ból przeszył moje ciało, a ja
pomyślałem sobie, czy nie mam przypadkiem złamanych żeber.
Niewiele myśląc wskoczyłem na
grzbiet bestii, co nie było łatwe biorąc pod uwagę rozmiary, która nadal była
zajęta lekko podsmażonym podniebieniem i wbiłem Ostrze między jej łuski,
dobyłem obrzyna i wpakowałem dwa pociski breneka w smoka kark. Gad wygiął się z
bólu, a ja dodatkowo zacząłem ładować w niego tyle Błyskawic ile się dało. Gdy
kryształ energetyczny się przegrzał, zmieniłem tryb na elektromagnetyczny i
dodatkowo wpakowałem parę ładnych gram aluminiowych pocisków w czaszkę bestii. Po
takiej dawce energii kinetycznej, smok wreszcie padł bez ducha, a jego ciało
przeszyły konwulsje. Ja czym prędzej wyciągnąłem Łapacz Dusz i przejąłem
energię życiową tegoż stworzenia.
Po tym usiadłem ciężko na
posadzce i zrobiłem sobie badanie około urazowe w celu oceny skali zniszczeń
mojego organizmu. Nie było tak źle. Wykryłem, że mam złamane ledwie 3 żebra i
prawdopodobnie przetrącony bark. Tak więc chwilę jeszcze posiedziałem
kontemplując tą walkę, która była zarówno intensywna, jak i wymagająca.
Po chwili skontaktowałem się z
Leną, że chyba będzie mnie musiała stąd ewakuować, albowiem sam nie dam rady.
Do czasu jej przybycia opatrzyłem
ranę uda i zabezpieczyłem swoje żebra. Z racji, że teraz niewykrywalność nie
miała już żadnego znaczenia, alarm odezwał się po chwili, a głośnia strzelanina
ucichła po sekundzie.
Po tym usłyszałem kroki,
spojrzałem w ich kierunku, dostrzegłem postać dziewczyny, a zmęczenie złożyło
na mój umysł płaszcz snu.
VI
Obudziłem się i dostrzegłem nad
sobą pochyloną Lenę.
- Jak… długo? – z trudem udało mnie się zadać pytanie, ponieważ ból
klatki uniemożliwiał mnie swobodny oddech.
- Trzy dni.
- Towar?
- Bezpieczny. Schowałam go do Izolatora. Tak jak mnie instruowałeś,
gdybyś rzeczywiście go użył. Ministerstwo nie będzie stanowiło problemu.
- Zuch dziewczyna… lekarz?
- Weterynarz. Opłacony. Jak zawsze nie pytał co, skąd i dlaczego. Złoto
skutecznie zamyka usta ludziom, którzy i tak nie chcą nic wiedzieć. – podała
mnie szklanicę wody, albowiem widziała, że byłem spragniony.
- Obrażenia?
- Kość udowa w proszku z twym lewym bokiem nie było i nie jest wcale
lepiej. Doktorek w ogóle się dziwił, jak coś, co stworzyło takie obrażenia uda,
nie zmasakrowało Ci tętnicy, Huxley. Widać miałeś sporo szczęścia. – uśmiechnęła
się lekko, ale uśmiech ten miał raczej charakter matczyny. Jakby martwiła się o
swoje dziecko. – W każdym razie, jesteś
uziemiony na parę miesi.
- Wszystkie żebra? – zdziwiło mnie to trochę. – Ja… wymacałem u siebie tylko trzy.
- No tak… te trzy były praktycznie w proszku. Reszta jest poważnie
połamana. Doktorek jednakże miał parę zastrzyków z substancjami, o których
nigdy nawet nie słyszałam. Mówił też, że powinniśmy się z tym zgłosić do
jakiegoś Medyka, bo bez pomocy magii leczniczej, raczej nie powrócisz do dawnej
formy.
Kiwnąłem tylko głową że rozumiem,
a po tym znów udałem się do krainy snów.
VII
Po kolejnych trzech dniach „drzemki”,
w trochę lepszej formie, ale nadal mocno poobijany, zawezwałem nasz transport.
Podróż powrotna, nie była już jednak tak miła, jak ta na Helios. Ból dawał o
sobie znać.
Gdy tylko wylądowaliśmy, zatrzymaliśmy
się w tanim przybytku, odnaleźliśmy Medyka i po niedługiej Rekonstrukcji, mogliśmy
ruszyć dalej.
Tak więc udaliśmy się do stolicy
tego państwa, odnaleźć zleceniodawcę, oddać mu towar i odebrać zapłatę. A ta
była naprawdę syta. Bez problemu się za nią wykuruję do końca, a dodatkowo
starczy na przynajmniej 3 miesiaki podróży i zabawy.
Jednakże najbardziej mnie
zadziwiającym faktem było to, że zleceniodawca wcale nie chciał wykorzystać
duszy smoka w Smoczej Magii, która swoją drogą jest zaraz po Magii Krwi,
najpotężniejszą. Oj nie. On po prostu kolekcjonował dusze smoków. Ta była jego
ostatnim „trofeum”.
Dodatkowo poinformował mnie, że
gdybym szukał jakiegoś zlecenia, to u niego zawsze się coś znajdzie.
Podziękowałem i powiedziałem, że może kiedyś, gdy będę się przepierdalał
ponownie przez to miasto, chętnie się czegoś podejmę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz