I
Piącha w ryło, kapeć w nadbrzusze i kutas się wreszcie uciszył. Nienawidzę gnojków z baru, obrażających kelnerki. Robią swoje, a tu zjawi się taki jeden z drugim i popsuje humor człowiekowi, a potem weź coś zamów. Ech… czy ten świat naprawdę zeszedł na psy?
Na odchodne, pozostawiłem mu pamiątkę w postaci wybitych jedynek. Będzie pamiętał, żeby więcej nie popełniać podobnego błędu.
Bar, był jak każdy inny w tym zaplugawionym mieście. Zaraza i inne tałatajstwo nawiedzało teraz okolicę i cholera jedna wiedziała dlaczego. Może to przez wojnę? Wojen w swej „karierze” widziałem dużo, ale rzadko kiedy zdarzyło mnie się ujrzeć plagę tych rozmiarów. Jasne, że czytałem o takich w księgach historycznych, ale nigdy żadnej na własne oczy nie widziałem. Cholernie nieprzyjemny widok.
Spacerując sobie spokojnie uliczką, do mojego przyszłego zleceniodawcy, natknąłem się na Cienie. Zostawić ich nie zostawię. Nie chciałbym napotkać ich w drodze powrotnej, to też dobyłem swojego Bolta i wpakowałem w nich krótką Błyskawicę. Skwierczeli, aż miło. Jeszcze nawet z ich gardeł wydarł się ludzki, agonalny krzyk. A zawsze myślałem, że nic ludzkiego w nich nie pozostało. No cóż.
Dotarłem do domku na rogu ulicy Podmorskiej. Domek standard. Dobudowany do innych, przy wąskiej ulicy (bo taniej), na około dwa piętra. Mówię na około, bo chuj wie, czy nie zastosowali zaklęć optycznych.
Pociągnąłem za klamkę. Zamknięte. No tak, jakże by inaczej. Trzy razy zapukałem, a potem użyłem dzwonka. Stałem tam przez jakiś kwadrans dopóki, ktoś wreszcie raczył ruszyć dupsko i mi otworzyć. Drzwi się uchyliły.
- Słucham? – zapytał starszy, kobiecy głos.
- Ja do… em… - sięgnąłem do kieszeni płaszcza, po ogłoszenie, na którym widniało imię i nazwisko zleceniodawcy – Jana Posokolskiego. – cholerne nazwisko - W sprawie ogłoszenia. – pokazałem kobiecie zlecenie. Popatrzyła chwilę i zamknęła drzwi. Nie ma to jak uprzejmość.
Po niedługim oczekiwaniu, drzwi otworzył mi mężczyzna, na około 30 lat, ubrany w bogato zdobiony, szlafrok.
- Pan Huxley, jak mniemam? – rozbrzmiał mocno basowy głos. W ogóle nie pasował do postury właściciela, który wyglądał jak ludzki patyczak, aczkolwiek twarz miał przyjemną w obyciu.
- Ta. To ja. Wpuści mnie pan może do środka? Cholerny ziąb tu na dworze panuje. – otworzył drzwi na całą szerokość i wskazał gestem, zezwolenie przekroczenia progu. Tak jak myślałem, w środku dom był niesamowicie obszerny. Magia jest jednak świetną rzeczą. Może było się jej uczyć.
- Myślałem, że oddziały specjalne, składają się z samych twardzieli? – pytanie miało dość sarkastyczny wydźwięk.
- Bo to prawda, ale nie znaczy to, że nie mam prawa narzekać. – odparłem całkiem poważnie.
- Jeśli pana to pocieszy, moja filozofia polega na tym, iż jeśli czegoś nie mogę zmienić, to na to nie narzekam.
- Wygodna filozofia. – rozejrzałem się po przedsionku. Od razu w oczy rzucała się kolekcja głów zwierząt, rzadkich gatunków. Cieniolot, ostogłów, kolczyk (poprawnie nazywał się rosomak kolczasty, ale dla wygody każdy nazywał go kolczykiem), znalazło się też parę głów dzikich ludów z Północy. – Ciekawa kolekcja.
- Dziękuję za uznanie. Sporo czasu i pieniędzy zajęło mi jej skompletowanie. – odparł z wyraźną dumą.
To, czego nie można było dostrzec na pierwszy rzut oka, to m.in. kusza krzyżowa, ukryta za zegarem elektrycznym.
- A ta kusza, do czego panu potrzebna? – wskazałem od niechcenia ukrytą broń. – Jeśli do obrony, to pana rozczaruje, ale nie zdążyłby pan jej dobyć… no chyba, że spodziewałby się pan gości.
- Będzie mi pan udzielał rad dotyczących bezpieczeństwa, czy przejdziemy do działania?
- Tak długo jak nie wykonam zadania, wolałbym, żeby człowiek, który mi płaci, był wypłacalny. – odparłem z dużym naciskiem, na ostanie słowo.
- Oto proszę się nie martwić. – wskazał ręką salon. – A więc, zaczynamy?
Przeszedłem posłusznie do pomieszczenia, zasiadłem przy stole i zaraz zjawiła się służba, układając jadło i napoje (po zapachu wywnioskowałem, że to prawdopodobnie sok maliwański… i nie myliłem się).
- Nie lubię dyskutować przy pustym żołądku.
- Zrozumiałe. Ja także tego nie lubię. – odkroiłem spory kawał jeżowca, który spoczywał przede mną, polałem go sosem babańskiego (taki z dużym dodatkiem alkoholu) i pochłonąłem w niecałe 30 sekund. Nie sądziłem, że byłem do tego zdolny.
- A więc, o co dokładnie chodzi? – z ustami pełnymi mięsa, łatwo mówić nie było, ale zleceniodawca jakoś mnie zrozumiał.
- O zdjęcie klątwy.
Splunąłem pozostałym jadłem i napojem bezpośrednio na stół, omal się nie dławiąc przy okazji.
- Zdjęcie klątwy?! Nie zauważył pan przypadkiem, żem zwykły żołnierz?! Prawda, byłem w oddziałach specjalnych, ale żaden ze mnie mag, ani tym bardziej Szkolony. Nie mógł pan powiedzieć, że to zadanie polega na eliminacji maszkary, czy coś?
- Niestety. Wyeliminować nie mogę, ponieważ to… - wstał od stołu i podszedł do okna wyglądając przez nie. - … to moja kuzynka.
- Hm… a więc to sprawa czysto emocjonalna. Nie lubię takich. – upiłem łyk soku.
- Cóż… em… ona była czymś więcej… dla mnie. – zdanie wypowiedział z niejakim problemem.
- Ahaaaaa… rozumiem. Znaczy, pukał ją pan na strychu, żeby rodzinka się na zjazdach nie zorientowała, co nie? Też tak robiłem. Znaczy nie swojej rodzince, tylko mojego starego przyjaciela. Ależ on miał… bogobojne te kuzynki. – wspomnień czar mnie naszedł. Ach… Amelio, czemuż już Cię nie spotkam?
- Jak pan śmie?! – wydarł się i uderzył rozwartą ręką w stół. – Nigdy żadnej zażyłości cielesnej z nią nie doświadczyłem! Ja… ja ją kochałem, ale do niczego nie doszło. Nigdy. – ostatnie słowo znacząco podkreślił.
- Nie mnie oceniać. Człowiek to tylko człowiek. Różne dewiacje go nachodzą. – odpowiedziałem z uśmiechem, odkrawając kolejny kawał mięsa. – Dobra, to teraz opowie mi pan dokładnie, jak to się stało, że pańska kuzynka, padła ofiarą klątwy i w co dokładnie się zamieniła.
- Zamieniła? Co pan, baśnie czytasz? W nic się nie zamieniła, po prostu… stała się osobnikiem bardzo agresywnym. Zyskała nadludzkie zdolności. Siła, szybkość, w ciemnościach widziała równie dobrze co za dnia, a jej węch i słuch… po prostu nie do uwierzenia. – w głosie wyczułem wyraźną satysfakcję.
- Zaraz, czyli, że odbiła jej szajba?
- Nie, nigdy w życiu. Była zdrową umysłowo osobą.
- Z doświadczenia wiem, że wielu takich było, co to niby byli zdrowi. Siedzieli sobie spokojnie w obozach, ani razu na froncie nie byli. Cholera, nawet muchy nie zabili, a jak wracali, to nagle im do głowy uderzało. I też nagle każdy sądził, że dostawali nadludzkich zdolności. A potem doktorek zbadał i się okazało, że kolega ma nie po kolei w głowie. – przypomniałem sobie Kulawego. Marnie chłopak skończył.
- Powtarzam, nie jest chora. A tu mam dowód. - Podszedł do szafki i wyciągnął z niej jakąś dokumentację.
Zarówno na teczce, jak i papierach widniała pieczęć Biura Spraw Magicznych. Z raportu wynikało, że panna Farwick, bo takie nosiła nazwisko, stała się ofiarą użycia Klątwy VI stopnia. Znaczyło to tylko tyle, że była już na straceniu.
- Klątwa VI stopnia i pan chce, żebym ją odczarował? Przecież ja ledwo radzę sobie z Klątwami I stopnia. Takimi gdzie umysł jest opanowany jedną rzeczą, jak zjadanie robali albo podobne. To jest łatwe do zrobienia. Nigdy nie mierzyłem się z Klątwą VI stopnia. Do pańskiego zadania najlepiej byłoby nająć Szkolonych, a nie byłego specjalsa, co to i tak ze sztuk magicznych ledwo przeszedł szkolenie. – wtedy pomyślałem sobie, że mój zleceniodawca jest kompletnie szalony.
- Niestety, nie mam wystarczających funduszy, a pan jest jedynym, który zgodził się na „zapłatę do uzgodnienia”. Jak pan mówi, jest pan… specjalsem, więc wierzę, że uczono pana jak przezwyciężać wszelkie niedogodności pracy.
- Wszelkie prócz takich. – rezygnacja narastała we mnie z każdą chwilą, ale nie miałem większego wyboru. Złoto skończyło mi się już dawno, a srebra ostało się na jedną noc w tym mieście. – No dobrze, niech panu będzie. Udam się do biblioteki i poczytam trochę na ten temat. Muszę jednakże wziąć ze sobą dokumentację, żeby znać specyfikę Aury tej Klątwy.
- Śmiało. I tak jej nie potrzebuję.
- Dziękuję za posiłek. – na odchodne zabrałem ze sobą butelkę soku i udałem się do Biblioteki Miejskiej. Przez około pół dnia studiowałem wszelkie księgi, jakie mogły mi pomóc. Alkohol bardzo pomagał w pochłanianiu wiedzy (i przy okazji zaliczenia bibliotekarki na tyłach magazynu), więc na następny dzień, jak tylko kur zapiał, byłem gotowy żeby zdać raport zleceniodawcy. Raport jednakże, dostarczyłem dopiero po południu. Spanie na ulicy wygodne nie jest, szczególnie gdy przyczepi się Straż Miejska, ale będąc zachlanym, trzeźwo nie myślałem.
Przedstawiłem sytuację zleceniodawcy.
- A więc mówi pan, że wie jak to mniej więcej zrobić.
- Cóż, jeśli pan nie wierzy, to polecam samemu przestudiować księgi, mnie… łeb od tego boli. – przyłożyłem do czoła, dzban pełen wody z lodem.
- Nie wątpię. – popatrzył na mnie z ukosa, a w jego spojrzeniu dostrzegłem tylko żal nad mą niedolą. – A więc, ile?
- Cóż. Zaćmienie będzie za dwa dni. 200 stuk złota.
- Aż tyle? Co pan, idzie na prywatną wojnę?
- Nie, ale jeśli naprawdę zależy panu na odczarowaniu kuzynki, to odnośnie kosztów, proszę się mnie słuchać. A więc tak jak mówię, 200 sztuk złota. – wyciągnąłem rękę by sięgnąć kubka i nalać sobie do niego trochę wody, ale służba mnie uprzedziła. Dokładnie wiedzieli co robić.
- Dobrze. 200 sztuk. Zaraz przyniosę. – zanim wrócił, postanowiłem się trochę kimnąć. Drzemka do zbyt długich nie należała. Obudził mnie dźwięk mieszka uderzającego o blat stołu. – Proszę, o to pańskie złoto. A to miejsce jej pobytu. Proszę zrobić co konieczne.
Zanim przekroczyłem próg, odwróciłem się do zleceniodawcy.
- Zanim odejdę, ostrzegę pana. Może mi nie wyjść. Jak już mówiłem, nie jestem zbyt dobry w te klocki. Jak coś pójdzie nie tak, życia swego bronić będę, a pan już więcej swojej słodkiej kuzyneczki nie zobaczy… no chyba, że jej głowę jako dowód.
- Rozumiem, ale wierzę w pana słowo. W końcu, honor u żołnierza najważniejszy, czyż nie? – sarkazm dało się wyczuć z kilometra.
Popatrzyłem na niego jednoznacznie i zamknąłem drzwi. Potem udałem się do sklepu z bronią, i doposażyłem się o konieczny osprzęt. Na szczęście, jeszcze ta ustawa o papierach na broń, nie weszła w życie. Wyobrażacie sobie, co to będzie? Pisać podanie o posiadanie broni. Wolne żarty.
II
Do gospodarstwa, na którym rzekomo znajdował się cel, dotarłem przy pomocy Szynówki. Co prawda, od przystanku pozostało mi jeszcze około kilometra, ale z buta to przyjemna, spacerowa odległość.
Jakieś 500 metrów przed docelowym punktem mej podróży, natknąłem się na posterunek Straży Miejskiej.
- Hola, hola. A wy dokąd to, obywatelu? – zagadał do mnie wysoki jegomość w szarym mundurze z potężnym sumiastym wąsem, w randze sierżanta.
- Do tego gospodarstwa, co go pilnujecie sierżancie. – wskazałem na odległy kompleks.
- Co wyście samobójcy? Wiecie co się tam znajduje? – popatrzył na mnie, jakbym miał nie po kolei w głowie.
- Sierżancie, a myślicie, że człowiek, który się tam wybiera, minąwszy znaki ostrzegawcze, które tak ochoczo żeście rozstawili, nie ma pojęcia co się tam znajduje? Poza tym, przysyła mnie pan Posokolski.
- A to tak para kaloszy. Rozumiem. A więc, jeśliście chętni do udzielenia odpowiedzi na… - zdania nie dokończył.
- Spróbuję maszkarze do rozumu przemówić, bo zgaduję, że o to żeście skłonni zapytać. – odpowiedziałem tonem nie pozostawiającym złudzeń, co do celu mego przybycia.
- Tak… o to skłonnym byłem zapytać.
- Tak więc sierżancie, przygotuję się tu, przy waszym posterunku, będąc idealnie chronionym, przez pana i pańskich ludzi i mam szczerą nadzieję, że nikt moich przygotowań nie przerwie, chyba, że chce posmakować mojego gniewu. – to zdanie skierowałem, także do ludzi sierżanta, którzy raczyli wywlec swoje leniwe tyłki z namiotu, w którym jak zgadywałem po zapachu, znajdowała się mesa.
- Zrozumiałe. W końcu czeka pana nie lada zadanie. Dobra ludzie, słyszeliście! Nie przeszkadzać panu…
- Huxley.
- … Huxley w jego przygotowaniach, bo i mój własny gniew poczujecie, a ja niesubordynacji nie toleruję. Zrozumiano?
- Tak jest panie sierżancie! – ludzie Strażnika odpowiedzieli chóralnie, bez chwili zawahania.
Czas schodził mi powoli. Sprzęt przygotowałem sobie, żeby wszystko mieć jak należy pod ręką. Kamizelkę webralową kupiłem, bo za cholerę nie wiedziałem, czy panna Farwick nie zastawiła na mnie jakiś pułapek, co to mogłyby mi w stopniu śmiertelnym zaszkodzić na organy wewnętrzne i tym samym doprowadzić do mego zgonu, a tego nie chciałem. Miałem jeszcze trochę rzeczy do zaznania na tym świecie.
Zanim ruszyłem na polowanie, ostrzegłem sierżanta, żeby nie wysyłał swoich ludzi po mnie, gdyby obudziła się w nich chęć niesienia pomocy bliźnim (choć wątpię), bo przed świtem i tak nic z moich obrządków nie wyjdzie, a ludzi chyba tracić nie chce.
- Zrozumiałe, dobry panie. Powodzenia. – wyciągnął rękę do uścisku.
Popatrzyłem chwilę na nią i odwzajemniłem uścisk. Potem odwróciłem się na pięcie i lekkim truchtem zmierzałem do gospodarstwa.
Płotek przeskoczyłem jednym susem, wbijając się przez spróchniałe drzwi do wnętrza stodoły. Od razu dobyłem karabin Shelshoka. Karabin ten był bardzo celny, ale miał jeden mankament, w sytuacji w jakiej się znajdowałem. Miał zamek dwutaktowy, co przy walce z bardzo mobilnym i zwinnym przeciwnikiem, w wąskich zakamarkach budynku, nie było wymarzonym rozwiązaniem.
Usłyszałem jakiś dźwięk, jakby upadającego garnka. Rozejrzałem się po stodole. Mimo iż dochodziła północ, a Księżyc był już w pełni, to widziałem wszystko jak na dłoni, a to dzięki okularom które sobie sprawiłem. Specjalistycznie nosiły one miano noktowizyjnych i zapewniały widoczność w nocy jak za dnia. Wszystko spowite w szarej barwie.
Zlustrowałem wnętrze stodoły z bronią przy policzku. Niczego nie było, toteż wyszedłem na podwórze. Padłem na kolano i zlustrowałem powoli zarówno podwórze jak i dachy. I wtedy dostrzegłem ruch na dachu budynku, na północ ode mnie. Postać, która dla zwykłego ludzkiego oka wyglądałaby jak cień, ale nie dla tego mechanicznego. Chuda, szybka, zwinna. Włosy bardzo długie i postrzępione. Nie zastanawiając się ni chwili, ruszyłem w jej kierunku.
Od przeszkody do przeszkody, uważnie obserwując otoczenie dotarłem do małego, jak się okazało, domku. Przeszedłem przez frontowe drzwi, które na szczęście były otwarte. Wewnątrz szafy otwarte na oścież, ciuchy stare i spleśniałe, leżały wszędzie. Domownicy w pospiechu opuścili muru tego budynku.
Hałas po prawej. Dzięki wzmacniaczom dźwięku, mogłem usłyszeć nawet najmniejszy szelest. Skierowałem lufę broni w tamtym kierunku i krok po kroku zbliżałem się w kierunku, jak się zdawało, kuchni. I wtedy Cień się na mnie rzucił. Miałem go na ułamek sekundy przed lufą, więc pociągnąłem za spust, ale pocisk chybił celu. Cień był zbyt zwinny. Za to ja dostałem, w lewy bok. Poczułem ukłucie, ale rany nie odniosłem, a to dzięki kamizelce.
Przeładowałem najszybciej jak mogłem i zwróciłem się w kierunku, w który Cień się udał. Oddałem drugi strzał, ale i ten nie doszedł Celu. Ruszyłem za nim czym prędzej. Biegłem za nim, aż dotarliśmy do czegoś na kształt szklarni. Na oko miała z 50 metrów długości. Pusta, całkowicie prosta. Znów wymierzyłem i znów chybiłem. – Kurwa, by cię, ty jebana szmato! – wydarłem się w stronę maszkary i nie zastanawiając się ani chwili pobiegłem za nią. Błąd. Po 10 krokach zarwała się pode mną podłoga i spadłem do jakiś katakumb, upadając na sarkofag. Bolesne było to zacnie, ale mniej niż kawałek drewna wystający z mego lewego uda. Wyrwałem go i odrzuciłem w ciemność. Popatrzyłem na ranę. Ciekawie nie wyglądała, ale dało się przeżyć.
- Hej! Świeże mięsko tu na ciebie czeka! Dawaj kruszynko! Nie chcesz się skusić na dorodnego żołnierza?! – darłem się z całej siły. Zanim cel do mnie dotarł. Ukryłem się w zagłębieniu w ścianie. Wyciągnąłem z karabinu pocisk ogłuszający i chwyciłem go w dłoń. Strzelanie jak widać nie przynosiło efektów, wiec trzeba będzie zastosować inną strategię. Mógłbym użyć Bolta, ale niestety nie dało się w nim regulować napięcia i natężenia Błyskawic, więc nie bardzo mnie się teraz przyda.
Cień wskoczył przez dziurę i odskoczył do mroku, ale ja go widziałem i wiedziałem, że on widzi mnie, a tym bardziej wyczuwa moją krew. Jednakże nic nie zrobił. Stał pod tą ścianą jak zamurowany. A ja się przygotowałem. I wtedy ruszyłem całym pędem na jaki mnie było stać. Cień zrobił to samo, ale był szybszy, a jego masa wystarczyła żeby powalić mnie na ziemię. Zaczęliśmy się szamotać, a z racji, że byłem wytrawniejszy w sztuce walki wręcz, to zyskałem miażdżącą przewagę nad celem w ciągu paru sekund. Chwyciłem mocniej pocisk i wbiłem go w plecy Celu, a ten zawył tylko i zwiotczał.
Zanim zabrałem się do obrządku, związałem Cel ciasno i obciążyłem złamaną płytą z sarkofagu. Wyciągnąłem Go dodatkowo na promienie księżyca, bo tego wymagało zaklęcie. Potem nabrałem do miseczki krwi swojej i celu, rozpaliłem siedem świec z łoju piżmowoła (capiły niemiłosiernie), dodałem do krwi wywar z ostrokwiatu, krochu, pameji i jeszcze jednego egzotycznego kwiatu, którego nazwy nie byłem w stanie wypowiedzieć, wymieszałem wszystko razem i zamoczyłem w płynie ostrze wykonane całkowicie z brązu. Następnie sięgnąłem po książeczkę zaklęć i zacząłem je wymawiać powolnym, monotonnym głosem.
- Indi mene qulaq asin. Men size bu orqan Ienet terk etmek emr. Ucuruma ve slam qayıt! Ucuruma ve slam qayit! Ucuruma ve slam qayıt! – taką też formułkę powtarzałem, póki ostrze nie zaczęło się żarzyć. Wtedy je pochwyciłem i szybko wbiłem w serce celu (istniały metody odczarowania mniej inwazyjne, ale do nich Wyszkolenie było niezbędne, a ja go nie posiadałem). Na następne nie byłem przygotowany, bo kto by pomyślał, że wywoła to falę uderzeniową, która rzuci miłego pana, który stara się pomóc, na ścianę z siłą huraganu. Nie byłem pewien, czy to uderzenie nie połamało mnie paru żeber, ale teraz nie był czas na zastanawianie się nad tym. Teraz był czas na oczekiwanie, czy się powiodło.
Obudziło mnie panie kura, i gładzenie po włosach. Zerwałem się w odruchu i przytknąłem ostrze swej klingi do gardła osoby. Na szczęście w porę się powstrzymałem i nie podciąłem jej gardła. Osoba, mimo postrzępionych włosów i bycia wytarzanym w błocie, z twarzyczki była niesamowicie urodziwa. Dźwignąłem się na kolana i sprawdziłem ranę. Nie krwawiła. Co więcej, była zaopatrzona.
- Panna Farwick? Panna Anna Farwick, urodzona 7 maja 1878 roku? – zadałem pytanie, tak jak byłem wyuczony to robić w oddziałach specjalnych w przypadku porwanych celów osobowych o dużym znaczeniu. Tutaj była podobna sytuacja.
- Owszem. A kto pyta, jeśli mogę wiedzieć? – jej głos był niesamowicie dźwięczny.
- Huxley. Jonah Huxley.
- Miło pana poznać, panie Huxley.
- Pannę również, panno Farwick… na pewno lepiej pannę, niż panny przeklęte alter ego.
Zaśmiała się niewinnie, a jej uśmiech był hipnotyzujący i zanim się zorientowałem, wpijałem się w jej usta, a ona w moje. W chwilę później, nie miałem na sobie większości garderoby, ale za to byłem przykryty panną Farwick. Nie namyślając się długo i nie zwracając uwagi na stan w jakim oboje się znajdowaliśmy, zamoczyłem swojego drąga, a ona zajęczała z przyjemności. Nie powiem, ja także. Potem wziąłem ją od tyłu i na kilka innych sposobów, których nauczyłem się podczas mojego wygnania na Wschodzie.
III
W obozie Straży ranę jeszcze raz sprawdził i opatrzył medyk i stwierdził, że gdyby nie opatrzenie rany przez Annę z pewnością wdało by się zakażenie.
- Sierżancie, jeśli mógłbym prosić o rozkucie panny Farwick, to byłby to problem?
- Nie ma szans. Zabiła mi trzech ludzi, zanim żeście ją odczarowali. – w jego głosie wyczułem chęć zemsty na Celu.
- Sierżancie, to już przeszłość. Pańscy podwładni ponieśli śmierć z ręki maszkary, która teraz gryzie ziemię Otchłani. Ta dziewczyna, która przed panem stoi, to po prostu… Anna Farwick, nic więcej.
Odwrócił głowę w moją stronę wciąż z niepewnością i żądzą zemsty w oczach. Ja tylko kiwnąłem z uśmiechem w stronę Anny, żeby Strażnicy ją rozkuli. Sierżant przez chwilę się wahał, ale w końcu sam podszedł do celu i rozpiął okowy. Anna rozmasowała przeguby i przeprosiła Sierżanta, za to, że jej opanowany umysł i ciało zabiły jego ludzi. Sierżant popatrzył na nią i wydaje mnie się, że zrozumiał dokładnie, co się stało. Odstąpił od niej, podszedł do mnie, uścisnął mą rękę i szczerze podziękował za pomszczenie swoich ludzi.
- Nic wielkiego nie zrobiłem Sierżancie.
- Odesłał pan maszkarę, która zabiła mych ludzi do Otchłani. To zawsze jest coś. Teraz czuję, że to uczucie zemsty wreszcie mnie opuściło. Mój człowiek odeskortuje pana do miasta.
- Dziękuję, ale nie potrzeba. Poradzę sobie sam. – odparłem szczerze.
Zanim ruszyliśmy załapaliśmy się jeszcze na ciepły posiłek.
Do domu zleceniodawcy, dotarliśmy tuż przed zachodem słońca. Gdy pan Posokolski zobaczył w jakim stanie znajduje się Anna, od razu nakazał służbie przygotowanie kąpieli i posiłku.
- Zostanie pan na kolację?
- Nie dziękuję. Jestem… umówiony na randkę z Różą.
- Hm… rozumiem. W każdym razie jednak dokonał pan tego. Zdjął pan klątwę VI stopnia i to bez pomocy Szkolonych. – odparł z drwiną w głosie.
- Tylko dlatego, że była słabo nałożona. Ale i tak, bez problemów się nie obyło. – wskazałem na ranę uda. – Dobra. Koniec tej kurtuazji. Zapłatę poproszę.
Popatrzył na mnie z miną wyrażającą… no właśnie... w sumie to nic. Podszedł do kredensu i wyciągnął z niego, sporych rozmiarów, sakiewkę.
- Oto zapłata. 2000 sztuk złota, tak jak się zmawialiśmy.
- Dzięki stokrotne. A teraz żegnam i życzę powodzenia w udanym związku. – na jego twarz wystąpiło oburzenie, ale zanim cokolwiek zdążył powiedzieć, sprzedałem mu piąchę w przeponę. Zleceniodawca zgiął się wpół i upadł na kolano. Pochyliłem się nad nim i szepnąłem – Szczerze, to nie lubię takich zboków jak pan. Żegnam. - pochyliłem lekko kapeluszem w geście pożegnania.
Odwróciłem się na pięcie, zarzuciłem na siebie prochowiec i kuśtykając, udałem się w stronę nadbrzeża, do speluny w której zostawiłem swoje graty.
Przekraczając bramę południową zauważyłem, że truchła Cieni, które uśmierciłem, nadal tam spoczywały. Władze miasta, nie śpieszyły się z usuwaniem niebezpieczeństwa z jego ulic. Nic dziwnego, że nadal panuje tu zaraza.
Gdy tylko przekroczyłem próg baru, podszedłem do szynkwasu i rozsiadłem się wygodnie na stołku, wołając barmana.
- Co będzie dla szanownego klienta?
- „Róża”.
- Ile?
- Em… - zastanowiłem się chwilę - … na setkę trzy.
Barman nalał ile było trzeba, a ja wypiłem haustem trzy kolejki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz