wtorek, 2 kwietnia 2013

Zakochany

I

  Zobaczyłem, że drzwi do komnaty są uchylone. Podszedłem bliżej, zaciekawiony dobywającymi się z wewnątrz dźwiękami. Gdy spojrzałem do środka pomieszczenia, zobaczyłem nagą królową leżącą na swym łożu. Ciało miała, jakby niebiosa wydały je bezpośrednio na ten padół łez. Zabawiała się nim. Patrzyłem na tą scenę z pożądaniem w umyśle… no i mym chuju. Czułem, jakbym miał w spodniach nie miękką na co dzień tkankę, ale sztywnego drąga, który próbuje się przebić przez materiał. Siłą rzeczy, zacząłem robić sobie dobrze. Na korytarzu. W zamku zleceniodawcy, który to właśnie zabawiał się na łóżku na mych oczach.
  Podnietę podniósł mi fakt, że na łóżko wpełzła służka, którą wczoraj zaliczyłem.
  Wpełzła na moją zleceniodawczynię i jedną ręką chwyciła ją za lewą pierś, ustami oplotła prawą, a drugą ręką zaczęła masturbować królową.
  Na robieniu sobie dobrze, do tej sceny, przyłapała mnie jakaś starsza służka. Zdziwienie z jej twarzy szybko uciekło, gdy złapałem ją za gardło i dobiłem do ściany. Potem podciągnąłem jej suknię i zatopiłem fiuta w jej pochwie. Nie powiem, uczucie które towarzyszyło mnie, gdy bzykałem służkę, podczas gdy królowa także się „kochała”, było chyba najlepszym, jakie do tej pory odczułem. Jeszcze lepsze było to, że udało mnie się dojść razem ze służką.
  - O tym… incydencie… ani słowa. – skierowałem do niej słowa po zakończonym stosunku.
  - Nie macie się czym martwić, panie. – poprawiła swój uniform, skierowała wzrok na mnie, oplotła ramionami moją szyję i złożyła niesamowicie ostry pocałunek. – Mam tylko nadzieję, że w najbliższym czasie to powtórzymy. – puściła do mnie oczko i odeszła, smakowicie kręcąc lędźwiami.
  Zastanawiałem się, czy królowa cokolwiek usłyszała, ale biorąc pod uwagę jej jęki, raczej było to wątpliwe.

II

  Dnia następnego, obudziłem się po południu. Dokładniej rzecz biorąc coś koło 14. A przynajmniej tak wskazywał mój chronometr.
  Pierwsze co zrobiłem, to udałem się do kuchni, ażeby zapchać pustkę, którą mój żołądek tylko świecił. Kucharz przygotował na szybko mięso z antylopy górskiej. Na szybko nie było może tak wykwintne jak w pełnoprawnym posiłku, ale i tak w tłumie uszło. Ważne, żeby nie być głodnym, bo gdy człek głodny, to człek zły.
  Po śniadanku udałem się w poszukiwaniu mojej zleceniodawczyni. Znalazłem ją (jak zawsze z resztą) na małym, z racji, że to zamek letniskowy, dziedzińcu pokrytym trawnikiem. Siedziała na brzegu fontanny, bazgrając coś w tym swoim tomiszczu. Prawdopodobnie kolejny poemat. Oddawała się tej czynności z zegarmistrzowską precyzją. Każdego dnia, odkąd tu byłem, o tej samej porze, przychodziła nad tą fontanienkę z kilkoma arkuszami papieru i tworzyła.
  Była ubrana dość swobodnie. Biała koszula z podwiniętymi rękawami, niebieska spódnica i skórzane brązowe buty na obcasie z wysoką cholewą, sięgającą pewnikiem do kolan, jednakże tego nie byłem zdolny zweryfikować.
  - Jak się dziś czujecie, o pani ma? – pytanie zadałem, wykonując lekki ukłon.
  - Przyjemne, panie Huxley. Prosiłabym, żeby jednak nie zwracał się pan tak do mnie. Strasznie staro się przez to czuję. – odpowiedziała z wyrzutem.
  - A więc w jaki sposób winnym Cię tytułować, o pani?
- Wiesz jak. Powtarzałam to za każdym razem, gdy się do mnie zwracasz w ten sposób. Jednakże Ty w swej upartości, wciąż pozostajesz przy oficjalnym tonie.
  - No dobrze… Eleno. – odpowiedziałem, a na jej twarz ponownie wpełz uśmiech, sprawiając, że jej twarz wydała mnie się w tymże momencie, najpiękniejszym obiektem w całym znanym mnie świecie. 
  - Mam do ciebie pytanie, jeśli mogę oczywiście.
  - Wal śmiało dziewczyno.
  - Hm… nie spodziewałam się takiej aprobaty z twojej strony. – uśmiechnęła się jeszcze szczerzej. – Dobrze, to chciałam zapytać, czy dasz radę mnie obronić?
  - Ależ pytanie… Inaczej bym się nie zgłosił do tej roboty. Uważasz, że twoi gwardziści nie dadzą rady zagrożeniu, nieważnie jakie by nie było, więc wynajęłaś mnie. Oczywiście po przeczytaniu i wyegzekwowaniu moich umiejętności. Aczkolwiek nasłanie na mnie zabójców, było ciosem poniżej pasa. – spojrzałem na nią z lekkim wyrzutem, ale też uśmiechem sympatii. Mimo swego młodego wieku, siedziała przede mną dojrzała kobieta, która w przypadek raczej nie wierzyła. A przynajmniej tak wnioskowałem, po jej dotychczasowych działaniach względem mej osoby. – Więc co by to nie było, dam radę Cię obronić.
  - A w jaki sposób zamierzasz to zrobić?
  - No cóż. W najlepszy znany mnie sposób. Pozabijam ich wszystkich. – uśmiechnąłem się szczerze.
  Królowa zdawała się nie podzielać mej radości. Widać dla niej takie metody zdawały się zbyt barbarzyńskie w swej prostocie.
  - A nie lepiej byłoby… nie wiem. Zatrzymać ich do przesłuchania?
  - Jeśli to będzie organizacja, to naślą na Ciebie najprawdopodobniej wyszkolonych, oddanych całkowicie sprawie, żołnierzy. Tacy zazwyczaj noszą przy sobie zestawy samobójcze w postaci pigułek ukrytych w zębach, bądź innym szybko dostępnym miejscu. Mogą też oczywiście po prostu przekupić jakąś służkę, w celu dodania trucizny do twojego posiłku. To już dało by mnie jakieś szanse przesłuchania, ale nie wiem czy byś się zgodziła, bo wielkim prawdopodobieństwem służka z życiem by z tego nie wyszła.
  - No cóż, sama na siebie wyrok by podpisała. O ile oczywiście się taka znajdzie… - odpowiedziała z lekką nutą niepewności. – Jednakże nie pochwalam zabijania. Wydaje mi się ono… zbyt staromodne. Rozumiecie, panie Huxley?
  - Ta. Rozumiem. Zastanawiam się tylko w jaki sposób, będąc tylko dobrą dla ludu, udało Ci się utrzymać władzę po swym ojcu?
  - Od dzieciństwa uważałam, że marchewka jest lepsza od kija. – znów uśmiech na jej twarzy. – Daj ludziom to czego chcą, a popełzną za Tobą, niczym owce za pasterzem, na nowe pastwisko. Oczywiście nie dawaj im wszystkiego, bo się za bardzo rozochocą.
  - Więc dałaś im… ile? Połowę tego czego żądali?
  - Trochę mniej, ale i tak wystarczyło. Lepsze to, niż nasyłanie na nich żołnierzy. Nie sądzisz? – spojrzała na mnie lekko karcącym wzrokiem. Wiedziałem o co jej chodziło. Wszystko było w mojej kartotece, która teraz tkwiła gdzieś w bibliotece zatrudnionych.
  - Ta. Może to i lepsze.
  I wtedy usłyszałam za murami dźwięki pikietowania. Wbiegłem na prędce na mur i wyjrzałem z zań.  Jakieś 20 metrów od murów, ustawili się mieszkańcy pobliskiego miasteczka. Królowa dołączyła, żeby obserwować ten spektakl. Sądziłem, że spodoba się jej to, co zaraz miałem zamiar pokazać. Wyciągnąłem fiuta, chwyciłem ją za głowę i zmusiłem żeby mnie go obciągnęła. Żartowałem. Tak naprawdę kazałem kapitanowi Gwardii ustawić przed wrotami 30 chłopa w dwóch rzędach i uzbroić ich w broń do rozpędzania tłuszczy.
  Gdy już to zrobili, wyszedłem przed tłum, podchodząc do pierwszego jegomościa, który wyglądał na najbardziej rozgarniętego. Był on w wieku około 40 lat, jednakże z dobrze zarysowaną siwizną i długą po klatkę piersiową, brodą.
  - Cóż się dzieje, że wy niesforne gbury, drapiąc z litości mózgownice swe, chcecie powiększyć swe strupy?
  - Zawsze dostajemy wasze dobre słowo.
  - Kto by wam dobre słowo dał, ten by był pochlebcą niższym nad wszelką pogardę. – to skierowałem do niego. - Czegóż wy chcecie trutnie, co ani wojny, ani pokoju nie lubicie. Jedno was straszy, drugie uzuchwala. Kto wam zaufa, ten zamiast lwów znaleźć, znajdzie zające. Zamiast lisów, gęsi. Kto na cześć zasłużył, ten zasługuje na waszą nienawiść. – to skierowałem do wszystkich, a potem powoli przemaszerowałem od jednego końca zebranych, do drugiego, kontynuując monolog. – Niech wam kat świeci. Wamże zaufać?  Zmieniacie zdanie z każdą chwilą. Szlachetnym zwiecie tego co był nienawistnym, nikczemnym tego, co był ozdobą waszą. Cóż to znaczy, że się tu wyszczekujecie na królową, która was trzyma w swych opiekuńczych karbach, ażebyście się sami nie pożarli. – zatrzymałem się przed „przywódcą”. - Precz. Wracajcie do domów, wy… nieszczęśni krzykacze. – odwróciłem się na pięcie i podszedłem do kapitana. – Jeśli ruszą na was, rozpędzić ich tak, żeby się za nimi kurzyło. – odwróciłem lico na przybyszy. – Może to ich czegoś nauczy.
  - Rozkaz panie.
  Klepnąłem go porozumiewawczo w ramię i udałem się z powrotem do królowej.
  - Odchodzą. Nie sądziłam, że potrafisz przemówić ludziom do rozsądku. – odpowiedziała uśmiechając się.
  - Jeszcze wielu rzeczy o mnie nie wiesz, o pani. Wybacz… – podniosłem rękę w geście korekty. – Eleno. – uśmiechnąłem się lekko.
  - Mam dziwne wrażenie, że robisz to celowo, żeby mnie poddenerwować.
  - Nie śmiałbym. Po prostu… nie przywykłem do zwracania się do mych pracodawców i mocodawców per „Ty”. – ukłoniłem się lekko.
  - Hm… podoba Ci się spożyć małą wieczerzę, żołnierzu?
  - Nie odmówię. Z rzadka zdarzało mnie się spożywać posiłki przy boku zleceniodawcy, który w dodatku jest tak urodziwą kobietą.  – uśmiechnęła się i poprawiła ułożenie włosów, zagarniając je za ucho. Zawsze gdy zdarzyło mnie się powiedzieć coś, co w swym zamierzeniu miało być komplementem, wykonywała ten właśnie ruch. Widać, niezbyt wiele dobrych słów o sobie usłyszała, gdy młodą jeszcze była panną.
  Posiłek spożyliśmy w kuchni, jakbyśmy byli starymi przyjaciółmi, co tu żyli od dawien dawna. Oczywiście śmiechy, chichy, ale swoją robotę wykonywałem. Czujnym musiałem być, bo nawet tu zabójcy mogli się kryć. Swoją drogą zastanawiałem się, kto by chciał śmierci takiej osoby jak Elena. Dobrą dla ludu była, wojen krwawych nie prowadziła. Polityka jej opierała się na szczerości i prawdomówności. I może o to właśnie chodziło. Że taka dobra dla ludu była. W jej królestwie ludzie mieli wiele, ale w innych, władcy z pogardą patrzyli na lud pracujący i niższej klasy społecznej. Trochę jak ja. Tyle, że tamci mieli władzę i tabuny żołnierzy na swych usługach, a ja… ja co najwyżej kurtyzanę z dobrego domu uciech (jakoś nigdy nie lubiłem nazwy „burdel”).
  - Opowiedz mi coś o sobie. – z zamyślenia wyrwało mnie pytanie Eleny.
  - Coś o sobie?
  - Nie no skądże znowuż. Pytając, żebyś powiedział mi coś o sobie, chodziło mi, żebyś opowiedział coś o Gigantach z Doliny. – minę miała lekko naburmuszoną. Uśmiechnąłem się tylko lekko.
  - No cóż. Jak sama nazwa wskazuje są to Giganty. I w dodatku z Doliny. – uśmiechnąłem się szerzej. Ona tylko uderzyła mnie lekko w ramię.
  - Przestań się ze mną drażnić!
  - Wybacz Eleno, ale taki mam już sposób okazywania sympatii. – uśmiech nadal nie schodził mnie z twarzy.
  - Aha. Hm… trochę jak mój stary druh, co odszedł stąd niedawnymi czasy.
  - Umarł jak domniemam?
  - Tak… niestety. – jej twarz spochmurniała. Żeby nie wpędzić jej w depresję z tym związaną, postanowiłem przejść do streszczenia mego życiorysu.
  - Cóż. Urodziłem się 5 lipca roku 1877, w małej wiosce daleko na wschodzie. Zwała się Taleyini, co na mowę powszechną, a więc także twoją, można przetłumaczyć jako Przeznaczenie. Co? Nie patrz tak na mnie, ja tej nazwy nie stworzyłem. – łyknąłem trochę wina. - Moja matka zmarła, wydając mnie na ten padół łez. Wydała też na świat jeszcze 3 inne istoty. Mych dwóch braci, którzy „Polegli za Ojczyznę w wojnie z najeźdźcami synu”, jak to zwykł mawiać mój staruszek. Co najlepsze, zawsze w ten sam, patetyczny sposób. Nudnawe to się z czasem zrobiło. No ale na mnie wpływ miało niemały, bo gdym młodym jeszcze i nieopierzonym dzieciuchem był, postanowiłem iść w ich, ojca i jego ojca, generała swoją drogą, ślady i zostałem żołnierzem. Dobra, ale wracając do tematu. Była jeszcze ma siostra. Najmłodsza spośród rodzeństwa, pókim ja się nie zjawił. Czy piękna była, czy też nie, ocenę pozostawiam Tobie, bo jak wyglądam, widzisz.
  - Nie powiem, rysy twarzy delikatne masz, więc nie kłują w oczy. Zgaduję zatem, że siostra twa należała raczej do kobiet, które na swoją urodę mogły porwać niejednego mężczyznę… albo kobietę. – wzięła kęs mięsa.
  - Wielkie dzięki za takie mnie podsumowanie. – odparłem ironicznie. – A więc, gdy osiągnąłem 15 wiek mego życia, wstąpiłem w szeregi armii. Siostra płakała, że już mnie z pewnością więcej nie ujrzy i po części miała rację, a ojciec choć nic nie mówił, to wiedziałem, że duma rozpiera mu klatkę piersiową. Tam też poczułem, że wreszcie znalazłem sens życia. A próbowałem wielu jego dyscyplin. Przez chwilę, tuż przed tym jak wstąpiłem do służby, byłem fahise. – pytający wyraz na twarzy Eleny. – O, tak zapomniałem… em… u was zwie to się, o ile się nie mylę, żegolakiem?
  - Żigolakiem?
  - O właśnie, o to słowo mnie chodziło. No, tak więc byłem w wojsku. Po jakichś 4 latach i jednej dość długiej wojnie, na której mój pluton stracił 3/4 stanu osobowego, oczywiście mężnie odpierając atak wroga, na skrawku nic nie wartej ziemi, zwanej Sehra, odwiedził nas pewien kapitan z jednostek specjalnych, proponując nam wstąpienie w ich szeregi. Tak więc z propozycji skorzystaliśmy. Zastanawiałem się tylko dlaczego. Czemu do rozbitego plutonu, który siłą rzeczy musi zostać rozwiązany, przysłali kapitana z taką propozycją? Jak się później okazało, nasz pluton, zwykłe trepy, wcale nie tak znowuż jakoś zajebiście przeszkoleni, rozbił pluton specjalsów przeciwnika. Widać komuś wyżej się to spodobało. Tak więc od tamtej pory służyłem jeszcze 6 lat z czego w 4 awansowałem do rangi porucznika, wykonując najbrudniejsze roboty, tak żeby łapki ojczyzny, mogły pozostać czyste.
  - To dlaczego już nie służysz? – wyraźnie zaciekawienie.
  - Mógłbym Ci ściemnić, że po prostu wolałem być sobie panem i tak dalej, ale prawda jest bardziej prozaiczna. Trafiłem pod sąd wojenny i zostałem wydalony. Okazało się, że ostatnia robota którą wykonaliśmy, nie spodobała się tym z samej góry. Ale, że powodu, żebym razem ze swoją ekipą zawisnął na stryczku nie było, to puścili nas wolno. Nie był to raczej najlepszy ruch z ich strony.
  - A więc co robiłeś przez te 5 lat, do teraz?
  - Dokładnie to samo co teraz. Najmowałem się u coraz to różniejszych zleceniodawców. Niektórych bez oporów nazwałabyś ludzkimi ścierwami, innych dobroczyńcami i zbawicielami świata, znowuż innych dewiantami, ale ze zdrowym poczuciem „moralności” etc. etc. Jak to się mówi, punk widzenia, zależy od punku siedzenia.
  - Hm… czyli widzę, że historia twego życia, jest dość prostolinijna. – wzięła łyka soku.
  - Jak każdego żołnierza. Nie mamy nic do zaoferowania, prócz własnej broni i usług. Płacisz, wskazujesz nam zadanie, a my je wykonujemy.
  - Tyle w teorii.
  - Otóż nie. Dokładnie tyle samo teorii co i praktyki. Zapłacisz najemnikowi, a on wykona zadanie, choćby miał sczeznąć, bo nic innego, prócz późniejszych zabaw za zarobione złoto, go nie czeka. Nie ma żadnej żonki czekającej z gorącym obiadem. Żadnych dzieci, które byłyby do uściskania i zabawy. Nie ma niczego. Jesteśmy my, zadanie i płaca. A kto płaci więcej, na tego usługach jesteśmy. – wychyliłem kielich do końca i dolałem soku sobie i królowej. Popatrzyła w kielich i odstawiła go. Potem wstała od stołu i odeszła. Ja również się zerwałem, zabierając jednakże talerz z jadłem ze sobą, a butelkę soku upychając za pasem.
  - Królowo! Czekaj! – podbiegłem, żeby wyrównać krok. – Dokąd tak zmierzasz moja pani?
  - Mówiłam Ci, że masz mnie tak nie nazywać! – wyszła z korytarza na dziedziniec, podchodząc znów do fontanienki. 
  - Cóż się stało, że się tak zerwałaś od stołu?
  - Powiedziałeś, że kto płaci więcej, ten was ma na swych usługach. A gdyby zamachowcy złożyli Ci lepszą propozycje niż ja, to odwróciłbyś się do mnie plecami i mnie wykończył? – zadając to pytanie nadal patrzyła w taflę wody.
  - Nie złożą mnie takiej propozycji.
  - Skąd ta pewność? – tym razem obróciła na mnie swój wzrok.
  - Ponieważ zatruli napój, który nam podano.
  Na jej lico wystąpiło lekkie przerażenie.
  - Nie masz się czego obawiać pani. Jesteś całkowicie bezpieczna. Dzięki temu. – z kieszeni wyciągnąłem fiolkę opróżnioną do połowy. – Nazywam ten specyfik „Wykrywaczem i Odtrucicielem”. Nie będę wymieniał wszystkich ziół z jakich się składa, bo za dużo czasu by to zajęło. W każdym razie, jesteś bezpieczna.
  - Wiesz kto to zrobił?
  - Oczywiście, że tak. Inaczej teraz leżałabyś martwa na podłodze w kuchni, z objawami wskazującymi na śmieć serca. A przynajmniej tak stwierdziłby Wiedzący. – uśmiechnąłem się do niej, a ona się do mnie przytuliła. Gładziłem ją po głowie i plecach i szeptałem do ucha, że nie ma się czego obawiać, tak długo jak przy niej będę. Wtedy podniosła głowę i złożyła pocałunek na mych ustach. Ale ten był inny niż wszystkie, które do tej pory zaznałem. Był namiętny, ale… pełen uczucia. Miłości? Zakochania? Tego nie byłem w stanie stwierdzić.
  Nie wiem ile się całowaliśmy, ale miałem wrażenie jakby czas zwolnił 100 krotnie. Potem oderwałem się od jej ust, a ona szepnęła mnie do ucha: „Kocham Cię”. Wtedy to poczułem. Serce przyspieszyło bicie, w klatce poczułem ciepło, które rozprzestrzeniło się na całe ciało, a umysł ogarnął spokój, jakiego nie czułem od wielu wielu lat. I nagle zrozumiałem. Stało się to dla mnie jasne, dlaczego czułem się tak dziwnie przez cały okres bytowania tutaj. Po prostu się kurwa zakochałem. Najemnik w królowej… Matko… jak w jakiejś taniej baśni dla pospólstwa…
  Zanim zdążyłem pomyśleć, odpowiedziałem w odruchu: „Ja Ciebie też”. Wtedy się uśmiechnęła, a z jej wzroku biło szczęście. Uwiesiła się na mej szyi i złożyła kolejny płomienisty pocałunek. Powstrzymywać się nie chciałem, więc i tego nie robiłem.
  Oczywiście siłą rzeczy, skończyło się to wszystko w łożu. Powiem wam, że do tej pory kochałem się tak tylko z jedną kobietą. Reszta stosunków to było po prostu rżnięcie i gwałty.

III

  Następnego dnia z rana, na mój rozkaz, gwardziści zamknęli w celi kucharza. Przesłuchanie go zajęło mnie niespełna godzinę. Zaczął śpiewać jak kanarek górski w okresie godowym, gdy tylko wyłożyłem mu, jakim torturom mam zamiar go poddać, jeśli nie zacznie współpracować.
  Z informacji, które udało mnie się uzyskać, wynikało, że informację dostał listem, który wręczyła mu dziewczynka na rynku w sąsiadującym miasteczku. W liście znajdowało się miejsce spotkania w którym otrzyma zapłatę, po udanym zamachu , a także instrukcja przygotowania trucizny razem, ze składnikami. Była to popularna metoda jednostek szpiegowskich, w której to metodzie, sam byłem szkolony. Żadnych powiązań ze zleceniodawcą. Poinstruowałem zatem Wiedzącego, żeby wypisał wiarygodny i zgodny z działaniem trucizny akt zgonu, a Obwieszczającego o przekazanie informacji o śmierci królowej, na dziedzińcu w miasteczku. Tak też zrobiono. Kucharza puściłem jako wabik i oczywiście kazałem śledzić, ale nie ludziom królowej, tylko bardziej zaufanej grupie zawodowej. Kurtyzanom. Na nie zawsze można było liczyć.
  W 3 dni później, kucharz otrzymał instrukcje odebrania zapłaty. Nadal się nie wtranżalałem i zostawiłem wszystko pod czujnym okiem pań. Oczywiście na miejscu była tylko koperta z zapłatą (i to całkiem solidną jak na takiego kucharzyka) i pisemnym podziękowaniem, za dobrze wykonaną robotę. Kopertę oczywiście kazałem sprawdzić pod każdym kątem Wiedzącemu. 
  Po kolejnym dniu, który upłynął mu na pracy, Wiedzący dał radę wykryć, słabą, bo słabą, ale Aurę. Tak też udałem się na miejsce dostarczenia koperty z przyrządami, do wyostrzenia i wzmocnienia Aury i udało mnie się, niczym po nitce do kłębka, dojść do biura detektywa, które oczywiście było już opuszczone. Jednakże opuszczone, nie znaczy zabezpieczone. Tak też, dzięki swym genialnym działaniom, udało mnie się odnaleźć i scharakteryzować źródło Aury. Były to po prostu Wrota. Tak też posyłając po Wiedzącego, udało nam się otworzyć je z powrotem na tyle długo, co bym mógł przez nie się przedostać.
  - Nie wiem co tam napotkam, więc jeśli za 3 godziny otworzysz portal i się nie pokażę ponownie, uznajcie mnie za martwego i za cholerę nie wysyłaj nikogo, żeby sprawdził, czy rzeczywiście poległem. Za to badaj dalej źródło i dopadnij kogokolwiek za to odpowiedzialnego. – gdy przekroczyłem próg bramy jedną nogą, odwróciłem się jeszcze na chwilę. – I chroń królową, jak swojego pierdolonego oka w głowie. Zrozumiano? – kiwnął tylko głową na potwierdzenie.
  Wskoczyłem dalej w bramę i pochłonęło mnie światło. Światło tak zimne, że oddech zamieniało w płatki śniegu.  Śmiałem się jednakże, bo Wiedzący miał tylko jedno oko, więc moje ostatnie zdanie, było niesamowicie ironiczne jak dla mnie. Potem Wrota się otworzyły i upadłem na posadzkę z kamienia. Nic za bardzo nie czułem, wzrok był rozmazany, a moja motoryczność spadła do poziomu świeżego trupa. Tak też tam leżałem, nie mam pojęcia ile. Potem dobyłem Bolta, dźwignąłem się na kolana i zlustrowałem pomieszczenie. Było całkowicie puste, a jedynym źródłem światła było małe, zakratowane okienko. Gdy ustawiłem się już do pionu, zwymiotowałem. Podróże przez Wrota, ze słabym połączeniem, nie były dobrze odbierane przez mój żołądek.
  Pomieszczenie zlustrowałem jeszcze raz w poszukiwaniu drzwi, ale żadnych nie znalazłem. – W takim razie muszą być ukryte Jonah. Czas ich poszukać leniwy skurwielu. – powiedziałem sam do siebie i zacząłem szukać ukrytej dźwigni. Żadnej nie znalazłem, za to opukując ściany, usłyszałem różnicę dźwięku. Wiedziałem już, którą ścianę wysadzić. Problem był taki, że przeciwnik, kimkolwiek by nie był, wiedział już o mojej obecność. Pewnikiem od momentu jak zjawiłem się w ściemnianym biurze detektywa. A może jeszcze wcześniej. W każdym razie nie było co tracić czasu. Wepchnąłem w szczelinę między kamieniami zwój eksplozywny i podpaliłem lont. Potem ustawiłem się w dystalnym kącie tejże ściany, która zostanie za chwilę wysadzona. 
  Nastąpiła eksplozja, a wzrost ciśnienia mnie ogłuszył, ale nie rozerwał bębenków. Na szczęście. Wychylając się lekko przez powstałą dziurę, dojrzałem jedynie korytarz. Hm… zupełni bez skapy, że to pułapka. Pewnie i tak aktywuje się dopiero, gdy jakieś żywe stworzenie się w nim znajdzie. No ale co tam, raz się żyje. Tak więc trzymając broń przed sobą, mierząc przez cały czas w odległe drzwi, wszedłem do korytarza, ale nic się nie aktywowało. Tym lepiej dla mnie. Podszedłem do drzwi, ale za klamkę nie chwyciłem. Od razu bez ceregieli zrobiłem wjazd z buta i rzucając się do przodu, wykonując obrót przez ramię, wpadłem do pomieszczenia, błyskawicznie je lustrując. Lufa Bolta zatrzymała się na chudym jegomościu w czarnym uniformie maga Bractwa, siedzącego przy jedynym źródle światła w tym pomieszczeniu, a była nim lampka umieszczona na dębowym stole.
  - A wiec, jednak mnie dopadliście. Gratulacje. – głos strasznie stary i zniszczony. Zupełnie jak dźwięk wydobywający się z gramofonu, gdy igła wypadnie z rowka płyty. – Zgaduję też, że śmierć królowej, jeśli tu jesteś, to było małe-duże oszustwo?
  - A jak myślisz?
  - Dokładnie tak myślę. – przeciągnął się, aż coś chrupnęło w kręgosłupie. Potem odwrócił na mnie swą twarz, która była chuda i równie zniszczona, jak głos właściciela. Sędziwego właściciela.
  Zobaczyłem, że w prawej ręce dzierży zwój. Pewnikiem detonacyjny.
  - Jak widzisz, nie możesz mnie zabić, bo i ty zginiesz. – pewność w głosie.
  - Nie byłbym tego taki pewien. Jak można wywnioskować, nie jestem zwykłym żołnierzem. – uśmiechnąłem się lekko pod nosem. I przestawiłem Bolta z Błyskawic, na Elektromagnetyzm. W tym wypadku musiałem być precyzyjny, a to zapewnią mnie tylko stalowe pociski, wystrzelone z niezłą prędkością. – Po coś to chciał zrobić? Zabić ją? Kto jest twoim mocodawcą?
  Zaśmiał się tylko. – Nie mam mocodawców chłopcze. Nie jestem jak ty, psie wojny. – powiedział to z wyraźną pogardą, ale już się do takich wyzwisk przyzwyczaiłem. – Sam jestem sobie panem i władcą.
  - No cóż, to ułatwia mnie zadanie. Po coś to zrobił? Jaki władca Ci kazał?
  - Nie słyszałeś co mówiłem? Sam jestem sobie panem. Myślisz, że którykolwiek byłby na tyle głupi, żeby zabić Królową Dobroci? Jej ludność ją kocha. Jasne, że zdarzają się pomniejsze przypadki niezadowolenia, ale to przez to, że są rozochoceni jej dobrocią. Daj psu palec, a odgryzie całą rękę. Wiesz jak to jest z ludźmi, zawsze chcą więcej. Jeśli by który władca podjął się zabójstwa, jej ludność zaraz by się domagała wojny, a z racji, że jej królestwo największym w okolicy jest, to żaden nie będzie na tyle głupi.
  - To czemuś chciał ją otruć?
  - Ponieważ wojna sprzyja mi w interesach, żołnierzyku.
  - Jesteś handlarzem bronią? Nie… nie bronią. Magią. Zwoje i cały ten szajs. Mylę się?
  - Heh. Jak na żołnierza, to całkiem pojętny z ciebie człek.
  Uśmiechnąłem się tylko, a on chwycił za sakwę, leżącą na stole i rzucił mnie ją pod nogi. Usłyszałem dźwięk monet.
  - 8000 sztuk złota. O 2 więcej niż płaci Ci królowa. Weź to. W końcu jesteś najemnikiem, prawda? Natury nie pokonasz.
  - Chyba, że wpierdoli się miłość.
  - Że co?
  - Gówno. I tu cię mam. – uśmiechnąłem się szczerze, wycelowałem w najwyższy punkt szyi i pociągnąłem za spust.
  Głowa została dosłownie urwana, a ciało po chwili wahania, upadło z głuchym łoskotem, na kamienną posadzkę. Czerep upadł zaraz za nim. Podszedłem do trupa i wyciągnąłem z jego ręki zwój. Niebezpieczeństwo nadal istniało, bo skurcz pośmiertny się może w każdej chwili zjawić, a w tym momencie nie chciałbym zginąć za bardzo.
  Zanim jednakże miałem stąd wybyć i już nie wracać, wbiłem w czaszkę sprawcy Szpikulec, który dał mnie Wiedzący. Czekałem, aż lampka w rękojeści zażarzy się na zielono. Wtedy ją wyciągnąłem. A potem pozostało mnie czekanie, które umiliłem sobie przeszukując pomieszczenie w celu znalezienia jakiś innych wartościowych przedmiotów.

IV

  W 3 i trochę godziny później, bogatszy o 8000 sztuk złota i wioząc truchło maga-renegaty, znalazłem się powrotem w zamku.
  - Moja królowo, niebezpieczeństwo zażegnane, dzięki temu oto mężnemu wojownikowi. – Wiedzący, chyba lubił przesadzać, ale ja takich konwenansów nie znosiłem. Toteż po prostu podszedłem do królowej, ucałowałem ją w grzbiet ręki i spojrzałem jej głęboko w oczy. Potem mnie pocałowała.
  - Trzeba by ci ciepłej kąpieli, mój żołnierzu. – powiedziała do mnie, gładząc moje włosy.
  - Preferuję zimną, pani.
  - Dobrze, a więc niech będzie zimna. Przygotujcie kąpiel dla pana Huxley. – zwróciła się do lokaja, który natychmiast wykonał polecenie, poganiając służbę.

V

  Gdy brałem kąpiel, królowa zjawiła się, ubrana tylko w półprzezroczysty szlafrok. Wysunąłem się z wanny, utopiony w niej po samą szyję.
  - Chcesz czegoś konkretnego?
  - A jak myślisz? – pytanie zadała, rozwiązując sznur i zrzucając z siebie zbędny kawał materiału.
  Potem weszła do wanny, a zimna woda, wyraźnie dała jej się we znaki, przyspieszając oddech i wywołując reakcję pilomotoryczną. Dosiadła mnie okrakiem, a ja poczułem jak mój fiut zagłębia się w jej organizm, a piersi przyjemnie ocierają się o moje ciało. Pochyliła się nade mną i złożyła pocałunek, głęboki niczym doznania ostatniej spędzonej z nią nocy. Pamiętam, że tak też kończyliśmy. Kilka razy z rzędu. Królowa miała niesamowite rezerwy energii.
  Obudziłem się jeszcze przed świtem. Z ciężkim oddechem zerwałem się z łóżka. Siedząc na jego brzegu, spojrzałem na pasmo górskie, które znajdował się niespełna 10 kilometrów stąd. Widziałem łunę światła słonecznego, bijącą od szczytów pięknie ośnieżonych. Obróciłem się w stronę śpiącej nago Eleny. Pochyliłem się nad nią i złożyłem ostatni pocałunek na jej ustach. Potem ubrałem się i cicho wychodząc z pokoju, ruszyłem do magazynu po resztę swych manatek. Wliczając w to sowitą zapłatę, która powinna starczyć na minimum rok intensywnej balangi. Z resztą, praca się dla mnie zawsze znajdzie.
  Dlaczego nie zostałem z kobietą w której się zakochałem? No cóż. Po prostu nie mnie zaznać szczęścia na tym świecie. Zbyt dużo zbrodni popełniłem. Zbyt dużo żyć odebrałem. Życie najemnika to wędrówka. Od zlecenia do zlecenia. Z resztą wszystko wyjaśniłem jej w liście. Ta dziewczyna zasługuje na kogoś innego. Kogoś lepszego. I choć, może złamię jej serce, jak tylko się obudzi i zapozna się z treścią listu, to zrozumie mój czyn. Mam nadzieję...
  Kto wie, może jeszcze wiatry mnie przygnają w te strony, gdy znudzi mnie się wojaczka i tułaczka po tym świecie.  Kto wie…  



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz