- Pierdol się… przyjacielu. – odpowiedział z silnym północnym akcentem.
- Bardzo chętnie, ale ostatnio brak mi złota na wytrawne dziwki, a ty jesteś powodem, który sprawi, że to złoto otrzymam. – odpowiedziałem spokojnym tonem.
- Najmus… hehehehe… najgorsze ścierwo jakie chodzi po ziemi. – lekki uśmiech wypełz mu na twarz, ale zaraz go zgasiłem uderzeniem w skroń. Więzień zasyczał z bólu.
- Najmus… hehehehe… najgorsze ścierwo jakie chodzi po ziemi. – lekki uśmiech wypełz mu na twarz, ale zaraz go zgasiłem uderzeniem w skroń. Więzień zasyczał z bólu.
- A więc tak. Ty i twoi „bracia” doprowadziliście w ciągu ostatnich 2 miesięcy do śmierci prawie 3000 cywili. Wiesz czym was to czyni? Wrogami numer jeden tego pięknego kraju. – więzień był przykuty do stołu, z palcami swobodnie rozwartymi.
- Jesteś najmusem, co cię obchodzi los tego kraju? – zapytał spluwając krwią.
- Szczerze, to gówno mnie on obchodzi, za to obchodzi mnie wynagrodzenie jakie dostaje teraz i jakie dostanę, gdy tylko wyciągnę z ciebie wszelkie niezbędne informacje. – wstałem z krzesła i podszedłem do stołu pod ścianą, na którym znajdowały się narzędzia. Pochwyciłem młotek. – Więc albo zaczniesz śpiewać, albo to, co do tej pory robiłem, wyda ci się tylko miłym poklepywaniem. – oparłem młotek o palce więźnia.
- Rób co chcesz i tak nic nie powiem. – spojrzał na mnie spode łba, a ja przez chwilę mierzyłem go wzrokiem. Potem zamachnął się i uderzyłem w jego dwa ostatnie palce, miażdżąc je i prawie odrąbując. Więzień nie zawył jednakże z bólu, za to napiął mięśnie i począł ciężko oddychać, jednocześnie utkwiwszy we mnie swój wzrok pełen furii i bólu.
- A więc tak, zdradź miejsce pobytu swych „braci”, a może odpuszczę ci ból… a jeśli miejscówka okaże się fałszywa, to może w swej wspaniałomyślności, przejdę na jakieś bardziej ludzkie metody wyciągania informacji. – powiedziałem to z przyjacielskim uśmiechem na twarzy.
- Nigdy! Nasza sprawa jest słuszna. To państwo, jest czystym wyzyskiem! Jedyne co mają do zaoferowania to opresja! Jeśli myślisz, że wydam… - zamachnąłem się horyzontalnie i wybiłem więźniowi żuchwę. Odrzuciłem młotek, chwyciłem więźnia za tył głowy i począłem systematycznie przypierdalać jego głową o blat stołu, póki nie zemdlał. Gdy to nastąpiło, razem z dwoma agentami którzy byli obecni na sali, położyliśmy więźnia na stole i przywiązaliśmy go do niego. Potem wziąłem sole cucące i podstawiłem je pod nos więźnia. Gdy się obudził, chwyciłem go za kark.
- Słyszałeś kiedyś o czymś takim, jak tortury wodne? – kiwnął głową w geście zrozumienia. – O! To już wiesz co Cię czeka. Dawaj dzbanek i ręcznik. – jeden z agentów posłusznie wykonał polecenie. – Trzymaj ręcznik na twarzy. – agent zacisnął ręcznik na twarzy, a ja począłem oblewać go wodą z dzbanka. – Spokojnie przyjacielu, to tylko woda. Czego się obawiasz? Że się zadławisz? No! Nie rzucaj się, bo oberwiesz. – jednakże więzień się rzucał, więc sprzedałem mu cios w przeponę. Usłyszałem, jak się dusi. – Dobra. Ściągnij ręcznik. – gdy tylko agent to zrobił, więzień zwrócił wodę, razem z zawartością żołądka, której praktycznie nie było, bo nie jadł niczego przez ostatnią dobę. Pochwyciłem go za włosy na szczycie głowy. – Gadaj, ścierwo! Nazwiska, ksywki, miejsce pobytu! Chcę wiedzieć wszystko! – uderzyłem jego potylicą o blat stołu. – Długo mam jeszcze czekać!? – uderzyłem potylicą ponownie. – Gadaj!
- Pierdol… pierdol się!
Przypieprzyłem mu w twarz rozwartą ręką, łamiąc mu nos i ogłuszając go.
- Dobra chłopaki, ściągamy go. – usadowiliśmy więźnia z powrotem na krześle. – Starczy na teraz. Idę do mesy coś zjeść. Jak wrócę, to chcę mieć pod ręką parę kartek, gdyby zmądrzał. – odwróciłem się na pięcie i poszedłem do mesy, zamawiając w niej kotlet z piżmowoła z bitymi ziemniakami, dorodną porcją surówki z marchwi i buraków, a także kolejkę „Róży”. Po jakiejś godzinie spędzonej w mesie (złapał mnie dyrektor placówki, pytając się o postępy), wróciłem do sali przesłuchań. Więzień był już przytomny.
- To jak? Sprzedasz mnie informacje, których oczekuję, czy dalej będziemy tu siedzieć? Hm? – popatrzyłem na niego, ale nie podniósł głowy. – Która godzina?
- 7.30 panie Huxley. –odpowiedział mi jeden z agentów.
- 7.30. Poranek przyjacielu. Słońce wschodzi, ludzie się budzą, ptaszki śpiewają, a twoi „bracia” przygotowują plany kolejnego zamachu. To jak? – ponownie spojrzałem na więźnia, ale i tym razem nie odwzajemnił spojrzenia. - Dobrze. Nie to nie. Dawać nożyce. – zwróciłem się w kierunku agenta przy stole z narzędziami. Podał mi nożyce do metalu, a ja zacisnąłem ich ostrza na palcach więźnia. Czułem jak powoli wpajają się w tkankę. Jak rozrywają ją na części. Jak wbijają się w kości i je łamią. Czułem każdy gram bólu, który w tym momencie odczuwał więzień, a jego krzyk był dla mnie niczym śpiew ptaków o poranku. – Gadaj kurwo! Gdzie znajdują się twoi bracia?! Jaki jest ich kolejny plan?! Gadaj!
- Główny rynek! Główny rynek… proszę… już dość… proszę… - mówił to przez łzy bólu, ale zrozumiałem go bez problemu.
- I wreszcie! Tak trudno było to po prostu powiedzieć? Hehe… ech… przyjacielu... Cały ten ból mogłeś sobie oszczędzić, ale nieeee. Wy zawsze tak samo. Ale zdradzę ci pewien sekret. Każdy z czasem pęka. – poklepałem go przyjacielsko po twarzy i zostawiłem agentom, aby spisali wszystko co wiedział. Następnie udałem się do mesy na parę kolejek i do Dyrektora.
- W twojej opinii, jak się trzymał?
- Całkiem marnie. Ledwie dzień bez strawy, a potem trochę bólu. No ale czym wcześniej, tym lepiej.
- Święte słowa panie Huxley. Teraz tylko sprawdzimy prawdziwość podanych przez niego informacji i ma pan swoją zapłatę.
- Liczę na to szczerze. Wypijmy za to. – stuknęliśmy się kieliszkami.
- Ach… zawrotne poranki czyż nie?
- Zgadzam się w zupełności.
Dwa dni później otrzymałem umówioną ilość złota i dodatkowo propozycję stałej posady, ale odmówiłem. Były Ci lepsze w świecie oferty pracy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz