I
Zobaczyłem, że drzwi do komnaty są uchylone. Podszedłem
bliżej, zaciekawiony dobywającymi się z wewnątrz dźwiękami. Gdy spojrzałem do
środka pomieszczenia, zobaczyłem nagą królową leżącą na swym łożu. Ciało miała,
jakby niebiosa wydały je bezpośrednio na ten padół łez. Zabawiała się nim.
Patrzyłem na tą scenę z pożądaniem w umyśle… no i mym chuju. Czułem, jakbym
miał w spodniach nie miękką na co dzień tkankę, ale sztywnego drąga, który
próbuje się przebić przez materiał. Siłą rzeczy, zacząłem robić sobie dobrze.
Na korytarzu. W zamku zleceniodawcy, który to właśnie zabawiał się na łóżku na
mych oczach.
Podnietę podniósł mi fakt, że na łóżko wpełzła służka, którą
wczoraj zaliczyłem.
Wpełzła na moją zleceniodawczynię i jedną ręką chwyciła ją
za lewą pierś, ustami oplotła prawą, a drugą ręką zaczęła masturbować królową.
Na robieniu sobie dobrze, do tej sceny, przyłapała mnie
jakaś starsza służka. Zdziwienie z jej twarzy szybko uciekło, gdy złapałem ją
za gardło i dobiłem do ściany. Potem podciągnąłem jej suknię i zatopiłem fiuta
w jej pochwie. Nie powiem, uczucie które towarzyszyło mnie, gdy bzykałem
służkę, podczas gdy królowa także się „kochała”, było chyba najlepszym, jakie
do tej pory odczułem. Jeszcze lepsze było to, że udało mnie się dojść razem ze
służką.
- O tym… incydencie…
ani słowa. – skierowałem do niej słowa po zakończonym stosunku.
- Nie macie się czym
martwić, panie. – poprawiła swój uniform, skierowała wzrok na mnie, oplotła
ramionami moją szyję i złożyła niesamowicie ostry pocałunek. – Mam tylko nadzieję, że w najbliższym czasie
to powtórzymy. – puściła do mnie oczko i odeszła, smakowicie kręcąc
lędźwiami.
Zastanawiałem się, czy królowa cokolwiek usłyszała, ale
biorąc pod uwagę jej jęki, raczej było to wątpliwe.
II
Dnia następnego, obudziłem się po południu. Dokładniej rzecz
biorąc coś koło 14. A przynajmniej tak wskazywał mój chronometr.
Pierwsze co zrobiłem, to udałem się do kuchni, ażeby zapchać
pustkę, którą mój żołądek tylko świecił. Kucharz przygotował na szybko mięso z
antylopy górskiej. Na szybko nie było może tak wykwintne jak w pełnoprawnym
posiłku, ale i tak w tłumie uszło. Ważne, żeby nie być głodnym, bo gdy człek
głodny, to człek zły.
Po śniadanku udałem się w poszukiwaniu mojej
zleceniodawczyni. Znalazłem ją (jak zawsze z resztą) na małym, z racji, że to
zamek letniskowy, dziedzińcu pokrytym trawnikiem. Siedziała na brzegu fontanny,
bazgrając coś w tym swoim tomiszczu. Prawdopodobnie kolejny poemat. Oddawała
się tej czynności z zegarmistrzowską precyzją. Każdego dnia, odkąd tu byłem, o
tej samej porze, przychodziła nad tą fontanienkę z kilkoma arkuszami papieru i
tworzyła.
Była ubrana dość swobodnie. Biała koszula z podwiniętymi
rękawami, niebieska spódnica i skórzane brązowe buty na obcasie z wysoką
cholewą, sięgającą pewnikiem do kolan, jednakże tego nie byłem zdolny
zweryfikować.
- Jak się dziś
czujecie, o pani ma? – pytanie zadałem, wykonując lekki ukłon.
- Przyjemne, panie
Huxley. Prosiłabym, żeby jednak nie zwracał się pan tak do mnie. Strasznie
staro się przez to czuję. – odpowiedziała z wyrzutem.
- A więc w jaki sposób
winnym Cię tytułować, o pani?
- Wiesz jak.
Powtarzałam to za każdym razem, gdy się do mnie zwracasz w ten sposób. Jednakże
Ty w swej upartości, wciąż pozostajesz przy oficjalnym tonie.
- No dobrze… Eleno. –
odpowiedziałem, a na jej twarz ponownie wpełz uśmiech, sprawiając, że jej twarz
wydała mnie się w tymże momencie, najpiękniejszym obiektem w całym znanym mnie
świecie.
- Mam do ciebie
pytanie, jeśli mogę oczywiście.
- Wal śmiało
dziewczyno.
- Hm… nie spodziewałam
się takiej aprobaty z twojej strony. – uśmiechnęła się jeszcze szczerzej. –
Dobrze, to chciałam zapytać, czy dasz
radę mnie obronić?
- Ależ pytanie…
Inaczej bym się nie zgłosił do tej roboty. Uważasz, że twoi gwardziści nie
dadzą rady zagrożeniu, nieważnie jakie by nie było, więc wynajęłaś mnie.
Oczywiście po przeczytaniu i wyegzekwowaniu moich umiejętności. Aczkolwiek
nasłanie na mnie zabójców, było ciosem poniżej pasa. – spojrzałem na nią z
lekkim wyrzutem, ale też uśmiechem sympatii. Mimo swego młodego wieku,
siedziała przede mną dojrzała kobieta, która w przypadek raczej nie wierzyła. A
przynajmniej tak wnioskowałem, po jej dotychczasowych działaniach względem mej
osoby. – Więc co by to nie było, dam radę
Cię obronić.
- A w jaki sposób
zamierzasz to zrobić?
- No cóż. W najlepszy
znany mnie sposób. Pozabijam ich wszystkich. – uśmiechnąłem się szczerze.
Królowa zdawała się nie podzielać mej radości. Widać dla
niej takie metody zdawały się zbyt barbarzyńskie w swej prostocie.
- A nie lepiej byłoby…
nie wiem. Zatrzymać ich do przesłuchania?
- Jeśli to będzie
organizacja, to naślą na Ciebie najprawdopodobniej wyszkolonych, oddanych
całkowicie sprawie, żołnierzy. Tacy zazwyczaj noszą przy sobie zestawy
samobójcze w postaci pigułek ukrytych w zębach, bądź innym szybko dostępnym
miejscu. Mogą też oczywiście po prostu przekupić jakąś służkę, w celu dodania
trucizny do twojego posiłku. To już dało by mnie jakieś szanse przesłuchania,
ale nie wiem czy byś się zgodziła, bo wielkim prawdopodobieństwem służka z
życiem by z tego nie wyszła.
- No cóż, sama na
siebie wyrok by podpisała. O ile oczywiście się taka znajdzie… -
odpowiedziała z lekką nutą niepewności. – Jednakże
nie pochwalam zabijania. Wydaje mi się ono… zbyt staromodne. Rozumiecie, panie
Huxley?
- Ta. Rozumiem.
Zastanawiam się tylko w jaki sposób, będąc tylko dobrą dla ludu, udało Ci się
utrzymać władzę po swym ojcu?
- Od dzieciństwa
uważałam, że marchewka jest lepsza od kija. – znów uśmiech na jej twarzy. –
Daj ludziom to czego chcą, a popełzną za
Tobą, niczym owce za pasterzem, na nowe pastwisko. Oczywiście nie dawaj im
wszystkiego, bo się za bardzo rozochocą.
- Więc dałaś im… ile?
Połowę tego czego żądali?
- Trochę mniej, ale i
tak wystarczyło. Lepsze to, niż nasyłanie na nich żołnierzy. Nie sądzisz? –
spojrzała na mnie lekko karcącym wzrokiem. Wiedziałem o co jej chodziło. Wszystko
było w mojej kartotece, która teraz tkwiła gdzieś w bibliotece zatrudnionych.
- Ta. Może to i
lepsze.
I wtedy usłyszałam za murami dźwięki pikietowania. Wbiegłem
na prędce na mur i wyjrzałem z zań.
Jakieś 20 metrów od murów, ustawili się mieszkańcy pobliskiego
miasteczka. Królowa dołączyła, żeby obserwować ten spektakl. Sądziłem, że
spodoba się jej to, co zaraz miałem zamiar pokazać. Wyciągnąłem fiuta,
chwyciłem ją za głowę i zmusiłem żeby mnie go obciągnęła. Żartowałem. Tak
naprawdę kazałem kapitanowi Gwardii ustawić przed wrotami 30 chłopa w dwóch
rzędach i uzbroić ich w broń do rozpędzania tłuszczy.
Gdy już to zrobili, wyszedłem przed tłum, podchodząc do
pierwszego jegomościa, który wyglądał na najbardziej rozgarniętego. Był on w
wieku około 40 lat, jednakże z dobrze zarysowaną siwizną i długą po klatkę
piersiową, brodą.
- Cóż się dzieje, że
wy niesforne gbury, drapiąc z litości mózgownice swe, chcecie powiększyć swe
strupy?
- Zawsze dostajemy
wasze dobre słowo.
- Kto by wam dobre
słowo dał, ten by był pochlebcą niższym nad wszelką pogardę. – to
skierowałem do niego. - Czegóż wy chcecie
trutnie, co ani wojny, ani pokoju nie lubicie. Jedno was straszy, drugie
uzuchwala. Kto wam zaufa, ten zamiast lwów znaleźć, znajdzie zające. Zamiast
lisów, gęsi. Kto na cześć zasłużył, ten zasługuje na waszą nienawiść. – to
skierowałem do wszystkich, a potem powoli przemaszerowałem od jednego końca
zebranych, do drugiego, kontynuując monolog. – Niech wam kat świeci. Wamże zaufać? Zmieniacie zdanie z każdą chwilą. Szlachetnym
zwiecie tego co był nienawistnym, nikczemnym tego, co był ozdobą waszą. Cóż to
znaczy, że się tu wyszczekujecie na królową, która was trzyma w swych
opiekuńczych karbach, ażebyście się sami nie pożarli. – zatrzymałem się
przed „przywódcą”. - Precz. Wracajcie do
domów, wy… nieszczęśni krzykacze. – odwróciłem się na pięcie i podszedłem
do kapitana. – Jeśli ruszą na was,
rozpędzić ich tak, żeby się za nimi kurzyło. – odwróciłem lico na
przybyszy. – Może to ich czegoś nauczy.
- Rozkaz panie.
Klepnąłem go porozumiewawczo w ramię i udałem się z powrotem
do królowej.
- Odchodzą. Nie
sądziłam, że potrafisz przemówić ludziom do rozsądku. – odpowiedziała
uśmiechając się.
- Jeszcze wielu rzeczy
o mnie nie wiesz, o pani. Wybacz… – podniosłem rękę w geście korekty. – Eleno. – uśmiechnąłem się lekko.
- Mam dziwne wrażenie,
że robisz to celowo, żeby mnie poddenerwować.
- Nie śmiałbym. Po
prostu… nie przywykłem do zwracania się do mych pracodawców i mocodawców per
„Ty”. – ukłoniłem się lekko.
- Hm… podoba Ci się
spożyć małą wieczerzę, żołnierzu?
- Nie odmówię. Z
rzadka zdarzało mnie się spożywać posiłki przy boku zleceniodawcy, który w
dodatku jest tak urodziwą kobietą. –
uśmiechnęła się i poprawiła ułożenie włosów, zagarniając je za ucho. Zawsze gdy
zdarzyło mnie się powiedzieć coś, co w swym zamierzeniu miało być komplementem,
wykonywała ten właśnie ruch. Widać, niezbyt wiele dobrych słów o sobie
usłyszała, gdy młodą jeszcze była panną.
Posiłek spożyliśmy w kuchni, jakbyśmy byli starymi
przyjaciółmi, co tu żyli od dawien dawna. Oczywiście śmiechy, chichy, ale swoją
robotę wykonywałem. Czujnym musiałem być, bo nawet tu zabójcy mogli się kryć. Swoją
drogą zastanawiałem się, kto by chciał śmierci takiej osoby jak Elena. Dobrą
dla ludu była, wojen krwawych nie prowadziła. Polityka jej opierała się na
szczerości i prawdomówności. I może o to właśnie chodziło. Że taka dobra dla
ludu była. W jej królestwie ludzie mieli wiele, ale w innych, władcy z pogardą
patrzyli na lud pracujący i niższej klasy społecznej. Trochę jak ja. Tyle, że
tamci mieli władzę i tabuny żołnierzy na swych usługach, a ja… ja co najwyżej
kurtyzanę z dobrego domu uciech (jakoś nigdy nie lubiłem nazwy „burdel”).
- Opowiedz mi coś o
sobie. – z zamyślenia wyrwało mnie pytanie Eleny.
- Coś o sobie?
- Nie no skądże
znowuż. Pytając, żebyś powiedział mi coś o sobie, chodziło mi, żebyś
opowiedział coś o Gigantach z Doliny. – minę miała lekko naburmuszoną.
Uśmiechnąłem się tylko lekko.
- No cóż. Jak sama
nazwa wskazuje są to Giganty. I w dodatku z Doliny. – uśmiechnąłem się
szerzej. Ona tylko uderzyła mnie lekko w ramię.
- Przestań się ze mną
drażnić!
- Wybacz Eleno, ale
taki mam już sposób okazywania sympatii. – uśmiech nadal nie schodził mnie
z twarzy.
- Aha. Hm… trochę jak
mój stary druh, co odszedł stąd niedawnymi czasy.
- Umarł jak domniemam?
- Tak… niestety. –
jej twarz spochmurniała. Żeby nie wpędzić jej w depresję z tym związaną,
postanowiłem przejść do streszczenia mego życiorysu.
- Cóż. Urodziłem się 5
lipca roku 1877, w małej wiosce daleko na wschodzie. Zwała się Taleyini, co na
mowę powszechną, a więc także twoją, można przetłumaczyć jako Przeznaczenie.
Co? Nie patrz tak na mnie, ja tej nazwy nie stworzyłem. – łyknąłem trochę
wina. - Moja matka zmarła, wydając mnie
na ten padół łez. Wydała też na świat jeszcze 3 inne istoty. Mych dwóch braci,
którzy „Polegli za Ojczyznę w wojnie z najeźdźcami synu”, jak to zwykł mawiać
mój staruszek. Co najlepsze, zawsze w ten sam, patetyczny sposób. Nudnawe to
się z czasem zrobiło. No ale na mnie wpływ miało niemały, bo gdym młodym
jeszcze i nieopierzonym dzieciuchem był, postanowiłem iść w ich, ojca i jego
ojca, generała swoją drogą, ślady i zostałem żołnierzem. Dobra, ale wracając do
tematu. Była jeszcze ma siostra. Najmłodsza spośród rodzeństwa, pókim ja się
nie zjawił. Czy piękna była, czy też nie, ocenę pozostawiam Tobie, bo jak
wyglądam, widzisz.
- Nie powiem, rysy
twarzy delikatne masz, więc nie kłują w oczy. Zgaduję zatem, że siostra twa
należała raczej do kobiet, które na swoją urodę mogły porwać niejednego
mężczyznę… albo kobietę. – wzięła kęs mięsa.
- Wielkie dzięki za
takie mnie podsumowanie. – odparłem ironicznie. – A więc, gdy osiągnąłem 15 wiek mego życia, wstąpiłem w szeregi armii.
Siostra płakała, że już mnie z pewnością więcej nie ujrzy i po części miała
rację, a ojciec choć nic nie mówił, to wiedziałem, że duma rozpiera mu klatkę
piersiową. Tam też poczułem, że wreszcie znalazłem sens życia. A próbowałem
wielu jego dyscyplin. Przez chwilę, tuż przed tym jak wstąpiłem do służby,
byłem fahise. – pytający wyraz na twarzy Eleny. – O, tak zapomniałem… em… u was zwie to się, o ile się nie mylę,
żegolakiem?
- Żigolakiem?
- O właśnie, o to
słowo mnie chodziło. No, tak więc byłem w wojsku. Po jakichś 4 latach i jednej
dość długiej wojnie, na której mój pluton stracił 3/4 stanu osobowego,
oczywiście mężnie odpierając atak wroga, na skrawku nic nie wartej ziemi,
zwanej Sehra, odwiedził nas pewien kapitan z jednostek specjalnych, proponując
nam wstąpienie w ich szeregi. Tak więc z propozycji skorzystaliśmy.
Zastanawiałem się tylko dlaczego. Czemu do rozbitego plutonu, który siłą rzeczy
musi zostać rozwiązany, przysłali kapitana z taką propozycją? Jak się później
okazało, nasz pluton, zwykłe trepy, wcale nie tak znowuż jakoś zajebiście
przeszkoleni, rozbił pluton specjalsów przeciwnika. Widać komuś wyżej się to
spodobało. Tak więc od tamtej pory służyłem jeszcze 6 lat z czego w 4
awansowałem do rangi porucznika, wykonując najbrudniejsze roboty, tak żeby
łapki ojczyzny, mogły pozostać czyste.
- To dlaczego już nie
służysz? – wyraźnie zaciekawienie.
- Mógłbym Ci ściemnić,
że po prostu wolałem być sobie panem i tak dalej, ale prawda jest bardziej
prozaiczna. Trafiłem pod sąd wojenny i zostałem wydalony. Okazało się, że
ostatnia robota którą wykonaliśmy, nie spodobała się tym z samej góry. Ale, że powodu,
żebym razem ze swoją ekipą zawisnął na stryczku nie było, to puścili nas wolno.
Nie był to raczej najlepszy ruch z ich strony.
- A więc co robiłeś
przez te 5 lat, do teraz?
- Dokładnie to samo co
teraz. Najmowałem się u coraz to różniejszych zleceniodawców. Niektórych bez
oporów nazwałabyś ludzkimi ścierwami, innych dobroczyńcami i zbawicielami
świata, znowuż innych dewiantami, ale ze zdrowym poczuciem „moralności” etc.
etc. Jak to się mówi, punk widzenia, zależy od punku siedzenia.
- Hm… czyli widzę, że
historia twego życia, jest dość prostolinijna. – wzięła łyka soku.
- Jak każdego
żołnierza. Nie mamy nic do zaoferowania, prócz własnej broni i usług. Płacisz,
wskazujesz nam zadanie, a my je wykonujemy.
- Tyle w teorii.
- Otóż nie. Dokładnie
tyle samo teorii co i praktyki. Zapłacisz najemnikowi, a on wykona zadanie,
choćby miał sczeznąć, bo nic innego, prócz późniejszych zabaw za zarobione
złoto, go nie czeka. Nie ma żadnej żonki czekającej z gorącym obiadem. Żadnych
dzieci, które byłyby do uściskania i zabawy. Nie ma niczego. Jesteśmy my,
zadanie i płaca. A kto płaci więcej, na tego usługach jesteśmy. –
wychyliłem kielich do końca i dolałem soku sobie i królowej. Popatrzyła w
kielich i odstawiła go. Potem wstała od stołu i odeszła. Ja również się
zerwałem, zabierając jednakże talerz z jadłem ze sobą, a butelkę soku upychając
za pasem.
- Królowo! Czekaj!
– podbiegłem, żeby wyrównać krok. – Dokąd
tak zmierzasz moja pani?
- Mówiłam Ci, że masz
mnie tak nie nazywać! – wyszła z korytarza na dziedziniec, podchodząc znów
do fontanienki.
- Cóż się stało, że
się tak zerwałaś od stołu?
- Powiedziałeś, że kto
płaci więcej, ten was ma na swych usługach. A gdyby zamachowcy złożyli Ci
lepszą propozycje niż ja, to odwróciłbyś się do mnie plecami i mnie wykończył?
– zadając to pytanie nadal patrzyła w taflę wody.
- Nie złożą mnie
takiej propozycji.
- Skąd ta pewność?
– tym razem obróciła na mnie swój wzrok.
- Ponieważ zatruli
napój, który nam podano.
Na jej lico wystąpiło lekkie przerażenie.
- Nie masz się czego
obawiać pani. Jesteś całkowicie bezpieczna. Dzięki temu. – z kieszeni
wyciągnąłem fiolkę opróżnioną do połowy. – Nazywam
ten specyfik „Wykrywaczem i Odtrucicielem”. Nie będę wymieniał wszystkich ziół
z jakich się składa, bo za dużo czasu by to zajęło. W każdym razie, jesteś
bezpieczna.
- Wiesz kto to zrobił?
- Oczywiście, że tak.
Inaczej teraz leżałabyś martwa na podłodze w kuchni, z objawami wskazującymi na
śmieć serca. A przynajmniej tak stwierdziłby Wiedzący. – uśmiechnąłem się
do niej, a ona się do mnie przytuliła. Gładziłem ją po głowie i plecach i
szeptałem do ucha, że nie ma się czego obawiać, tak długo jak przy niej będę.
Wtedy podniosła głowę i złożyła pocałunek na mych ustach. Ale ten był inny niż
wszystkie, które do tej pory zaznałem. Był namiętny, ale… pełen uczucia.
Miłości? Zakochania? Tego nie byłem w stanie stwierdzić.
Nie wiem ile się całowaliśmy, ale miałem wrażenie jakby czas
zwolnił 100 krotnie. Potem oderwałem się od jej ust, a ona szepnęła mnie do ucha:
„Kocham Cię”. Wtedy to poczułem.
Serce przyspieszyło bicie, w klatce poczułem ciepło, które rozprzestrzeniło się
na całe ciało, a umysł ogarnął spokój, jakiego nie czułem od wielu wielu lat. I
nagle zrozumiałem. Stało się to dla mnie jasne, dlaczego czułem się tak dziwnie
przez cały okres bytowania tutaj. Po prostu się kurwa zakochałem. Najemnik w
królowej… Matko… jak w jakiejś taniej baśni dla pospólstwa…
Zanim zdążyłem pomyśleć, odpowiedziałem w odruchu: „Ja Ciebie też”. Wtedy się uśmiechnęła,
a z jej wzroku biło szczęście. Uwiesiła się na mej szyi i złożyła kolejny
płomienisty pocałunek. Powstrzymywać się nie chciałem, więc i tego nie robiłem.
Oczywiście siłą rzeczy, skończyło się to wszystko w łożu.
Powiem wam, że do tej pory kochałem się tak tylko z jedną kobietą. Reszta stosunków
to było po prostu rżnięcie i gwałty.
III
Następnego dnia z rana, na mój rozkaz, gwardziści zamknęli w
celi kucharza. Przesłuchanie go zajęło mnie niespełna godzinę. Zaczął śpiewać
jak kanarek górski w okresie godowym, gdy tylko wyłożyłem mu, jakim torturom
mam zamiar go poddać, jeśli nie zacznie współpracować.
Z informacji, które udało mnie się uzyskać, wynikało, że
informację dostał listem, który wręczyła mu dziewczynka na rynku w sąsiadującym
miasteczku. W liście znajdowało się miejsce spotkania w
którym otrzyma zapłatę, po udanym zamachu , a także instrukcja przygotowania trucizny razem, ze
składnikami. Była to popularna metoda jednostek szpiegowskich, w której to
metodzie, sam byłem szkolony. Żadnych powiązań ze zleceniodawcą. Poinstruowałem
zatem Wiedzącego, żeby wypisał wiarygodny i zgodny z działaniem trucizny akt
zgonu, a Obwieszczającego o przekazanie informacji o śmierci królowej, na dziedzińcu w miasteczku. Tak też zrobiono. Kucharza puściłem jako wabik i oczywiście
kazałem śledzić, ale nie ludziom królowej, tylko bardziej zaufanej grupie
zawodowej. Kurtyzanom. Na nie zawsze można było liczyć.
W 3 dni później, kucharz otrzymał instrukcje odebrania
zapłaty. Nadal się nie wtranżalałem i zostawiłem wszystko pod czujnym okiem
pań. Oczywiście na miejscu była tylko koperta z zapłatą (i to całkiem solidną
jak na takiego kucharzyka) i pisemnym podziękowaniem, za dobrze wykonaną
robotę. Kopertę oczywiście kazałem sprawdzić pod każdym kątem Wiedzącemu.
Po kolejnym dniu, który upłynął mu na pracy, Wiedzący dał
radę wykryć, słabą, bo słabą, ale Aurę. Tak też udałem się na miejsce
dostarczenia koperty z przyrządami, do wyostrzenia i wzmocnienia Aury i udało
mnie się, niczym po nitce do kłębka, dojść do biura detektywa, które
oczywiście było już opuszczone. Jednakże opuszczone, nie znaczy zabezpieczone.
Tak też, dzięki swym genialnym działaniom, udało mnie się odnaleźć i
scharakteryzować źródło Aury. Były to po prostu Wrota. Tak też posyłając po
Wiedzącego, udało nam się otworzyć je z powrotem na tyle długo, co bym mógł
przez nie się przedostać.
- Nie wiem co tam
napotkam, więc jeśli za 3 godziny otworzysz portal i się nie pokażę ponownie,
uznajcie mnie za martwego i za cholerę nie wysyłaj nikogo, żeby sprawdził, czy
rzeczywiście poległem. Za to badaj dalej źródło i dopadnij kogokolwiek za to
odpowiedzialnego. – gdy przekroczyłem próg bramy jedną nogą, odwróciłem się
jeszcze na chwilę. – I chroń królową, jak
swojego pierdolonego oka w głowie. Zrozumiano? – kiwnął tylko głową na
potwierdzenie.
Wskoczyłem dalej w bramę i pochłonęło mnie światło. Światło tak
zimne, że oddech zamieniało w płatki śniegu.
Śmiałem się jednakże, bo Wiedzący miał tylko jedno oko, więc moje
ostatnie zdanie, było niesamowicie ironiczne jak dla mnie. Potem Wrota się
otworzyły i upadłem na posadzkę z kamienia. Nic za bardzo nie czułem, wzrok był
rozmazany, a moja motoryczność spadła do poziomu świeżego trupa. Tak też tam
leżałem, nie mam pojęcia ile. Potem dobyłem Bolta, dźwignąłem się na kolana i
zlustrowałem pomieszczenie. Było całkowicie puste, a jedynym źródłem światła
było małe, zakratowane okienko. Gdy ustawiłem się już do pionu, zwymiotowałem.
Podróże przez Wrota, ze słabym połączeniem, nie były dobrze odbierane przez mój
żołądek.
Pomieszczenie zlustrowałem jeszcze raz w poszukiwaniu drzwi,
ale żadnych nie znalazłem. – W takim
razie muszą być ukryte Jonah. Czas ich poszukać leniwy skurwielu. –
powiedziałem sam do siebie i zacząłem szukać ukrytej dźwigni. Żadnej nie
znalazłem, za to opukując ściany, usłyszałem różnicę dźwięku. Wiedziałem już,
którą ścianę wysadzić. Problem był taki, że przeciwnik, kimkolwiek by nie był,
wiedział już o mojej obecność. Pewnikiem od momentu jak zjawiłem się w
ściemnianym biurze detektywa. A może jeszcze wcześniej. W każdym razie nie było
co tracić czasu. Wepchnąłem w szczelinę między kamieniami zwój eksplozywny i
podpaliłem lont. Potem ustawiłem się w dystalnym kącie tejże ściany, która
zostanie za chwilę wysadzona.
Nastąpiła eksplozja, a wzrost ciśnienia mnie ogłuszył, ale
nie rozerwał bębenków. Na szczęście. Wychylając się lekko przez powstałą dziurę,
dojrzałem jedynie korytarz. Hm… zupełni bez skapy, że to pułapka. Pewnie i tak
aktywuje się dopiero, gdy jakieś żywe stworzenie się w nim znajdzie. No ale co
tam, raz się żyje. Tak więc trzymając broń przed sobą, mierząc przez cały czas
w odległe drzwi, wszedłem do korytarza, ale nic się nie aktywowało. Tym lepiej
dla mnie. Podszedłem do drzwi, ale za klamkę nie chwyciłem. Od razu bez
ceregieli zrobiłem wjazd z buta i rzucając się do przodu, wykonując obrót przez
ramię, wpadłem do pomieszczenia, błyskawicznie je lustrując. Lufa Bolta
zatrzymała się na chudym jegomościu w czarnym uniformie maga Bractwa,
siedzącego przy jedynym źródle światła w tym pomieszczeniu, a była nim lampka
umieszczona na dębowym stole.
- A wiec, jednak mnie
dopadliście. Gratulacje. – głos strasznie stary i zniszczony. Zupełnie jak
dźwięk wydobywający się z gramofonu, gdy igła wypadnie z rowka płyty. – Zgaduję też, że śmierć królowej, jeśli tu
jesteś, to było małe-duże oszustwo?
- A jak myślisz?
- Dokładnie tak myślę.
– przeciągnął się, aż coś chrupnęło w kręgosłupie. Potem odwrócił na mnie swą
twarz, która była chuda i równie zniszczona, jak głos właściciela. Sędziwego
właściciela.
Zobaczyłem, że w prawej ręce dzierży zwój. Pewnikiem
detonacyjny.
- Jak widzisz, nie
możesz mnie zabić, bo i ty zginiesz. – pewność w głosie.
- Nie byłbym tego taki
pewien. Jak można wywnioskować, nie jestem zwykłym żołnierzem. –
uśmiechnąłem się lekko pod nosem. I przestawiłem Bolta z Błyskawic, na
Elektromagnetyzm. W tym wypadku musiałem być precyzyjny, a to zapewnią mnie
tylko stalowe pociski, wystrzelone z niezłą prędkością. – Po coś to chciał zrobić? Zabić ją? Kto jest twoim mocodawcą?
Zaśmiał się tylko. – Nie
mam mocodawców chłopcze. Nie jestem jak ty, psie wojny. – powiedział to z
wyraźną pogardą, ale już się do takich wyzwisk przyzwyczaiłem. – Sam jestem sobie panem i władcą.
- No cóż, to ułatwia
mnie zadanie. Po coś to zrobił? Jaki władca Ci kazał?
- Nie słyszałeś co
mówiłem? Sam jestem sobie panem. Myślisz, że którykolwiek byłby na tyle głupi,
żeby zabić Królową Dobroci? Jej ludność ją kocha. Jasne, że zdarzają się
pomniejsze przypadki niezadowolenia, ale to przez to, że są rozochoceni jej
dobrocią. Daj psu palec, a odgryzie całą rękę. Wiesz jak to jest z ludźmi,
zawsze chcą więcej. Jeśli by który władca podjął się zabójstwa, jej ludność
zaraz by się domagała wojny, a z racji, że jej królestwo największym w okolicy
jest, to żaden nie będzie na tyle głupi.
- To czemuś chciał ją
otruć?
- Ponieważ wojna
sprzyja mi w interesach, żołnierzyku.
- Jesteś handlarzem
bronią? Nie… nie bronią. Magią. Zwoje i cały ten szajs. Mylę się?
- Heh. Jak na
żołnierza, to całkiem pojętny z ciebie człek.
Uśmiechnąłem się tylko, a on chwycił za sakwę, leżącą na
stole i rzucił mnie ją pod nogi. Usłyszałem dźwięk monet.
- 8000 sztuk złota. O
2 więcej niż płaci Ci królowa. Weź to. W końcu jesteś najemnikiem, prawda?
Natury nie pokonasz.
- Chyba, że wpierdoli
się miłość.
- Że co?
- Gówno. I tu cię mam.
– uśmiechnąłem się szczerze, wycelowałem w najwyższy punkt szyi i pociągnąłem
za spust.
Głowa została dosłownie urwana, a ciało po chwili wahania,
upadło z głuchym łoskotem, na kamienną posadzkę. Czerep upadł zaraz za nim.
Podszedłem do trupa i wyciągnąłem z jego ręki zwój. Niebezpieczeństwo nadal
istniało, bo skurcz pośmiertny się może w każdej chwili zjawić, a w tym
momencie nie chciałbym zginąć za bardzo.
Zanim jednakże miałem stąd wybyć i już nie wracać, wbiłem w
czaszkę sprawcy Szpikulec, który dał mnie Wiedzący. Czekałem, aż lampka w
rękojeści zażarzy się na zielono. Wtedy ją wyciągnąłem. A potem pozostało mnie
czekanie, które umiliłem sobie przeszukując pomieszczenie w celu znalezienia
jakiś innych wartościowych przedmiotów.
IV
W 3 i trochę godziny później, bogatszy o 8000 sztuk złota i
wioząc truchło maga-renegaty, znalazłem się powrotem w zamku.
- Moja królowo,
niebezpieczeństwo zażegnane, dzięki temu oto mężnemu wojownikowi. –
Wiedzący, chyba lubił przesadzać, ale ja takich konwenansów nie znosiłem. Toteż
po prostu podszedłem do królowej, ucałowałem ją w grzbiet ręki i spojrzałem jej
głęboko w oczy. Potem mnie pocałowała.
- Trzeba by ci ciepłej
kąpieli, mój żołnierzu. – powiedziała do mnie, gładząc moje włosy.
- Preferuję zimną,
pani.
- Dobrze, a więc niech
będzie zimna. Przygotujcie kąpiel dla pana Huxley. – zwróciła się do
lokaja, który natychmiast wykonał polecenie, poganiając służbę.
V
Gdy brałem kąpiel, królowa zjawiła się, ubrana tylko w
półprzezroczysty szlafrok. Wysunąłem się z wanny, utopiony w niej po samą
szyję.
- Chcesz czegoś
konkretnego?
- A jak myślisz? –
pytanie zadała, rozwiązując sznur i zrzucając z siebie zbędny kawał materiału.
Potem weszła do wanny, a zimna woda, wyraźnie dała jej się
we znaki, przyspieszając oddech i wywołując reakcję pilomotoryczną. Dosiadła
mnie okrakiem, a ja poczułem jak mój fiut zagłębia się w jej organizm, a piersi
przyjemnie ocierają się o moje ciało. Pochyliła się nade mną i złożyła
pocałunek, głęboki niczym doznania ostatniej spędzonej z nią nocy. Pamiętam, że tak też
kończyliśmy. Kilka razy z rzędu. Królowa miała niesamowite rezerwy energii.
Obudziłem się jeszcze przed świtem. Z ciężkim oddechem
zerwałem się z łóżka. Siedząc na jego brzegu, spojrzałem na pasmo górskie,
które znajdował się niespełna 10 kilometrów stąd. Widziałem łunę światła słonecznego,
bijącą od szczytów pięknie ośnieżonych. Obróciłem się w stronę śpiącej nago
Eleny. Pochyliłem się nad nią i złożyłem ostatni pocałunek na jej ustach. Potem
ubrałem się i cicho wychodząc z pokoju, ruszyłem do magazynu po resztę swych
manatek. Wliczając w to sowitą zapłatę, która powinna starczyć na minimum rok
intensywnej balangi. Z resztą, praca się dla mnie zawsze znajdzie.
Dlaczego nie zostałem z kobietą w której się zakochałem? No
cóż. Po prostu nie mnie zaznać szczęścia na tym świecie. Zbyt dużo zbrodni
popełniłem. Zbyt dużo żyć odebrałem. Życie najemnika to wędrówka. Od zlecenia
do zlecenia. Z resztą wszystko wyjaśniłem jej w liście. Ta dziewczyna zasługuje
na kogoś innego. Kogoś lepszego. I choć, może złamię jej serce, jak tylko się
obudzi i zapozna się z treścią listu, to zrozumie mój czyn. Mam nadzieję...
Kto wie, może jeszcze wiatry mnie przygnają w te strony, gdy
znudzi mnie się wojaczka i tułaczka po tym świecie. Kto wie…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz