I
Wparowałem do lokalu zlany potem, niczym kurwa w świątyni.
Od razu podszedłem do szynkwasu zamawiając mocno schłodzony sok.
- Widzę, że i wam upał doskwiera. – powiedział ze szczerym
uśmiechem starszy jegomość, siedzący po mojej lewej.
- Dokładnie szanowny panie. Nigdym nie sądził, że zima może
tak szybko odpuścić… – wziąłem potężnego łyka napoju. – … a tak gorąca wiosna,
nadejść tak szybko.
- Pamiętam ja takie zakończenie zimy. Było to bodaj w… 1850,
ale głowy za to nie dam. – uniósł kufel do ust i na chwilę zastygł w ruchu. –
Tak. To był 1850, prawda Stasiu? Stasiu? – obrócił swe lico na kolejnego
starszego jegomości z długą do pasa brodą i łysą jak kolano glacą, siedzącego
przy najbliższym stoliku – Stasiu, ty stary skurwielu, wspomógłbyś przyjaciela!
– mówił to jednocześnie trącają Stasia laską. – Ech… z nim to zawsze tak. –
przyłożył kufel do ust i dopił to co się w nim znajdowało. – Panie Szpila,
jeśli mógłbym prosić o dolewkę tego zacnego trunku…
- Ależ oczywiście, że możecie burmistrzu. Wy się pytacie?
Ha! A to dobre sobie! – właściciel (jak wnioskowałem) roześmiał się szczerze
chwytając się swoimi wielkimi, niczym bochny chleba, rękoma, za kałdun
wielkością przypominający niedźwiedzi. Gdy przestał się śmiać, pochwycił kufel
burmistrza i nalał mu szczerze do pełna, piwa dębowego.
Zmierzyłem burmistrza wzrokiem i nigdy by mnie na myśl nie
przyszło, że ktoś taki, może piastować taki urząd. Przysunąłem się do niego i
szeptem zagadnąłem – Burmistrzu, jeśli mnie pamięć nie myli, to po drodze tutaj
natknąłem się na ogłoszenie, że poszukujecie zastępcy, na stanowisko waszego
zmarłego tragicznie komendanta Straży Miejskiej. Prawda to, czy jednak
fałszerstwo, o które nie trudno?
Burmistrz i mnie zmierzył wzrokiem. Potem się odwrócił,
podszedł do stojaka przy drzwiach, zabrał kapelusz słomiany i wyszedł z lokalu.
Nie czekając rzuciłem na szynkwas srebrniaka i zabierając ze sobą butlę soku,
ruszyłem za burmistrzem, pozostawiając właściciela sam na sam ze Stasiem.
Ulica była jak na taką temperaturę dość zatłoczona. Tu i
ówdzie dzieciaki latały z sikawkami oblewając się nawzajem wodą, a także
każdego kto znalazł się wystarczająco daleko, żeby mogły uciec, gdyby ten się
uraził i chciał je dopaść.
- Burmistrzu, proszę zaczekać! – jak na staruszka dość żwawo
się poruszał. Podbiegłem do niego i chwyciłem go lekko za lewe ramię. – Proszę
zaczekać.
- Puście mnie, bo was zamknę za atak na oficjela miasta. –
pogroził mnie palcem, jakbym był dzieckiem. No ale nie widziało mnie się
skończyć zamkniętym w celi, albo co gorsza lochach, więc puściłem zacnego
burmistrza. – Czego chcecie?
- Posady. – odparłem zwięźle.
- Wasze motywy?
- Jak zawsze. Zarobek i dobra zabawa.
- Hm… czyli rozumiem, że jeśli moi przeciwnicy zaproponują
więcej, mogę się spodziewać, że odwrócicie się do mnie plecami?
- Ja nigdy nie odwracam się do przeciwnika plecami.
Spojrzał na mnie z nieukrywaną pogardą. Potem spuścił wzrok,
pocierając jednocześnie szpiczastą brodę, w geście zastanowienia się.
W międzyczasie, jakiś kruchej postury młodzian, podjął się
próby kradzieży mojego mieszka ze srebrem. W swej wspaniałomyślności zwichnąłem
mu tylko nadgarstek i wepchnąłem go w tłum ludzi, który porwał go niczym silny
nurt rzeki.
- Proszę za mną. W biurze omówimy wszystko dokładnie. –
machnął na mnie ręką, nawet nie zwracając się w moją stronę.
Po drodze do ratusza, która zajęła nam około 30 minut,
podziwiałem kunszt projektantów budynków. Każdy był dopasowany do innego, jak
gdyby każdy był puzlem, który pasował tylko i wyłącznie w to miejsce. Mimo
absolutnie różnych stylów, całość współgrała idealnie. Na twarzach przechodniów
widziałem ten sam zachwyt co i u mnie, a z całą pewnością nie byli to
przyjezdni, którzy ściągali do miasta na festyn. Z resztą nie dziwota, bo gdy
tylko zwróciłem swoją jaźń na budynek, który mijałem około 2 minut wcześniej,
wyglądał zupełnie inaczej. Jak gdyby budowla zmetamorfizowała się, gdy tylko
odwróciłem od niej wzrok. Zastanawiałem się, ile było w tym magii i czy w ogóle
była, czy to jednakże tylko geniusz twórcy projektu i samych budowniczych
sprawiał to wrażenie?
Burmistrz miał biuro na najwyższym piętrze ratusza, czyli na
6, a z racji, że wznośnik znajdował się w centralnej części budynku, można było
sobie odpuścić schody.
Pokój, który stanowił biuro był dość obszerny, albo sprawiał
takie wrażenie, bo jedynymi meblami, były biurko, barek, fotel burmistrza i dwa
fotele dla gości. Gdy przekroczyliśmy próg pomieszczenia burmistrz nagle ożył i
poprosił, żebym zasiadł w jednym z foteli. Tak też zrobiłem.
- A więc, to całe udawanie niegroźnego staruszka, to
przykrywka?
- Wolę, żeby moi przeciwnicy, nie wiedzieli jaki jestem
naprawdę. – podszedł do barku. – Soku maliwiańskiego?
- Nie dziękuję, mam swój. – wyciągnąłem przed siebie
butelkę, którą zawinąłem z baru.
- Hahahaha! To gówno? Pewnie nie ma w sobie za krzty soku.
TO jest prawdziwy sok maliwiański. – wyciągnął butlę przed siebie, obnażając ją
promieniom słonecznym, a te ładnie przeszyły zawartość tegoż naczynia.
- W sumie rzeczywiście, smak jakby trochę inny… -
popatrzyłem na swoją butelkę z pożałowaniem własnego pragnienia, które
wprowadziło mnie w błąd.
- To pewnie zasługa ziół żółwich. Mają bardzo podobny
aromat, ale za krzty mocy oryginalnego trunku. A więc, skusi się pan?
- Jasne, że tak. Proszę polewać, burmistrzu. – odparłem z
dużą chęcią na mocny trunek. Pierwszy łyk i już ma dusza poczęła powoli
odlepiać się od mego ciała. – Ach… nie ma to jak porządny napój w środku tak
parnego dnia.
- Nie mogę się z tym nie zgodzić. – uniósł kielich i
zaczerpnął łyka. – A więc, powiadacie, że sprowadza was tutaj, chęć zarobku.
- Tak też powiadam.
- Dobrze. – pochylił się na biurkiem, opierając się na
łokciach i podpierając brodę o splecione palce rąk. – Dlaczegóż miałbym was
zatrudnić na tak szlachetnym stanowisku, jakim jest komendant Straży Miejskiej?
- Może przekona pana nazwa Oyrenmek. Słyszał pan kiedyś? –
jego mina była lepszą odpowiedzią niźli słowa. – A więc się rozumiemy.
- Hmm… nigdy nie sądziłem, że będę miał zaszczyt spotkać
operatora Oyrenmek. – z jego twarzy bił autentyczny szacunek.
- No więc, jak widzicie, chyba jestem odpowiedni do tej
roboty. Co każecie mnie wykonać, to zrobię, bez najmniejszego zawahania.
- Pytanie, czy dowodziliście ludźmi?
- Zakończyłem służbę w stopniu porucznika, to chyba
wystarczająca rekomendacja. – uśmiechnąłem się lekko i wziąłem kolejnego łyka
soku.
- Taaak… to winno wystarczyć, szczególnie, że poprzedni
komendant też był byłym woskowym i to ledwie starszym sierżantem wojsk
lądowych. – wziął łyk soku.
- Czyli podpisujemy umowę?
- Wpierwej muszę to wyperswadować rajcom miejskim, bo poniektórzy
nadal są zapewne opłacani przez Siatkę. – zrzedła mu przy tym mina.
- Siatka… taaak… słyszałem o niej. Ale bez obaw, gdy już
będę piastował stanowisko, szybko i skutecznie się z nimi uwinę. Z resztą i tak
pewnikiem tylko po to będę zatrudniony. – kiwnął tylko na potwierdzenie głową.
– No, to… póki nie skończy pan przekonywać swoich urzędniczych pobratymców, jak
z wielką chęcią udam się do domu uciech. Elvida. – zasalutowałem od niechcenia
i odwróciłem się na pięcie.
- Czekajcie. – zerwał się z fotela. - Nie przedstawiliśmy
się sobie. Raymond Ozer. Jeśli to was zainteresuje, były oficer wywiadu. –
wyciągnął rękę w geście przywitania.
- Jonah Huxley. – wyciągnąłem swą rękę i uścisnąłem
burmistrzową.
- Jonah Huxley? Nazwisko brzmi znajomo… czy to nie wy
przypadkiem zabiliście maga-renegata Khramera?
- Cóż, gdybym powiedział, że to ja, to chyba zepsuło by całą
zabawę w tajemniczość osobową, czyż nie? – odpowiedziałem z lekkim uśmiechem.
- Tak… ma pan rację. Jeszcze jedno, nie idźcie do domu
uciech. Proszę się natomiast zgłosić do tego lokalu. – nabazgrał coś na małej
kartce którą mi podał. Widniał na niej adres. – Będzie pan miał gdzie nocować,
a ja będę wiedział, gdzie wysłać kuriera.
- Czemu nie. – odwróciłem się na pięcie i udałem się pod
wskazany adres. Gdy tam dotarłem, budynek okazał się małym hotelikiem. Naprawdę
małym, bo już od wejścia recepcjonista (i prawdopodobnie właściciel) mnie
poznał.
- Pan Huxley jak mniemam?
- Vay… informacje w tym mieście naprawdę szybko się
rozchodzą. Tak, dobrze mniemacie.
- Właściwie to nie jest miasto, tylko miasteczko. Prawa
miejskie mamy otrzymać w przyszłym roku dopiero. – wyjaśnił lekko skonfundowany
recepcjonista.
- Dziękuję za wyjaśnienie, a teraz klucz proszę. – podał mi
klucz do pokoju numer 69. Jakiż „zbieg okoliczności”.
Gdy przekroczyłem próg pokoju, na łóżku ujrzałem nagą kruczo
czarnowłosą kobietę, obficie obdarzoną przez matkę naturę. Obok łóżka stało
kilka butli, pełnych słodkiego miodu kurarskiego. Alko i kobieta. Idealne
połączenie. Tak było, póki nie zbliżyłem się do łóżka. Wtedy dostrzegłem, że
kobieta w całości pokryta jest tym miodem.
- Czegoż nie robi się dla tymczasowej ojczyzny. –
powiedziałem to z wielką dozą satysfakcji, a potem zabrałem się do „roboty”.
II
Rano do drzwi zapukał kurier. Dźwięki uderzeń w nie, dla tak
skacowanego umysłu jak mój, było istną torturą.
- Panie Huxley! Przesyłka do pana! Panie Huxley prze…
- Słyszałem kurwa! – wydarłem się tak mocno, że w głowie aż
zahuczało. Zupełnie jakby bomba termo baryczna detonowała zaraz koło niej.
Ściągnąłem z siebie wciąż drzemiącą kurtyzanę, dźwignąłem
się z łóżka, wciągnąłem na siebie spodnie i podszedłem do drzwi, dzierżąc w
lewej ręce Bolta, którego przyłożyłem na wysokości klatki piersiowej do nich.
Następnie lekko je uchyliłem.
- Czego? – kurier podał mnie tylko kopertę, a potem szybko
się oddalił. Ale nie niepewnym krokiem, tylko zwykłym, zawodowym. Widać nie był
jakimś specjalnie dla mnie przeznaczonym.
Zamknąłem drzwi najlżej jak się dało, a potem otworzyłem
ostrożnie kopertę. Chociaż, jeśli ktoś chciałby mnie uśmiercić, to już pewnie
nie żyłem. Jednakże w kopercie znajdował się tylko dokument potwierdzający mój
nowy zawód. Komendanta Straży Miejskiej miasteczka Alekami. No to zajebiście
się zapowiadało. Teraz będę miał pod sobą ludzi i to całkiem sporo zakładam.
Szczególnie, że to miasteczko portowe, które jak słyszałem po drodze, szybko
się rozrasta.
Czym prędzej zebrałem się do kupy i ruszyłem do centrali
Straży Miejskiej. Od progu przywitała mnie miła dla oka i ucha recepcjonistka.
- W czym mogę służyć? – zapytała dźwięcznym głosem.
- Na razie wskazaniem mojego biura. – na blacie przed nią położyłem
dokument, potwierdzający me stanowisko.
- O! Nie sądziłam, że nowy szef pojawi się tak szybko… i
będzie tak przyjemny dla oka. – uśmiechnęła się lekko i podała mnie klucz od
biura. – 3 piętro, pomieszczenie na końcu hallu.
- Dzięki złotko. – zabrałem klucz i udałem się we wskazane
miejsce. Biuro miało wymiary 5x5 metra i jedynym meblem było biurko z
dostawionym fotelem. Nie wyglądał na zbyt wygodny, ale gdy się w nim rozsiadłem,
poczułem lekkość dopasowania.
Chwilę siedziałem w zamyśleniu, a potem sięgnąłem po
słuchawkę. – Em… w sumie to się sobie nie przedstawiliśmy…
- Porucznik Makarena, do pańskich usług, komendancie. –
dziewczyna ubiegła moje pytanie.
- Przyjemne nazwisko pani porucznik. Dobrze. Proszę ogłosić
zbiórkę w sali narad wszystkim obecnym w budynku funkcjonariuszom. I… gdzie ona
się w ogóle znajduje?
- 2 piętro. Na drzwiach wejściowych znajduje się napis.
Trafi pan bez problemu, komendancie.
- Dzięki i poprosiłbym o kubek miejscowej herbaty. Doszły
mnie słuchy, że lepszej nie ma w całym państwie.
- Można też tak rzec. Będzie na pana czekała w sali. – potem
nastąpił krótki biiib oznajmujący zakończenie rozmowy.
Udałem się zatem do sali narad. Gdy przekroczyłem jej próg w
środku siedziało już paru funkcjonariuszy. Nie zwrócili na mnie większej uwagi.
Podszedłem do mównicy. Na jej pulpicie stał już kubek z którego unosiła się
para i przyjemna woń. Pochwyciłem go i wziąłem małego łyka. Przyznać muszę, że
jak dotąd był to najlepszy wywar herbaty jaki zdarzyło mnie się spożyć.
Reszta funkcjonariuszy zjawiła się, gdym w kubku zostało
napoju na jeden łyk.
- Dobrze… a więc jak już zapewne się domyślacie, jestem
waszym nowym dowódcą. A z racji tego, będziecie się mnie słuchać w każdym
aspekcie. Przede wszystkim poproszę zebranych tutaj dowódców sekcji ogniowych o
pozostanie, gdyż muszę obmówić z nimi parę spraw.
- Em… szefie, ale my nie mamy czegoś takiego jak sekcje
ogniowe. To Straż Miejska, nie wojsko. – odezwał się młodo wyglądający
funkcjonariusz.
- W takim razie, trzeba będzie czym prędzej utworzyć takie
sekcje ogniowe, funkcjonariuszu…
- Trzewka… em… znaczy się Lasky, kapral Lasky. – wstał i
zasalutował. Odpowiedziałem mu tym samym.
- Kapral, powiadacie, a więc będzie dowódcą pierwszej sekcji
ogniowej. Gratuluję. – uśmiechnąłem się tylko, gdy na twarzy kaprala pojawiło
się skonfundowanie. – Tak więc każdy
starszy rangą ponad posterunkowego i starszego posterunkowego, czy jakkolwiek
się to u was zwie…
- Szeregowi panie komendancie. – kapral znów wyrwał się z
odpowiedzią.
- Hm… czyli jak w wojsku. To ułatwia sprawę. Tak więc każdy
starszy rangą od szeregowego i starszego szeregowego pozostanie na tej sali.
Reszta może wracać do swoich zajęć. – po tych słowach 3/4 sali się
rozpierzchło. Pozostał kapral Lasky i 6 innych chłopa. Słabo mnie się to
widziało. No ale w gorszych sytuacjach byłem i z gorszych opresji wychodziłem. Tak
też spędziłem z moimi podoficerami kolejną godzinę na przedstawieniu sytuacji i
zapoznaniu się ze stanem osobowym i logistycznym. Jeśli idzie o oba czynniki,
zapowiadało się wyśmienicie. Wychodziło, że miałem pod sobą 150 oddanych
sprawie ludzi, a w magazynach sprzętu było wystarczająco dużo, żeby dozbroić około
220. Tak więc nadwyżka sprzętu była wystarczająca. Dodatkowo, większość ludzi
była w terenie z powodu festiwalu, wliczając w to resztę kadry podoficerskiej.
Po obgadaniu wszystkiego z obecnymi podoficerami, poprosiłem
kaprala Lasky, o zaprowadzenie mnie do zbrojowni.
- Mam takie pytanko panie komendancie. To pan jest
konstruktorem pm-u Huxley?
- Nie to nie ja. Aczkolwiek, pamiętam, że kiedyś wymieniłem
z nim parę poglądów. Głównie na pięści. Wtedy co prawda, był równie mało znany,
co i ja teraz.
- O… szkoda. Już myślałem, że udało mnie się spotkać tak
genialnego człowieka. – zawiedzenie w głosie młodego kaprala można było wyczuć
bezproblemowo.
- Kto powiedział, że go nie spotkacie kapralu. – klepnąłem
go przyjacielsko w bark.
- To tutaj. – wskazał kratowane drzwi. – To ja teraz wrócę
do swoich obowiązków, panie komendancie. – zasalutował, odwrócił się na pięcie
i odszedł prężnym, wojskowym krokiem. Widać, mój poprzednik trochę ich
wyszkolił.
Drzwi do zbrojowni, były otwarte. Zdziwiło mnie to trochę,
biorąc pod uwagę, że taka ilość sprzętu powinna być bardzo dobrze
zabezpieczona. Gdy przestąpiłem próg zabezpieczenia, w nozdrza uderzyła mnie
woń smaru i prochu. Gdzie nie spojrzałem, wisiały, stały i leżały różnej maści
karabiny, strzelby, granatniki. Arsenał, był zaprawdę niesamowity.
Kolejne opancerzone drzwi, prowadziły do sali z osprzętem. Mundury,
pancerze, środki do rozpędzania tłumu, a także środki medyczne i wiele innych
pomniejszych rzeczy.
Patrząc na cały ten sprzęt wiedziałem, że to co zamierzałem
zrobić, będzie dla mnie pestką.
Teraz pozostawało tylko szkolenie, ale biorąc pod uwagę
zachowanie funkcjonariuszy, winno pójść łatwo.
III
Przenikaliśmy ciemność spajając się z nią niczym cienie. Od
ściany do ściany. Zaskoczenie to był nasz najsilniejszy atut.
Gdy dotarłem do rogu budynku, wyciągnąłem kawał polerowanego
metalu i sprawdziłem co też znajduje się za węgłem. Dostrzegłem dwóch drabów
przy drzwiach i jedną czujkę na dachu pobliskiego zamtuzu. Był uzbrojony w
karabin Shelshoka.
- Mysz, do mnie. – szepnąłem lekko do radia, a snajper
znalazł się przy mnie w niespełna 3 sekundy. – Widzisz tamte beczki? – kiwnęła tylko
głową. – Leć do nich i czekaj na mój sygnał. Zestrzelisz tą czujkę na dachu. – ponowne
kiwnięcie i szybki, ale bardzo cichy chód i już była przy beczkach gotowa do
strzału. Noktowizory pomagały nam dostrzec każdy ruch, więc nie było problemu,
że ktoś nas zaskoczy.
Odwróciłem się za siebie i używając znaków migowych,
pokazałem kapralowi, co zrobimy. Na potwierdzenie kiwnął głową i ruszył za mną.
Przylegając do ściany, uzbrojeni w pistolety Vis z domontowanymi tłumikami,
dotarliśmy do dwóch drabów pilnujących drzwi. Dałem sygnał Myszy, a w chwilę
później truchło czujki uderzyło z wytłumieniem, ale nadal dość głośno, o glebę.
Draby odeszły trochę od wejścia do budynku żeby sprawdzić co się dzieje, a
wtedy razem z kapralem, ściągnęliśmy ich po cichu ogłuszając ich. Co prawda,
jak trochę za mocno docisnąłem dźwignię na kręgosłupie szyjnym przeciwnika i
chrupło, ale ważne, że był zneutralizowany.
Reszta sekcji nr 1 dołączyła do nas, a sekcja 2 i 3
obstawiły teren.
Podeszliśmy do drzwi z kapralem i na mój znak wbiliśmy się
do środka, jak to ćwiczyliśmy wiele razy. On w jedną stronę na krzyż, ja w drugą,
zaraz za nami wparowali pozostałych 6 strażników, zabezpieczając w niespełna 5
sekund pomieszczenie.
W środku trafiliśmy na zaskoczonych 3 mężczyzn i dzieciaka,
uzbrojonych w strzelby Hotcha. Zanim zdążyli cokolwiek zrobić, zostali
obezwładnieni i zakuci.
- Dobra, sprawdzić dokumentacje i piwnice i jak zawsze podłożyć
ładunki. – rozkazałem ludziom, a sam podszedłem do podejrzanego, który wg mnie
wygląd na najbardziej obeznanego. – To teraz powiesz mnie wszystko co wiesz… –
przyłożyłem swojego Visa do jego genitaliów. – ... albo możesz się pożegnać, że
swoim przyjacielem.
- Ja… ja… ja…
- Tak, ty.
- To jest… magazyn.
- To widzę, ale czego?
- Rakuli. Wszystko co się tu znajduje, to Rakula. –
odpowiedział z lękiem w głosie.
- Rakula powiadasz… no nieźle.
- Panie komendancie. Wszystko zabezpieczone, a ładunki na
miejscu. – zameldował mnie kapral.
- To czas się zmywać. – dźwignąłem się z kolan. – Dobra
ludzie. Wypierdalamy!
- Komendancie, a co z nimi? – kapral wskazał na więźniów.
- Jak to co. Zostawimy ich tutaj. Niech spłoną, razem ze
swym towarem.
- Ale to nie nasz towar! – wykrzyczał w przerażeniu ten z
którym rozmawiałem.
- Owszem, wasz. Pilnowaliście go, więc jest wasz. A to, że należy
do Siatki, to już nie moje zmartwienie. – spojrzał na mnie z oczami pełnymi
strachu i błagania.
- Proszę… nie róbcie nam tego… mam… mam… rodzinę…
- Było pomyśleć o nich wcześniej.
- A co z dzieciakiem? – znów pytanie kaprala.
Spojrzałem na nie tak młodego znowuż dzieciaka, bo wyglądał
na około 16 lat. Podszedłem do niego, przyłożyłem mu lufę Visa do skroni i
pociągnąłem za spust. Mózg chlupnął o podłogę.
- Jaki dzieciak? – skierowałem pytanie do kaprala, którego
twarz nagle stała się blada niczym kartka papieru. – Zbierać się ludzie.
Gdy znalazłem się w progu wejścia, pochwyciłem lont detonacyjny
i odpaliłem go. Zamknąłem drzwi i zniknęliśmy stamtąd tak szybko jak i się pojawiliśmy.
Gdy byliśmy jakieś 3 ulice dalej, wracając do posterunku, nastąpiła lekka eksplozja
ładunków fosforowych, które wywołały pożar budynku. Nim straż ogniowa zjawiła
się na miejscu, z budynku pozostały tylko fundamenty.
Metoda naszego działania (a dokładniej mojego) sprawiła, że
wszelkie podejrzenia spadały na konkurencję Siatki. Mimo iż byli dość potężni,
to i tak wrogowie zawsze się znajdą. A działania takie, jak właśnie ta
dzisiejszej nocy, sprawiały, że przedstawiciele Siatki myśleli, że to
konkurencja.
- Panie komendancie, chciałbym zapytać, o wczorajszą akcję.
- Śmiało kapralu. Co wam chodzi po głowie? – spytałem przeglądając
raport straży ogniowej, szukając informacji, czy jakakolwiek paczka Rakuli się
zachowała. Nie było nic.
- Czemu zabił pan tego dzieciaka?
- A jak myślicie kapralu?
- Sądzę, że uznał pan go za przeszkodę, swego rodzaju
balast, którego trzeba się pozbyć.
- I dobrze myślicie.
- Jednakże, nie zmienia to faktu, że postąpił pan niezgodnie
z prawem. Winniśmy byli go zamknąć, tak samo jak i resztę. – odpowiedział z
miną skupioną i nieszarganą emocjami.
- Kapralu, byliście ze mną już na 6 akcjach. Co was nagle
tak wzięło? Czyżbyście mieli wyrzuty sumienia? Bo jeśli tak, to rozkazuję wam
się ich pozbyć. Jeśli się im poddacie, stracę dobrego zastępcę. – łyknąłem
trochę herbaty.
- Rozumiem… ale i tak uważam, że to jest złe. Jeśli nie
będziemy działali zgodnie z prawem, to po co w ogóle być jego funkcjonariuszem?
- Po to, żeby nasze działania były skuteczne. Ostatnie 6
akcji, bardzo mocno uderzyło w Siatkę. Jednakże są zbyt leniwi, żeby się zabezpieczyć
mocniej. Będziemy tak działać dalej. Przez cały czas. To miasteczko portowe.
Tutaj przestępczość zawsze będzie wysoka. Jeśli nasze działania, nie będą się
opierały o to co robimy, to stracimy to miasto bardzo szybko. My działamy, oni myślą, że to ktoś inny i dzięki temu
zostajemy poza podejrzeniami. I tak ma być kapralu. Mam nadzieję, że się
rozumiemy. – szukałem na jego twarzy poparcia, ale niczego nie znalazłem. Był
zbyt… moralny, jeśli idzie o taką robotę, ale z drugiej strony wiedziałem, że
rozkazy będzie wypełniał, do końca.
- Rozumiemy się panie komendancie.
- To dobrze. Jeśli nie macie nic więcej do powiedzenia, to
wolałbym zostać sam.
- Rozkaz. – zasalutował jak zawsze i wyszedł z biura.
IV
Przez 3 kolejne miesiące robiliśmy te rajdy, bez
jakichkolwiek podejrzeń ze strony Siatki, że mogli się za to zabrać obrońcy
prawa. Ja natomiast dostałem rozkaz od burmistrza, znalezienia w najbliższym czasie
mego zastępcy. Działo się tak ponieważ, wpływy Siatki w Alekami słabły w
oczach. Tak więc mój kontrakt powoli się kończył. Spodziewałem się tego, więc zastępcę
wybrałem już dawno temu. Nie, nie był to kapral. Kapral był świetnym żołnierzem,
ale na zarządcę się nie nadawał. Awansowałem go za to na kapitana i uczyniłem
dowódcą oddziałów Zulu. Komendantem uczyniłem porucznik Makarenę. Ona miała
głowę do zarządzania.
Tak też po „ceremoniach” z tym związanych, zdałem odznakę
komendanta, odebrałem zapłatę od burmistrza, a także immunitet miasteczka i
udałem się w dalszą drogę. Nic mnie tu już nie trzymało. No poza ostatnią nocą,
w którą postanowiłem sobie ulżyć w cierpieniach, razem z panią porucznik.
Tak jak się
spodziewałem, było przyjemnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz