I
Jednemu „gorylowi” skręciłem kark, drugiemu wbiłem Otrze w
kręgosłup, przy podstawie czaski, eliminując ich na dobre. Trzeci nie usłyszał
niczego z powodu ulewnego deszczu. Padł od strzału z wyciszonego karabinu
Sheloka. Prosto między oczy. Dużo z czaszki nie zostało. Trupy wyrzuciłem do
pobliskiego kanału.
Deszcz walił już od trzech dni i nadal, ani nie zelżał, ani
się nie zapowiadało na to, żeby przestał. Zupełnie jakby niebiosa płakały po
jakiejś wielkiej stracie… albo przed, bo wiedzą co się stanie.
Przebiłem się przez ścianę, za pomocą zwoju eksplozyjnego. W
środku natrafiłem na 4 klientów, z czego z pleców jednego, prawdopodobnie stojącego
przy ścianie, wystawał kawałek drewnianej belki. Pozostali byli ogłuszeni przez
falę uderzeniową. Tych wykończyłem Ostrzem, bo lubiłem ten intymny kontakt z
tkanką mej ofiary. Jednego ciąłem chyba trochę zbyt nisko, bo wszystkie flaczki
wyleciały z jego otrzewnej. Oczywiście to go nie zabiło, za to patrzył na swoje
wnętrzności z tęsknotą w oczach, niczym małe dziecko, po zgubieniu swojej
ulubionej zabawki albo stracie ukochanego zwierza.
Budynek miał wysokie stropy na korytarzach i w
pomieszczeniach. Był dobrze oświetlony, co ułatwiało poruszanie się, ale mnie
wadziło, bo nie było za bardzo jak ukryć się w cieniu, którego tu było jak na
lekarstwo. Na szczęście właściciel budynku miał obsesję odnośnie łuków, więc
skuteczna widoczność ograniczała się do 5 metrów. Wystarczająca odległość żebym
dopadł kogokolwiek, zanim zdążyłby cokolwiek zrobić.
Jak na zawołanie usłyszałem przed sobą kroki. Szybkie, ale
bardzo lekkie. Kolejni „goryle”? Raczej wątpię. Już prędzej służba. I tak też
było. Młoda dziewka w czarnym uniformie służki stanęła jak wryta, gdy jej wzrok
napotkał moją osobę. Zaskoczenie może to było, może strach, w każdym razie nie
wydała z siebie żadnego okrzyku, a ja dopilnowałem żeby przypadkiem jednak tego
nie uczyniła. Doskoczyłem do niej powaliłem ją na podłogę i zatkałem jej usta
swoją ręką. Rzucała się i próbowała mnie uderzyć, ale docisnąłem jej kończyny
mocno do podłogi.
- Cichoooszaaa… -
wyszeptałem do jej gładziutkiego uszka. Pachniała wspaniale. Słodki zapach
wabił do niej, niczym nektar pszczoły do kwiatów. Zaciągnąłem się jeszcze raz.
Jabłko zmieszane z arbuzem. Taki właśnie był zapach jej perfum. - Wiesz, gdybyśmy spotkali się w innych
okolicznościach, to może coś by nawet z tego wyszło. – powiedziałem to
spokojnym tonem. Dziewczyna wyprężyła się, a potem uszło z niej Życie. Tak to
się dzieje, gdy Ostrze wchodzi przez żebra prosto w serce. Jej ciało schowałem
w magazynku, który mijałem. Potem pogrzebię ją jak należy. Zanim udałem się
dalej ucałowałem jej martwe usta. Nadal były ciepłe i… nadal miały przyjemny
smak. Czasami bałem się sam siebie… ale tylko czasami, a to nie był ten moment.
Wparowałem do zbrojowni niczym piorun, a dwóch strażników
pilnujących ekwipunku załatwiłem zwojem zapalającym. Może nie był to
najinteligentniejszy pomysł, biorąc pod uwagę ilość dynamitu, Energonów, prochu
i amunicji, które się tam znajdowały, ale po prostu uwielbiałem słuchać
agonalnych krzyków, palących się ludzi. Było do dla mnie niczym… występ
pianistów, odsłuchanie „Baśni 66” zagranej przez samego VonHelma i… to tylko
dla mnie. Niesamowite…
Zabrałem karabinek Lichtego i Miotacz podlufowy, co by się
natrafiło na Big-Boy’ów. A obstawiałem, że się na nich trafi.
Gdy przebiłem się do zachodniej części kompleksu, napotkałem
patrol złożony z 8 chłopa. Walka z nimi, to była przyjemność sama w sobie.
Metalowe pociski wyrzucane z karabinka za pomocą zjawiska elektromagnetyzmu,
rozpędzały się do niespotykanych prędkości, zamieniając wszystko na swej drodze
w proszek, bądź masę czerwonych kropel. I tak też się działo. Sześciu kolesi
skasowałem dwoma seriami. Gdy pociski wbijały się w ich ciała, chlupot tkanek,
które zamieniały się w płyn, był niesamowity. Wyglądało to groteskowo. Jest
cel, i nagle go nie ma. Chlup! Ostatnich dwóch, którzy schowali się za studnią,
poczęstowałem serią z Miotacza. Magia smoczego oddechu jest naprawdę wspaniała.
Roztapia wszystko na swej drodze, a jeśli jakieś żywe stworzenie ma
nieszczęście znaleźć się na jego drodze, wtedy… no cóż… powiedzmy sobie, że
takiej opalenizny nigdy nie zdobędziecie. Nawet nie dało rady usłyszeć krzyku,
bo temperatura wypaliła im płuca. Ech… szkoda.
Gdy tak się przebijałem, naszła mnie refleksja. Ile żyć
można poświęcić, byle tylko przeciwnik Cię nie dopadł? Kiedy skończę moją
robotę, będę mógł sobie zrobić dokładny rachunek. Królik takiej okazji już mieć
nie będzie…
Pod bramą willi natrafiłem na dwóch „goryli”. Krótka seria
wybiła im z głowy pomysł sięgania po broń… razem z resztkami mózgu.
Na dziedzińcu, wypadł na mnie Big-Boy w liczbie sztuk dwóch.
Jedyne co mogłem na szybkiego zrobić, to czmychnąć za osłonę. Pociski z ich
wielolufowych karabinów maszynowych podrasowanych zaklęciami (a przynajmniej
tak zgadywałem) rozbijały powoli, acz systematycznie, kamienny murek fontanny,
za którym postanowiłem się ukryć. Dobyłem zwoju dymnego i rzuciłem go na oślep,
ale nie za mocno. Za nim powędrował jeszcze jeden. Gdy usłyszałem
charakterystyczny syk tworzenia się zasłony dymnej, wyjrzałem lekko za krawędź
murka. Big-Boy’e były zasłonięte przez gęstą mgłę dymu. Długo się nie
zastanawiając, puściłem najpierw długą serię z karabinku, a potem długą serię z
miotacza, od lewej do prawej i od prawej do lewej. Poczekałem aż dym opadł i
moim oczom ukazały się dwa, prawie w pełni stopione, szturmowe pancerze
mechaniczne, a w nich niczym w gotującej się puszcze fasolki, dwóch operatorów.
Ciało stopione z metalem. Oto co się dzieje, gdy ubiera się w takie stalowe
łachmanki.
Wbiłem się do wnętrza domostwa, a na holu dopadła mnie
„Gwardia Przyboczna” jak to ją lubił nazywać Królik. Obrałem na cel kapitana
Gwardii, a przynajmniej tak mnie się wydawało. Reszta ludzi ustawiła się w
półokrąg biorąc moją osobę na cel.
- Rzuć tego gnata,
albo moi chłopcy rozsmarują twoje żałosne dupsko po podłodze. – usłyszałem
ze szczytu schodów, mocny południowy akcent. Podniosłem swój wzrok w tamtym
kierunku i ukazała mnie się postać wyprężonego, acz starego człowieka. Jednakże
znałem możliwości tego człowieka. Niby stary, ale nadal piekielnie sprawny w
walce. Dodatkowo bez sumienia i psychopatyczny. Wypisz wymaluj, ja w podeszłym
wieku.
Rzuciłem posłusznie broń na podłogę. Jeden z gwardzistów
podszedł do mnie i zaczął mnie przeszukiwać i rozbrajać. Potem założył mi
kajdanki i odeskortowawszy mnie do celi, zniknął w mroku korytarza, pogwizdując
sobie.
Cela jak cela. Standard. 3 ściany, podłoga, sklepienie,
czwarta ściana kraty. Wiadro jako mój klop, i „prycza”. W sumie, to tylko kawał
drewna na zawiasie. Miłe było to, że między kamieniami sklepienia, umieszczono
dwa pręty na szerokości barków. Do podciągnięć i wznosów nóg, jak znalazł.
Przynajmniej będzie jak zabić nudę.
Jakieś dwie godziny później (a przynajmniej tyle czasu
upłynęło na moim chronometrze) zjawił się sam Pan i Władca. Najbardziej Jaśnie
Oświecony. Królik po prostu.
- Naprawdę sądziłeś,
że dasz radę mnie wykończyć w pojedynkę? – zadał pytanie, świdrując mnie na
wylot swoimi błękitnymi oczyma.
- Gdy idę kogoś zabić,
to mnie się to udaje. I to samo spotka Ciebie. – odpowiedziałem pewien
realności ukończenia swojej prywatnej misji. Jego wzrok nadal przeszywał i
analizował mój umysł, starając się znaleźć jakieś słabe punkty. – Szczerze to mnie zadziwiasz. Najpierw
nasyłasz na mnie zakapiorów, żeby mnie usiekli, a teraz zachowujesz mnie przy
życiu i w dodatku zamykasz w celi w swoim ukochanym ludzkim terrarium. Naprawdę
czasami Cię nie pojmuję.
- Nikt nie powiedział,
że musisz rozumieć moje działania. Ważne, że mają one jakiś cel, który nie
spodoba Ci się za bardzo. – odpowiedział z miną wyrażającą pogardę mej
osoby. Żeby to jeszcze bardziej zaakcentować, splunął pod moje nogi.
Popatrzyłem na niego z uśmiechem na twarzy i wyrazem
politowania w oczach.
- Zastanawiam się
tylko, co by na twoje działania powiedziała teraz Anna. – brew lekko mu się
poruszyła i już wiedziałem, że trafiłem. – Jak
myślisz? Poparła by twą osobę, czy może po prostu chciałaby zrobić to samo co
ja? Zabić Cię.
- Sizin ana atdirmaq!
– odparł, a w jego tonie można było wyczuć gniew i nienawiść.
- Może byśmy się
dowiedzieli, gdyby nie to, że od dawien dawna jej już tu nie ma. I odczep się
od mej matki.
Twarz Królika zmętniała, ale w oczach nadal płonął płomień
nienawiści i chęci mordu. Delektowałem się tym jak nigdy dotąd. Utrzymując
uśmiech zadowolenia wróciłem na pryczę. Królik chwilę na mnie popatrzył i
odszedł w mrok korytarza.
II
Po piątym dniu pobytu w celi jadąc tylko na wodzie (a
przynajmniej miałem nadzieję, że to woda) sączącej się przez skały i
karaluchach, moje siły były na poziomie ok. 30% sprawności. Jeśli chce stąd
uciec, to muszę to zrobić w najbliższych godzinach. Niestety w celi nie było
absolutnie żadnego zbędnego kawałka metalu, dzięki któremu mógłbym otworzyć
zamek.
Koło południa, a wnioskowałem to po słońcu, które
przedostało się przez szczelinę w okiennicy, zjawili się strażnicy. Zanim mnie
spętali obili mnie ryja i żebra, dość porządnie. Niczego nie połamali, znali
się na swym fachu. Potem odwlekli mnie do sali „przesłuchań”. Tam siedziałem
paręnaście minut, zanim zjawił się koleś posturą przypominający niedźwiedzia.
- Nazywają mnie
Niedźwiedź. – w pomieszczeniu rozbrzmiał tubalny głos.
- Dzięki. Nigdy bym
nie pomyślał. – i dostałem strzała w ryło. – To nie było zbyt miłe. – drugi strzał, tym razem w brzuch. Zgięło
mnie to w pół i sprawiło, że opadłem na kolana. – Miły masażyk. Nie sądziłem, że dziś spotkają mnie takie luksusy. –
trzeci strzał, prosto w kark. To mnie trochę przymroczyło. Biernym nie miałem
zamiaru pozostać, więc wyprowadziłem kontrę łukiem od podłogi, mierząc w krocze
Niedźwiedzia. Ten jednakże okazał się nie tylko silny, ale jeszcze piekielnie
szybki. Zablokował mój cios, chwytając mnie za przedramię i wykręcając je. Tym
razem dostałem kolanem w klatkę piersiową. Miałem wrażenie, że zmiażdżył moje serce.
W dodatku ledwo mogłem zaczerpnąć tchu. Dokończył robotę młotkowym ciosem,
prosto w sklepienie mojej czaszki.
Gdy się obudziłem, poczułem więzy na swych nadgarstkach i podudziach.
Popatrzyłem na ręce i były na nich kajdany. Jakoś damy radę się z tego wyrwać.
Muszę…
Podniosłem wzrok, żeby zobaczyć naprzeciwko siebie,
siedzącego Królika. Czułem, że krew ścieka mnie strupkiem z rany na głowie.
- Miło, że przyszedłeś
w odwiedziny. Czyżbyś się stęsknił? – zapytałem z ironicznych uśmiechem na
twarzy.
- Stęsknić? Nie. Za to
przyprowadziłem Ci kogoś do towarzystwa. Oto Doktore. – wskazał na
chuderlawego, niższego o głowę ode mnie, jegomościa. Wyglądał trochę jak
rzeźnik w tym swoim kubraczku i białym kitlu. – Zajmie się Tobą przez najbliższe parę godzin… a przynajmniej mam
nadzieję, że tyle wytrzymasz. – wstał z krzesła, odwrócił się i podszedł do
drzwi. - Nie mówię do zobaczenia. Mówię
żegnaj, bo więcej się nie ujrzymy.
- A ja i tak powiem,
do zobaczenia Króliku. I to już niedługo. – popatrzył na mnie z
politowaniem i odszedł.
Doktore przygotowywał narzędzia pracy na swym małym stoliku.
Robił wszystko powoli, metodycznie i dokładnie. Pedant jeśli idzie o pracę.
Chociaż, po równym ubiorze i poprawianiu fałd się tworzących, wnioskowałem, że
pedantem jest z natury.
Podszedł do mnie z strzykawką pełną błękitnego płynu.
- To może trochę
zaboleć. – wbił mnie igłę w kark i nacisnął tłoczek. Substancja powoli zaczęła
wlewać się do mojego układu krwionośnego. Po chwili zacząłem odczuwać skutki
specyfiku. Świat jakby pojaśniał. Każdy kolor i sylwetka, każdy kształt, poczęły
się wyostrzać.
- Teraz będziesz mnie
torturował, co nie? – wydawało mnie się, jakby mój głos dochodził zza
ściany.
- Słowo „tortura”,
jest takie staromodne i prostackie. Preferuję określenie „zajmował”. – podszedł
do mnie ze skalpelem.
- A ja Ci powiem w
staromodnym stylu, że mam zamiar stąd uciec, a potem zabić Królika. –
czułem, że staję się człowiekiem słowa.
- I jak niby zamierzasz
to zrobić? – zapytał z uśmiechem politowania.
- Cóż, najpierw
zasłonie się tobą niczym żywą tarczą, potem zabiję strażnika przy wejściu jednym
z twych narzędzi, a potem może ewentualnie skręcę Ci kark. – spojrzał na
mnie ze zdziwioną miną. – Pamiętasz kajdany
w które byłem zapięty? No cóż, już je rozpiąłem. – wyciągnąłem ręce przed
siebie, a z nich swobodnie zwisały kajdany. Doktore wyglądał na bardzo
zdziwionego. Pochwyciłem go, obróciłem frontem do wyjścia zasłaniając się nim,
ze stolika pochwyciłem tasak i gdy tylko w świetle wejścia ukazał się strażnik,
dostał nim prosto między oczy. Tasak wbił się z przyjemnym trzeszczeniem rozłupywanej
kości. Potem skręciłem kark Doktore. Jego ciało bezwładnie upadło na podłogę.
Podbiegłem do trupa strażnika i zabrałem jego broń
przyboczną. Na razie powinna wystarczyć. W magazynku miałem 10 nabojów.
Poruszając się korytarzem, ubrany tylko w więzienne spodnie, dotarłem na
parter. Tam spotkałem dwóch delikwentów. Dostali po kulce w łeb. Od jednego z
nich zabrałem „pompkę”. Natrafiwszy na małą grupkę wrażych, postanowiłem nie
bawić się w żadne ceregiele, tylko od razu ich wykończyć. Tak też, z racji
oszczędzenia czasu, wbiłem się w nich. Z tej odległości celowanie nie miało
większego znaczenia. Udało mnie się odstrzelić nawet jednemu kolano. Co prawda
dopiero strzał w głowę go załatwił, ale i tak był to przedni widok. Jest
kolano, a zaraz potem go nie ma. Reszta kończyła ze śrutem we łbie, bądź klatce
piersiowej. Z racji, że amunicja w „pompce” się skończyła, zabrałem od jednego
z trupów karabinek Lichtego i dwa zwoje ogłuszające. Wbiłem się do willi. Pokój
gwardzistów był na prawo od wejścia. Wrzuciłem do środka zwój ogłuszający i gdy
nastąpił charakterystyczny huk, wbiłem się do pomieszczenia i prując
karabinkiem od lewej do prawej, zrobiłem z gwardzistów pożywkę dla dzikich
psów. Rozejrzałem się po pokoju i dostrzegłem moje graty. Na razie wziąłem
tylko Bolta i Ostrze.
Udałem się po schodach na 2 piętro. Do pokoju Królika. Gdy
chwyciłem za klamkę, nastąpił strzał i w
lewym skrzydle wejścia pojawiła się spora wyrwa. Wrzuciłem przez nią
drugi zwój ogłuszający. Potem wbiłem się do pomieszczenia. Gdy tylko
przekroczyłem próg natrafiłem na jeszcze dwóch gwardzistów. Tych załatwiłem
Ostrzem. Gdy efekt ogłuszenia minął, Królik zerwał się z krzesła i rzucił się
na mnie. Zblokowałem jego cios, zakładając mu dźwignię na bark, sprzedałem mu
cios kolanem w kość nosową, a potem dobiłem ciosem łokcia w potylicę. Upadł na
podłogę nieprzytomny. Nie miałem zamiaru go jeszcze zabijać. Związałem go,
zszedłem na dół, ubrałem się w swoje łachmany i poszedłem wykończyć resztę
ekipy, która pozostała przy życiu.
Gdy skończyłem zabawę z pozostałymi strażnikami, wróciłem do
willi. Królika w symboliczny sposób przybiłem do ściany.
- I jak się czuje
człowiek ukrzyżowany? Słyszałem, że to hańba. – wziąłem kanister z olejem
wielorybim i oblałem nim całą podłogę. Potem zrobiłem tak z resztą willi, póki
nie skończyły mnie się kanistry. Podszedłem jeszcze na chwilę do Królika. – Widzisz, teraz to ja mówię żegnaj. Tak na
dobre. – poklepałem go po policzku i odszedłem.
III
- Widzisz Anno, jak to
jest. Człowiek się stara być miły, przebaczyć i zapomnieć. Ale prędzej czy
później przeszłość zawsze Cię dopada. Tak było w Twoim przypadku, tak było w
moim. Myślę, że przeznaczone nam jest cierpieć. Cierpieć za wszystkie grzechy które
popełniamy. Za wszystkie błędy jakie robimy… miło było znów się tu zjawić i pogaworzyć.
Jednakże teraz mówię żegnaj Anno. Więcej
nie będę cię dręczył. Dobrze było Cię kochać. – ucałowałem palce i dotknąłem
nimi nagrobku. Światło płomieni świetnie go podkreślało, a krzyk palącego się
Królika, tylko dodawał uroku sytuacji.
Mówiłem już, że kocham ogień?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz