sobota, 27 kwietnia 2013

Stworzenie nocy

I

  Coś skoczyło na moje plecy i sprawiło, że straciłem równowagę i runąłem na ziemię. Kończyny miałem przez stworzenie spętane, więc, żeby nie przychrzanić swoją piękną jak malowanie twarzyczką o bruzdy pola, skręciłem się mocno w biodrach i wylądowałem na barku, przetaczając się po stworzeniu i zakańczając ten błyskawiczny kurs latania, na brzuchu.
  Nim zdążyłem się dźwignąć do pionu, stworzenie umknęło w mrok. Stanąłem do niego lewym bokiem, z luźno opuszczonymi kończynami. Wypatrywałem i nasłuchiwałem. Światło ogniska bijące mnie na plecy, nie stanowiło w tym momencie dla mnie problemu. To że byłem widoczny jak na dłoni, było mnie nawet na rękę.
  Stałem tak chwilę, słuchając trzasku palącego się drewna i patrząc jak szarpane światło liże mrok, póki nie usłyszałem pytania:
  - Kimże jest bladolicy, który zapuszcza się na te święte ziemie? – z mroku wydobył się delikatny damski, wręcz dziewczęcy, głos w którym przy każdym „s”, można było dosłyszeć przeciągnięcie.
  - Zwą mnie Jonah Huxley. Przysłano mnie tu, abym Cię sprowadził. – poczułem strużkę płynu na moich plecach. Obstawiałem, że to rana, bo stresu, ni gorąca nie odczuwałem w tym momencie.
  - Jonaaah… Huxleyyy… - stworzenie przedłużyło moje imiona, co zabrzmiało dość zabawnie. Powiedziałbym dziecinnie.
  - Owszem. Tak więc, może teraz ty przedstawisz mnie swoje imię, zgodnie z obyczajem?
  - Moję imię… dawnom go nie wymieniała… moje imię… - stworzenie długo się zastanawiało zanim w końcu wyrzekło. – Mar… Marlena… taaakkk… to moje imię! Marlena! Marlena! Marlena! – euforia w głosie była łatwo wyczuwalna.
  - Dobrze. Uspokójże się wreszcie dziewczyno. – wykonałem uspokajający gest ręką w stronę mroku i po chwili dotarło do mnie, jak dziwnie to musiałoby wyglądać dla kogoś, komu nadarzyło by się tą sytuację obserwować. Ale nikogo nie było prócz mnie… i Marleny.
  Cofnąłem się do ogniska i usiadłem do niego plecami, na pieńku, który służył mnie jako improwizowane krzesełko.
  - Podejdźże. Nie zrobię Ci krzywdy. Jak już mówiłem, nie po to tu jestem. – dla pewności jednakże zaplotłem palce prawej ręki, na rękojeści Bolta, który tkwił spokojnie w kaburze, czekając tylko na trochę akcji. Dźwignię Błyskawic przestawiłem na najmniejszą, ogłuszającą, wartość.
  Stworzenie… Marlena, wychylała się powoli z ciemności. Wpierwej dostrzegłem jej głowę, pokrytą długimi, splątanymi, przyozdobionymi w zaschnięte błoto włosami, koloru zboża. Dało się go dostrzec. Potem głowa się trochę uniosła i dostrzegłem wychudzoną, ale mimo wszystko ładną twarz. Mały, lekko zadarty nos, dobrze zarysowane kości jarzmowe, zimno błękitne tęczówki oczu. To wszystko składało się na przyjemny obraz.
  Marlena chwilę tak stała, gdy nasze spojrzenia się krzyżowały. Zagłębiałem się w zimno jej oczu i zastanawiałem się, czy zieleń moich także ją tak hipnotyzowała. Dostrzegłem jeszcze coś w jej wzroku. Żądzę krwi. Mordu. Polowania. Nie byłem pewien, czy nie postanowi zakończyć mojego żywotu, tutaj w tej głuszy, daleko od jakiejkolwiek cywilizacji. W sumie, to wcale by mnie to nie wadziło.
  Potem się na mnie rzuciła i oplotła mnie swoimi kończynami, przytulając się do mnie mocno. Zrobiła to z taką prędkością, że gdyby chciała, to mogła by mnie rozszarpać, a ja nawet nie zdążyłbym porządnie wydobyć Bolta.
  - Nie zrobisz mi krzywdy, prawda? Nie zrobisz mi krzywdy? – pytania zadała bardzo szybko i z ogromną dozą emocji.
  - Jak już mówiłem, nie po to tu jestem. – odchyliła się trochę do tyłu, żeby znów spojrzeć mnie w oczy. Po chwili się uśmiechnęła, bo widać nie dostrzegła w nich kłamstwa. Dostrzegłem, że jej kły w szczęce są trochę dłuższe i wyraźnie ostrzejsze niźli u ludzi. A więc miałem do czynienia z wampirem. Dziwiłem się, że nie wyssała jeszcze ze mnie żywota. W końcu krwawiłem.
  - Głodna… czuję krew.
  - W to nie wątpię. W oczy rzuca się twoja chudość. Jeśli będziesz tak miła i mnie puścisz, to zabezpieczę swoją ranę i podam Ci strawę, którą sobie szykowałem, pókiś na mnie nie napadła.
  Puściła mnie, a w jej spojrzeniu i wyrazie twarzy można było dostrzec zdziwienie. Wskazałem jej mój koc, rozłożony koło ogniska.
  - Usiądź, proszę. Kolczyk, musi się jeszcze trochę podgotować. – polecenie wykonała bardzo posłusznie.
  - Co to jest… kolczyyyk? – nazwę rosomaka wypowiedziała bardzo niepewnie. Po raz kolejny zdziwiło mnie to szczerze.
  - Nie wiesz? – pokręciła energicznie głową w zaprzeczeniu. – Ta okolica z nich słynie. Rosomak kolczasty. Małe, najczęściej czarne, czworonożne stworzenie, wielkości wyrośniętego wilczka. Posiada na grzbiecie stwardnienia naskórka w kształcie kolców. Stąd też nazwa. – ściągnąłem skórzaną kamizelkę i obejrzałem ją dokładnie pod światłem ogniska. Przez całą długość grzbietu przechodziło ukośne cięcie, które przebiło ją na wylot. Co dziwne biorąc pod uwagę, że był to pancerz wspomagany magią defensywną, mający chronić przed wszelakiego rodzaju ostrzami. Ściągnąłem także koszulę, która miała identyczne cięcie, ale dodatkowo sporą ilość krwi wokół niego.
  Marlena się nastroszyła i zaczęła głośno niuchać. Potem szybko odwróciła głowę w stronę mroku i skoczyła do niego. I tylem ją widział… przynajmniej na najbliższe 20 minut. Zanim wróciła, dzierżąc w zębach królika, ja zdążyłem opatrzyć sobie ranę, za pomocą ostrokostu i wody akermańskiej. Udało mnie się także prowizorycznie naprawić kamizelkę. Użyłem do tego sprawdzonej w każdych warunkach „kaczej taśmy”. Głupio to będzie wyglądało, ale wolę to niż ekstra przewiew na plecach.
  - Spójrz na mnie dziecko. – Marlena na chwilę oderwała się od swojej zdobyczy. Usta miała okrwawione. – Pamiętasz, kto Ci to zrobił? – wskazałem na jej kły. Pokręciła przecząco głową i wróciła do konsumpcji.
  Zbliżyłem się do jej szyi, a gdy chciałem odgarnąć włosy, warknęła na mnie krótko.
  - Nie zrobię Ci krzywdy. Mogę? – znów wpiła swoje zęby w pechowego królika.
  Gdy odgarnąłem jej włosy, na szyi nie dostrzegłem charakterystycznych śladów po ugryzieniu. Nie żebym był specjalistą od wampirów, ale z tego co przynajmniej się nauczyłem z ciekawości, ślady po ukąszeniu zostawały na ciele zarażonego. Na szyi ich nie było, jak to zwykle się twierdziło, że to tam są. Stąd też zresztą wziął się pogląd, że wampirowi trzeba odciąć głowę, i ułożyć ją w oddzielnej mogile, albo po prostu spopielić. Cóż, dekapitacja skutecznym sposobem była u wszystkiego, co posiadało centralny układ nerwowy w głowie znajdującej się na szyi.
  Ściągnąłem z niej tą resztę ubrań, które na sobie dzierżyła. Nie protestowała. Zapach dziewczyny był charakterystyczny dla ciała, które od dawna nie zażyło kąpieli. Błoto na jej skórze nie ułatwiło mnie zadania wyszukania ugryzienia.
  - Chyba będzie trzeba Cię wykąpać, dziewczyno. - pogładziłem jej włosy, które mimo zniszczenia, były przyjemne w dotyku.
  Gdy wreszcie kolczyk się ugotował, nalałem sobie sporą porcję do manierki, a mniejszą porcję dla Marleny, do małej miski, którą także ze sobą zabrałem.
  - I jak? Smakuje?
  - Bardzo! – uśmiechnęła się od ucha do ucha i wylizała zawartość miski. – Jeszcze! – wyciągnęła ją w moim kierunku.
  Zaśmiałem się szczerze. – Widzę, że znalazł mnie się łakomczuch. – pochwyciłem chochlę i nalałem jej kolejną porcję. Pochłonęła ją tak samo, jak poprzednią.
  Gdy skończyliśmy gulasz, Marlena zwinęła się w kłębek i szybko zasnęła. Chrapała niemiłosiernie.

II

  Rankiem, gdy się zbudziłem, poczułem ucisk na brzuchu. Gdy spojrzałem wzdłuż mego tułowia, przed oczyma pojawiła mnie się postać Marleny, która nadal smacznie spała. Potrzasnąłem jej ramieniem, aby się zbudziła, co też uczyniła i to nader energicznie.
  - Światło! Światło! Parzy! – zasłoniła swoje oczy rękoma i zwinęła się w kłębek.
  - Spokojnie. Nie masz się czego obawiać. Nie jesteś mistrzem wampirów, tylko… ofiarą. – dotknąłem jej ramienia aby się uspokoiła. Uczyniła to i spojrzała w moje oczy.
  - Naprawdę… nic mi nie będzie? – na jej twarz wystąpiło zdziwienie.
  - Ręczę za to. A teraz chodźmy. Trzeba Cię wykąpać, bo widzę, że o higienę, nie dbałaś ostatnimi czasy. – uśmiechnąłem się lekko i potarmosiłem jej włosy. Potem zagasiłem tlące się ognisko piaskiem i zabrałem sprzęt. Udaliśmy się w stronę rzeki, którą zdarzyło mnie się minąć, podczas poszukiwań dziewczyny.
  Gdy już tam dotarliśmy, poszukałem w torbie koszuli i skórzanych spodni, w które będę mógł ubrać wampirzycę. Potem zdarłem z niej ubrania i zawędrowałem z nią do koryta rzeki.
  Wyszorowanie dziewczyny, posiadając tylko mydło zajęło mnie pewien czas. Żeby dokładnie zmyć z niej już prawie skamieniałe błoto, musiałem się posilić gałązkami pobliskiej wierzby. Dały radę. Jednakże włosy na głowie musiałem ściąć prawie do gołej skóry… tak samo jak i włosy łonowe. Jak mus, to mus.
  Gdy zakończyliśmy kąpiel, kazałem wytrzeć się Marlenie w kawałek płótna, który służył mnie jako ręcznik. Gdy już to zrobiła, kazałem jej stać spokojnie prosto. Musiałem zegzaminować jej ciało w celu odnalezienia miejsca ukąszenia.
  Dziewczyna w całej swej nagiej „okazałości”, nie była zbyt powalająca. Wychudzona, tak, że żebra przebijały wyraźnie spod skóry i mięśni, a każdy staw można było sobie dokładnie przebadać, bez większych trudności. Za to skóra była gładka jak po urodzeniu. Najmniejszej szramy, najmniejszego śladu po Zarazie, albo innym paskudztwie, które od lat zabijało dzieci w tych okolicach. Co prawda nie winno mnie to dziwić. W końcu procesy regeneracji u niej, były znacznie bardziej zaawansowane niż u zwykłego śmiertelnika.
  Ślady ugryzienia, po krótkim, acz dokładnym przyjrzeniu się ciału, znalazłem w okolicach genitaliów. Dokładniej rzecz biorąc w miejscu przechodzenia tętnicy udowej. Dawało mnie to wskazówkę, że dziewczyna podczas przemiany odbywała stosunek seksualny. Tak więc, bez przeszkód mogłem sądzić, że był to mistrz wampirów, który ukrywał się pośród ludzi. Nie wiedziałem tylko kogo podejrzewać.
  Po przebadaniu i dojściu do wniosków, ubrałem Marlenę. Butów jednakże dodatkowych nie miałem, toteż poinformowałem ją, że będzie musiała podróżować ze mną o gołej stopie. – Chociaż i tak wielkiej różnicy Ci to pewnie nie robi, biorąc pod uwagę twoje dotychczasowe perypetie. – uśmiechnąłem się do niej lekko, a ona zwróciła uśmiech. – Muszę jednakże zapytać, pamiętasz, kto zamienił Cię w to czym teraz… kim teraz jesteś?
  - Nie, nie pamiętam. – spuściła wzrok. – Nic nie pamiętam. Tylko… krew… i jej pragnienie. Głód.
  - Rozumiem. Za niedługo, nie będziesz już musiała żyć w ten sposób. - poklepałem ją przyjacielsko po głowie.
  Postanowiłem pozostać jeszcze trochę nad rzeką i sam wziąłem kąpiel. Potem zamieniłem sobie z dziewczyną parę zdań. Pytałem się jej, czy pamięta coś ze swojego poprzedniego życia, czy pamięta jakiś bliskich, jakieś zainteresowania, cokolwiek. Na wszystkie pytania odpowiadała negatywnie.
  Tak więc po około dwóch godzinach nic nie robienia i wylegiwania się w promieniach Słońca, postanowiłem ruszać w drogę powrotną, zabierając swoją nową towarzyszkę drogi i jednocześnie cel mego zatrudnienia. 
  Gdy tylko znaleźliśmy się na wysokości pobliskiego lasu, usłyszałem przedziwny krzyk, bardziej wycie. Jednakże nie ten zew nie przypominał mnie żadnego zwierza, jakiego przyszło mnie do tej pory spotkać… ani stwora.
  - To… to… On… On… - Lena zesztywniała w przerażeniu.
  - Kim jest ten… „On”?
  - On… On… On się zjawi i nas zje. – ponowny ryk dochodzący od północy.
  - Nie jeśli my zjemy go pierwsi. – z uśmiechem na twarzy, puściłem do niej oczko.
  - Nie dasz rady… jest zbyt potężny. – nadal przerażenie na twarzy.
  - Cóż… ja wyznaję, pewną starą, dobrą zasadę: Jeśli coś krwawi, znaczy, że jest sposób, żeby to coś utłuc. A teraz chodźmy. Zaprowadzisz mnie do legowiska tego „Onego”, bo z pewnością wiesz gdzie ono się znajduje. – spojrzała na mnie z jeszcze większym przerażeniem.
  - Nie możemy tam iść! On mnie zna, wyczuje, zabije… - objęła mnie w pasie i przylgnęła do mego ciała z błagalnym wyrazem we wzroku. – Proszę…
  Spojrzałem na nią, potem obróciłem swe lico na las. Kolejny ryk. – Hm… widzę, że jesteś głodną bestią. Dobrze się składa, bo właśnie idzie do ciebie świeże mięsko, przyjacielu…
I tak też pociągnąłem za sobą Lenę. Przez większą część trasy nie chciała mnie puścić, wciąż obejmując mnie w pasie. W końcu odpuściła i ruszyła przodem, ale mniej energicznie niż zazwyczaj.
  Po jakieś godzinie marszu zatrzymaliśmy się na skraju linii drzew, około 200 metrów od ruin jakiejś budowli. Las wokół niej, był wykarczowany, a na północny-wschód od niej, ciągnęła się, zarośnięta już co prawda, trasa. Zgadywałem że mógł to być jakiś stary szpital, albo klinika dla chorych umysłowo. Idealne, przeklęte miejsce i dodatkowo świetna lokalizacja na legowisko, dla przeklętych, bądź magicznych stworów.
  - Zaczekaj tu na mnie i schowaj się dokładnie, coby Cię bestia nie miała okazji ucapić. Ja wybieram się na małe polowanko. – w torbie poszukałem Wampira, jak zwykłem nazywać swój noktowizor (cóż za ironia) i gdy go odnalazłem odłączyłem jeden okular i wymieniłem na krótszy o szerszym, ale krótszym polu widzenia drugi, dzięki czemu na tą chwilę, urządzenie sprawdzi się lepiej niźli pełnowymiarowe.
  Ruszyłem biegiem, lekko skulony w stronę budowli. Z racji, że było jasno, okularu jeszcze nie założyłem na oko. Bolta dzierżyłem przez cały czas, gdybym natrafił na bestię wcześniej niżbym chciał.
  Prześlizgnąłem się przez wyrwę w murze, do wnętrza budowli. Pomieszczenie do którego trafiłem,  było zawalone spleśniałymi meblami, które wyglądały na spalone. Czyli pożar strawił tą placówkę. Pewnikiem razem z rezydentami. Ruszyłem dalej. Z drzwiami nie miałem problemów, bo żadnych nie było, albo były w drzazgach. Metalowe były powykręcane. Temperatura płomieni musiała być wysoka.
  Gdy dotarłem do schodów do niższych pomieszczeń, pewnikiem cel-izolatek, uruchomiłem Wampira. Schodziłem po schodach najciszej jak się dało, lustrując przy tym każdą przestrzeń na tyle wielką, że mógłby się w niej znaleźć dobrze wyrośnięty wilk. Nie wiedziałem, z czym ma do czynienia, ale z doświadczenia wiedziałem, że potężne bestie potrafią skrywać się w dość niepozornej postaci. Gdy zszedłem na pierwszy podziemny poziom, po swojej prawej i lewej miałem cele-izolatki. Czyli się nie pomyliłem. Zajrzałem do jednej z nich. W środku dojrzałem ludzkie kości, dotknięte czasem. Przechodziłem tak od jednej izolatki, do drugiej szukając leża bestii. Tutaj żadnego śladu nie znalazłem.
  Zszedłem wiec na kolejny poziom. To pomieszczenie było dość przestronne. Znalazłem w nim szczątki stołu badawczego. Sala eksperymentów. Tutaj znalazłem ślady bytności stworzenia. Odchody, które swoją strukturą przypominały te, należące do dyszolotów. Czyli miałem do czynienia z krwiopijczą, latającą bestią. Obstawiałem Krwiolota, ale nie dałbym sobie ręki uciąć na daną chwilę. Ruszyłem dalej.
  Kolejny poziom i co? No cóż, największa sala z tych podziemnych, prawdopodobnie spiżarnia, ale co bardziej ciekawe, to to, co wisiało u sklepienia. A był to właśnie Krwiolot. No cóż, jednak mogłem się założyć o tą rękę. Zdziwiło mnie natomiast to, że mnie nie wyczuł. Jego strata, mój zysk. Nawet nie celując za specjalnie, pociągnąłem za spust, a Błyskawica przeszyła ciało bestii i truchło padło na ziemię, lekko zwęglone i nadal się tląc. Swąd jak zawsze nieprzyjemny był. Podszedłem do truchła i wpakowałem jeszcze jedną, tak dla pewności. I wtedy to zauważyłem. Skóra, zesztywniała. To był poprzedni lokator. W takim razie, nowy nadal musi tu być. 
  - Kurwa… - i wtedy coś targnęło mną o podłoże. Szybko wykonałem obrót. Akurat na tyle szybko, żeby powstrzymać nowego Krwiolota, przed wpakowaniem jego niemiłosiernie długich zębów-kłów w moją drogocenną szyję. – Czyli… jednak… nie jesteście… tak głupie… na jakie wyglądacie. – przerywając uderzenia rękojeścią Bolta w łepetynę stworzenia, wykrztuszałem słowa. Potem zaparłem się piętą na brzuchu lekko oszołomionej bestii i mocno ją od siebie odepchnąłem. Szybko wycelowałem pi razy oko i pociągnąłem za spust. Błyskawica trafiła tylko w ścianę, bestia natomiast czmychnęła do poprzedniego pomieszczenia. Dźwignąłem się szybko na nogi i ruszyłem za nią w pościg.
  Gdy tylko pojawiała się na ułamek sekundy w linii strzału, pociągałem za spust. Jednakże wciąż, tylko kruszyłem mury budynku.
  Gdy wbiegłem ponownie na parter, bestia zniknęłam mnie z oczu. Uspokoiłem oddech i począłem nasłuchiwać jej obecności. Ruszyłem korytarzami z Boltem przy klatce piersiowej, gdyby Krwiolot znów chciał mnie capnąć od tyłu. Tym razem jednakże zapikował w moim kierunku, gdym tylko znalazł się w przestrzennej sali hallu. W jednoczesnym skoku w bok, wystrzeliłem w kierunku bestii i przetoczyłem się przez ramię. Uderzył głucho w ścianę, ale nadal się nie poddał. Obróciłem się szybko, ale jednakże niewystarczająco szybko w jego stronę. Wytrącił mnie Bolta z ręki i znów rzucił się w celu wpakowania we mnie swych kłów. Uderzyłem go w mocno w nasadę nosa, a gdy był oszołomionym, założyłem dźwignię trójkątną na szyi, jednocześnie przytrzymując jego kończyny górne, coby mnie nie rozszarpał ostrymi pazurami. Chwilę się tak z nim siłowałem, póki nie złamałem mu karku, a Marlena, która pojawiła się znikąd, nie wpiła mu swoich kłów w czaszkę. Ta chrupnęła naprawdę głośno. 
  - W samą porę na ucztę, co? – wydyszałem do młodej wampirzycy.
  - Chciałam pomóc.
  - Wporzo… czemu nie… - nadal dyszałem dość potężnie. – Dawnom się tak nie zmachał. – chwilę tak leżałem, póki nie dźwignąłem się do pionu. - Muszę wrócić do ćwiczeń. – Lena jednakże była zbyt zajęta ucztowaniem na Krwiolocie „Onem”, więc poczekałem aż skończy.
  Chwilę później wytargaliśmy truchło na zewnątrz, a ja spaliłem je na popiół za pomocą Bolta. To samo zrobiłem z poprzednim krwiopijcą.

III

  - Czemuś się tak obawiała tego stwora? – pytanie zadałem, gdy cisza podczas naszego marszu, stała się nieznośna. Poza tym ciekawość brała nade mną górę.
  - Bo On… On się na mnie żywił.
  - Przecież to zwykły krwiopijca. Bestia jakich wiele. Bestia, którą każdy lepiej wyszkolony człek da radę wyeliminować. Widziałaś z resztą. A ty jesteś wampirem. Czymś… więcej niźli tylko zwykłą bestią. Czymś więcej niźli zwykłym człowiekiem. Jak to możliwe, że się go tak obawiałaś? – nurtujące mnie pytanie.
  - Przykuta… kajdany… ciemność i strach… a potem zjawiał się On i się na mnie żywił… - ciągle słychać było w jej głosie przerażenie.
  - No cóż… w każdym razie nie masz już się czego obawiać. Pomogłaś mnie, przełamałaś swój strach. To dobrze. Teraz bestia jest martwa i to także twoja zasługa. Możesz uwolnić się od tego strachu, który na Tobie ciążył.
  Byliśmy pół drogi, od wioski którą mijałem w poszukiwaniu dziewczyny. Ogólnie pozostało nam jakieś półtorej dnia marszu, zanim dotrzemy do celu mej podróży powrotnej.
  Gdy przeszliśmy polną drogą jakieś 3 kliki, natrafiliśmy na grupkę czterech ludzi. Zakładałem, że byli to wieśniacy z pobliskiej wioski. Ścinali właśnie trawę, pewnikiem, żeby było co dać bydłu do pyska.
  - Witajcie dobrzy ludzie! – zawołałem podchodząc do nich. – Nie mielibyście użyczyć kapkę wody, dla mnie i mojej partnerki podróży, bo Słońce praży niemiłosiernie? – wskazałem na wampirzycę.
  - Owszem, mielibyśmy. Maryś – najstarszy mężczyzna zwrócił się do młodej dziewoi. – przynieś no bukłak z wodą i poczęstuj naszych podróżników.
  - Dobrze wuju.
  - Ech… kochana dziewczyna. A was co sprowadza w te okolice, jeśli mogę zapytać mości panie?
  - Cóż… rzecz mogę tylko tyle, że udajemy się na dwór hrabiego Palemki. – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
  - Tego wariata? Życzę szczęścia w takim razie. – akurat w tym momencie wróciła Maryś, z bukłakiem wody. Nalała nam jej do stalowych kubków i podała. Potem wróciła szybkim krokiem do swojego wuja i szepnęła mu coś na ucho. Nie dosłyszałem co dokładnie.
  - Pewnaś? – wuj spytał z niedowierzaniem. Dziewczyna powikła głową. – To ta wampirzyca! A ten tu z nią jest. Zabić ich! – i zamachnąłem się na mnie kosą.
  Zablokowałem cios swoim lewym  przedramieniem, jednocześnie lekko się kuląc, coby nie dostać ostrzem w twarz. Wyprowadziłem cios krawędzią prawej ręki, mierząc w krtań wujaszka. Następnie wyrwałem mu kosę z rąk i wbiłem w jego czaszkę. Drugi mężczyzna, dość rosły, ruszył na mnie z widłami. Odskoczyłem lekko w bok, wybiłem mu je z rąk, kopnąłem go w podbrzusze, a gdy się mocno zgiął wbiłem z dużym impetem widły w jego kręgosłup piersiowy. Wygiął się w łuk i padł na glebę jak długi. Trzeci z mężczyzn, bardziej chłopak, także uzbrojony w kosę, rzuciła się na mnie z impetem. Impet ten powstrzymała Błyskawica, przepalając pierś chłopaka na wylot, topiąc ostrze kosy i odrzucając truchło w tył. Gdy uderzyło głucho o podłoże, obejrzałem się za Marysią. W tym krótkim czasie, gdy to wszystko się działo, zdołała przebiec niezły kawałek.
  Jeśli dotrze do wioski, poinformuje o wszystkim ludzi, a wtedy będę miała niejaki problem. Nie mogłem do tego dopuścić, ale przecież nie zabiję nieuzbrojonej dziewczynki. Tyle, że umysł jedno, a ciało drugie. Moja prawa kończyna uniosła Bolta, wzrok wycelował, a palec pociągnął po chwili za język spustu. Błyskawica powędrowała do celu, a gdy do niego dotarła, głowa celu odparowała, a z szyi pozostały tylko strzępy. Ciało dziewczyny przewędrowało jeszcze parę kroków i padło.
  Ponownie obejrzałem się na trupy mężczyzn. Przy tym z widłami wbitymi w plecy znalazła się już Lena, wpijając się w jego szyję. Mężczyzna nie był jeszcze martwy, więc szarpał rękoma trawę z bólu, a stopami rozkopywał glebę. Długo to nie trwało. Chwilę później Lena oderwała się od jego szyi z zakrwawionym pyskiem i szczęśliwą miną. Taką jaką ma człowiek, gdy naje się swoją ulubioną potrawą, albo wypije za dużo ulubionego napoju wyskokowego.
  - Musimy schować te trupy. – rzekłem do dziewczyny, a ona tylko odkiwnęła energicznie głową, jak to miała w zwyczaju.
  Po jakichś 20 minutach roboty, wszystkie truchła były dokładnie przykryte trawą. Teraz przypominali stogi, które ktoś za niedługo ma zabrać z tej łąki.
  - Musimy się pospieszyć. Trupy niebawem zostaną znalezione, a wtedy miejscowe władze zapewne wyślą za nami pościg. – mówiąc to wycierałem twarz wampirzycy z krwi, którą była wysmarowana.

IV

  Do zamku hrabiego dotarliśmy w ciągu dnia, tuż przed zachodem Słońca. Przywitał nas z uśmiechem na twarzy.
  - Więc jednak tego dokonaliście, panie Huxley. Nie sądziłem, że jednak wam się uda. – uścisnął mnie, a potem wrócił się do dziewczyny. – A więc oto nasza mała wampirzyca. Nie jest niebezpieczna?
  - Przynajmniej względem mnie. – odpowiedziałem.
  - Czyli, że lepiej się nie zbliżać?
  - Możecie spróbować hrabio. – wskazałem zachęcająco ręką.
  - Może jednak pozostawię ją służbie. Trzeba by ją wykąpać. – klasnął dwa razy, a znikąd pojawiły się służki. – Zabrać ją i porządnie wykąpać, a potem ubrać w coś lepszego.
  - Nie obawiaj się, nie zrobią Ci krzywdy. – uspokoiłem dziewczynę, gdy zobaczyłem na jej twarzy wyraz niepewności.
  - Chodźcie za mną, panie Huxley. Trza by Ci jakiegoś jadła dać. – udałem się posłusznie za hrabią. Nie powiem, głód mnie doskwierał.
  Rozsiadłem się na końcu dębowego stołu, długiego na 6 metrów. Nakrycia były gotowe, a jedzenia było w bród. Po mojej lewej i prawej, wzdłuż blatu siedzieli inni biesiadnicy.
  - A więc powiedzcie mi panie Huxley, czy zauważyliście coś dziwnego w dziewczynie? – hrabia zadał pytanie ze złotym kielichem przy ustach.
  - Prócz tego, że jest wampirzycą i że mnie o tym nie raczyliście poinformować, to nie bardzo. – odpowiedziałem zaczepnie.
  - Cóż, nie chciałem wam psuć zabawy. – odpowiedział z uśmiechem.
  - Na co wam ona? Wampirzyca, z wolną wolą? Macie zamiar prowadzić na niej jakieś… badania? – spytałem z zaciekawieniem.
  - Nie. Po prostu… lubię gdy moje zguby do mnie wracają. – uśmiechnął się znów, a jego warga odsłoniła długie, ostre kły.
  Spojrzałem na biesiadników. Każdy z nich miał szaty, które dobrze zakrywały szyje. Niewolnicy. Potem spojrzałem w lustro na miejsce gdzie siedział hrabia. Brak odbicia.
  - Hm… czyli jednak mistrzowie wampirów nie mają odbicia w lustrze. Ciekawe jak układasz sobie fryzurę?
  - Mam od tego służbę. – wzniósł kielich w moją stronę.
  - Mówisz, że to twoja zguba, ale przecież nie jest niewolnicą, jak Ci tutaj. – wskazałem na kompanię która z nami przebywała.
  - Widzisz, po prostu ktoś przerwał nam zabawę i musiałem, czmychnąć z miejsca przemiany.
  - Wieśniacy…
  - Jeśli by się dowiedzieli, kim jestem naprawdę, przysłali by tu jakiegoś Łowcę, albo poinformowali Biuro Spraw Magicznych, a Ci wysłali by tu zastęp Szkolonych w celu mnie ujęcia, bądź eliminacji.
  - No tak, patowa sytuacja. – upiłem kolejny łyk. – To gdzie moja zapłata?
  - Chyba nie sądzicie, że wam zapłacę?
  - Właśnie tak sądziłem.
  - Niestety nie mogę was stąd puścić. Wiecie kim jestem. – pochłonął kawałem półkrwistego steka. – Koniec biadolenia, czas na danie główne. – znów klasnął w ręce, a służba wniosła do pomieszczenia Lenę, przywiązaną do drewnianej platformy. Dźwignąłem się do pionu, oczy wszystkich skierowały się na mnie.
  - Chyba jednak będę Cię musiał załatwić. – dobyłem Bolta i oddałem 4 strzały w kierunku hrabiego, bynajmniej nie mierząc w niego. Hrabia jednakże odczytał to jako atak na własną osobę, co też chciałem, żeby zrobił. W mgnieniu oka znalazł się po mojej prawe, a gdy chciałem przywalić mu rękojeścią Bolta, zablokował mój cios, wyprowadziła własny, mierząc w moje żebra, a następny powędrował na moją prawą kość jarzmową. Gdy siła ciosu obróciła mnie do niego plecami, kopnął mnie z taką mocą, że przywaliłem o ścianę i odbiłem się od niej, padając na glebę i wypuszczając Bolta.
  Doskoczył do mnie i chwycił mnie za włosy, unosząc mą głowę z posadzki i odsłaniając dostęp do szyi.
  - Tyle woli walki w Tobie czuję. Twoja krew będzie musiała smakować wybornie. – rozszerzył szczęki odsłaniając potężne kły.
  - Nie byłbym taki pewny tego posiłku. – na chwilę wypełzło na jego twarz zdziwienie. – Spójrz za siebie. – jego wzrok powędrował w tamtą stronę i napotkał nagą Lenę.
  - Teraz moje kolej wyssania z Ciebie życia. – po tym zdaniu, doskoczyła do jego szyi i wpiła się w nią potężnie. Chwyt hrabiego ustąpił, zawył z bólu, a ja dopadłem Bolta i wpakowałem mu lufę w usta.
  - A teraz poczujesz bardzo elektryzujący smak. – i pociągnąłem za spust. Czaszkę hrabiego rozerwało na kawałki, ochlapując wszystko wokół.
  Jego niewolnicy, zasiadający przy stole, poczęli nagle się szamotać. Zauważyłem jak stopniowo zmieniają się w przeżarte czasem truchła, aż do pyłu.
  - A więc to koniec. Teraz jesteś już naprawdę wolna. Klątwa… już na Tobie nie ciąży dziewczyno… jesteś wolna.

V

  Cały zamek przeszukałem w poszukiwaniu zapłaty za robotę. Znalazłem zapłatę i to z ogromną nadwyżką. Truchło hrabiego, jak i samą budowlę, spaliłem, nie pozostawiając kamienia na kamieniu.
  Pamięć dziewczyny wróciła, więc opowiedziała mi, że urodziła się w 1712 roku w pobliskiej wiosce, więc nie było szans, że ktokolwiek z jej rodziny jeszcze żył. Złożyłem jej propozycję dołączenia do mnie w moich wyprawach. Zgodziła się.
  Takim też sposobem zdobyłem sobie zacną towarzyszkę wojaży i dodatkowo naprawdę kształtną partnerkę. W dodatku biegłą w sztukach miłosnych o czym miałem okazję się nieraz przekonać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz