niedziela, 10 marca 2013

1906

I

  Rzuciłem dziewką na stół niczym workiem ziemniaków. Opierała się, ale cios w policzek nieźle ją rozmiękczył. Ponownie się na mnie rzuciła, ale chwyciłem ją za przedramiona i docisnąłem do blatu swoją 100 kilogramową masą mięśniową.  Jej kończyny związałem sznurem, co by było łatwiej nad nią zapanować. Zerwałem z niej ubranie, wyciągnąłem swoje przyrodzenie ze spodni i „zatopiłem” je w niej. Oczywiście zawrzeszczała z bólu. Widać nigdy wcześniej nie była z mężczyzną mojego pokroju. Pochyliłem się nad jej klatką piersiową i ugryzłem w pierś, aż do krwi. Była młodziutka i jędrna, dokładnie w moim typie.
  Ruchem posuwistym, sprawiałem sobie przyjemność. Nie mogę tego powiedzieć o stworzeniu, które się pode mną znajdowało, aczkolwiek niektóre z jej pojękiwań były z odczuwalnej przyjemności. Niemniej nadal się rzucała. Gdy w końcu doszedłem, pocałowałem ją z dzikością serca. Smakowała słodziutko. Zawsze mnie też zastanawiało, dlaczego w takich chwilach po prostu nie odgryzą mnie języka. Czyżby się bały? Przecież w ten sposób można nawet zabić człowieka, jeśli szybko się krwotoku nie zatamuje. Ech… dziwny jest ten świat, a w szczególności ludzie.
  Gdy wyciągnąłem z niej swojego drąga, oblanego krwią i spermą, dziewczyna zemdlała. Wytarłem go w świeżo wyprane prześcieradło, które leżało jeszcze w koszyku i wyszedłem przed chatę. Na podwórzu chłopcy w większości, albo zabawiali się z kobietami, albo podpalali kolejne chaty. Po prawdzie tu i ówdzie też zabijali mężczyzn i chłopców, w większości po prostu ich wieszając.
  - Piękna, jak chcesz się zabawić z nieprzytomną, to jedna jest w środku. – wskazałem chatę, z której dopiero co wyszedłem. Piękna, jak to Piękna, bardzo się ucieszyła i wparowała do środka jak błyskawica. Ja natomiast usiadłem na pieńku i spoglądając na dziejącą się na moich oczach pożogę, sięgnąłem do koszyka, który stał po mojej prawicy. Wyciągnąłem z niego dość pokaźnych rozmiarów owoc. Pomidor okazał się zarówno soczysty, co i smaczny, jednakże ciutka miąższu skapła na me spodnie. Zakląłem po cichu i wytarłem je chustą, którą wcześniej dostałem od siostry hrabiego DeVolta. Przynajmniej się na coś przydała.
  - Dobra chopy! Kończymy tę zabawę! Zabić wszystkich, a wioskę zrówna się z ziemią. – wziąłem kolejny kęs i wtedy dostrzegłem uciekającego w zarośla wieśniaka. Jednak zanim do nich dotarł, dostał ode mnie w plecy Błyskawicą i stanął w ogniu niczym kłoda nasączona olejem wielorybim. Krzyku nie usłyszałem, ale to pewnie z powodu, że trafiłem w okolice serce.
Nadal siedząc na pieńku, począłem strzelać z Bolta w dachy chat, co by szybciej podpalić tą nieszczęsną wioskę. Potem dźwignąłem się i poszedłem na szczyt pobliskiego wzgórza, na którym czekał nasz oddziałowy mag i medyk jednocześnie, Szulejka.
  - Ejże stary draniu, co tam w tych krzakach porabiasz? – po odgłosach wywnioskowałem, że wymiotuje. – Chyba nie rzygasz, co nie? – poniuchałem powietrze, co by wyczuć swąd trupów, ale żadnego nie wyczułem. – Przecież nie czuć trupów.
  - Może ty nie czujesz, ale moje nozdrza nienawykły do tego typu… rozrywek. – kolejna porcja rzygów wydobyła się z jego gardła, oblewając krzaki.
  - Przy tych twoich wymiocinach, zapach spalonych trupów, nie jest taki zły. – skrzywiłem nos, bo smród był niemiłosierny.
  - A, pierdol się, jebany zabójco! – wykrzyczał to jeszcze z resztkami wymiocin w swej pokaźnej, szarej jak popiół, brodzie.
  - Och! Przepraszam bardzo, żem uraził twoje uczucia. Czy mości hrabia, zechciałby zrównać tą wiochę z ziemią? – próbowałem powiedzieć to z dozą powagi, ale niezbyt mnie to wyszło. Szulejka spiorunował mnie wzrokiem, ale posłusznie wziął się za przygotowanie zaklęcia.  Dał mi znać gdy tylko skończył.
  - Chopy! Za… - zwróciłem się do maga. - za ile? 
  - 30.
  - Za 30 sekund spadnie na was apokalipsa, ugotowana przez Szulejkę! – krzyknąłem w stronę reszty oddziału.
  - 30 minut.
  - 30 minut?! Co tak kurwa długo? – zapytałem z wielką dozą zdziwienia.
  - Myślisz, że to tak łatwo. Muszę zgromadzić Energię i tak dalej. To nie jest jakieś tam ściąganie, źle założonej klątwy. – uszczypliwość mojej osoby z jego strony, to był standard.
  - Szefie, czekaj! – usłyszałem głos przerażenia z dołu.
  - Spokojnie chłopcy! Mój błąd! Hekatomba rozpocznie się dopiero za pół godziny, więc jak chcecie się jeszcze zabawić, to lećcie! – popatrzyłem, po chłopakach, którzy nabiegali i zobaczyłem jak na ich twarze z powrotem wpełzło zadowolenie.
  Gdy w końcu Szulejka uzyskał odpowiednią ilość Energii, rzucił zaklęcie Zagłady. Niebo dosłownie eksplodowało, a na ziemię spadł deszcz ognia, pożogi i zniszczenia. Z wioski nic nie zostało, a my odeszliśmy ze wszelkim łupem, jaki da się opchnąć, lub za jaki da się cokolwiek kupić. Ja przywłaszczyłem sobie tylko koszyk jabłek, bo dawnom żadnych w ustach nie miał. Pacyfikacja, to jednak kupa zabawy.

II

  W jakieś dwa dni dotarliśmy z powrotem do uroczego zamczyska hrabiego. Przyjęci zostaliśmy przez niego iście królewsko, czy może raczej powinienem rzec, kurewsko, biorąc pod uwagę ilość kurtyzan jaką nam zamówił.
  - A więc, poruczniku, rozumiem, że zadanie wykonane.
  - Gwarantuję, to wam hrabio, jakem tu stoję.
  - A więc wasze zdrowie, żołnierze! – wzniósł kielich, a ja i moi ludzie zrobiliśmy to samo. Wino było przednie, ale ja tam wolałem sok maliwiański. Gdy zabawa trochę ucichła, a moi ludzie odeszli w dobrym towarzystwie do swych komnat, postanowiłem zadać hrabiemu pytanie.
  - Hrabio, jeśli można, chciałbym zadać wam pytanie.
  - Jakże  to pytanie brzmi, poruczniku.
  - Heh, dawnom nie był tym stopniem tytułowany. – uśmiechnąłem się do siebie w duchu. – Otóż, chciałem zapytać, pocośmy pacyfikowali tą wioskę?
  - A ja naiwny zawsze sądziłem, że najemnicy o nic nie pytają. Po prostu otrzymują zapłatę i wykonują zadnie. No ale cóż, jeśli jesteście tacy dociekliwi, to wam odpowiem. – upił łyk wina, pochylił się w mą stronę, a z racji, że zasiadałem po jego prawicy, kielich zawisł poza krawędzią stołu. – Bo miałem taki kaprys. – odczekał chwilę, a potem zaśmiał się na całe gardło. Śmiech ten przeszył mnie do szpiku kości, ponieważ zrozumiałem, że mówił prawdę. Zorientowałem się, że hrabia to zauważył. – A więc widzicie poruczniku, czasami lepiej najemnikowi nie pytać o powód swojego zatrudnienia. – wychylił kielich do końca i odszedł od stołu do swej komnaty. Ja pozostałem przy stole jeszcze trochę, póki nie znalazł mnie Szulejka.
  - Co jest bracie? – spytał się, ścierając ze swych szat resztki kurczaka, którego tak ochoczo wcinał, gdyśmy balowali jeszcze w pełnym składzie.
  - Nic, tylko… nie wiem jak to ująć.
  - Najlepiej w prosty sposób. – upił wina bezpośrednio z dzbana.
  - Spacyfikowaliśmy tamtą wiochę z powodu jego kaprysu. – odpowiedziałem ze zmieszaną miną.
  - No i? Wcześniej robiliśmy gorsze rzeczy bracie.
  - Tak, ale tamte miały coś na celu, a ta… ta nie miała na celu niczego.
  - Cóż, najwyżej dziś nie zaśniesz bracie. – klepnął mnie w ramię i odszedł do swej komnaty. Ja siedziałem jeszcze przez chwilę przy stole, ale potem też się od niego oddaliłem.
  Gdy otworzyłem drzwi i przekroczyłem próg, oczom mym ukazała się naga kurtyzana leżąca w łóżku, przyozdobiona gorącą czekoladą.
  - Czy macie ochotę na coś słodkiego dzisiejszego wieczoru, panie? – pozwiedzała to namaczając palec w naczyniu z czekoladą i zmysłowo go oblizując.
  - Czegóż się nie robi dla dobra interesów. – powiedziałem do siebie i zamknąłem drzwi, co by nam nikt nie przeszkadzał, podczas „konsumowania” czekolady.
  Na całe szczęście kurtyzana była nie tylko ładna, ale także słodka jak rzeczona czekolada… i to bez niej na sobie. Oczywiście pierwsze co zrobiłem, to zamoczyłem swego drąga tak głęboko jak tylko się dało, zlizując czekoladę z piersi dziewczyny. Nie mogła mieć więcej jak 16 wiosen za sobą, ale takie lubiłem najbardziej. 
Gdy kochałem się z klientką, przed oczami na chwilę mrugnął mnie obraz dziewczyny, z którą się zabawiałem w wiosce. Poczułem się trochę nie swojo. Wyrzuty sumienia miałem, ale kiedy rozpoczynałem karierę w jednostkach. Z latami mordów gwałtów i walk, minęły. Teraz jednakże jak na złość powracają. Co za gówno.
  Zabawy nie przerwałem. Odwróciłem dziewczynę i wziąłem ją od tyłu. Szybko, z werwą i głęboko. Zapiszczała z przyjemności, a ja westchnąłem z rozkoszy. Oblałem jej plecy słodkim płynem, a następnie umoczyłem w nim swe wargi. Potem to samo zrobiłem z ustami. Przyjemne to jest, do momentu, aż człowieka najdzie myśl, ile fiutów w swych ustach dziewczyna miała. Mózg potrafi być skurwielem.
  Gdy w końcu doszedłem, z czego jej to udało się już 3 razy, wyciągnąłem swojego wciąż sztywnego drąga i dałem jej do oblizania. Nim to zrobiła, polała go czekoladą, a potem pochłonęła, niczym głodny, smażoną kiełbasę.
  Gdy skończyliśmy igraszki, postanowiłem sobie z nią porozmawiać. Zawsze tak robiłem. Dziewczyna okazała się, jak większość z jej fachu, bardzo inteligentna i w dodatku sama poczęła narzucać tematy. Nie przeszkadzało mnie to, szczególnie, że w mojej czaszce nie siedział praktycznie żaden ciekawy. Dyskutowaliśmy przez całą noc i było to dla mnie bardzo oczyszczające.
  Gdy obudziłem się za sprawą walących przez okiennice promieni słońca i piania kura, dziewczyny już przy mnie nie było. W sumie to nie powinno mnie to dziwić, ale jakoś poczułem jej brak. Niezbyt przyjemne uczucie.
  Gdy się ubrałem spostrzegłem na szafce karteczkę. Widniał na niej napis „Dziękuję za wspólnie spędzony czas. Alicja”. Uśmiechnąłem się lekko, ale też pomyślałem, czy to aby nie polityka burdelu. W każdym razie miły gest.
  Po obfitym porannym posiłku, postanowiłem, że opuścimy mury „domostwa” hrabiego DeVolta. Oczywiście gdy to obwieściłem, chłopacy zaraz podnieśli bunt, że „jak to tak zostawiać to wszystko i iść się tułaczyć, że dziwki były znakomite, że żarcia mamy w bród” etc. Ukróciłem ten bunt mocnym jebnięciem księgi w stół.
  - Zamknąć parszywe jadaczki, tępe fiuty! Do południa stąd znikamy. Pożegnamy się, jak to z obyczaju wynika, z gospodarzem i stąd znikamy. – popatrzyłem po twarzach kamratów. Dostrzegłem rozczarowanie, ale przejawów niesubordynacji już nie. – Forsy dostaliśmy wystarczająco, żeby starczyło na miesiąc dogodnego najemniczego życia. Oczywiście mnie wystarczy na więcej w porównaniu z waszą dziką tłuszczą. – wstałem z krzesła i odszedłem do komnaty się spakować.
  Gdy wpakowywałem do torby moje osobiste rzeczy, a także notkę z podziękowaniem, w progu zjawiła się siostra hrabiego, Katarzyna.
  - Czy dobrze słyszałam? Zamierza pan opuścić mury tego domostwa, panie Huxley?
  - Owszem zamierzam. Najszybciej jak się da. Wasz brat pani, to istny psychopata. Nie mam zamiaru dla niego dłużej pracować.
  - Wiecie, że za takie słowa mogę kazać was ściąć?
  - Owszem wiem. Jeśli pani chce, może pani wydać, takie rozporządzenie, ale niech pani zapamięta. – zbliżyłem się do niej. – W jadalni znajduje się 12 wstawionych, agresywnych, nieprzewidywalnych byłych żołnierzy oddziałów specjalnych, z których jeden jest magiem i którzy bez mrugnięcia okiem są w stanie spacyfikować całą wioskę osób, a potem również bez mrugnięcia okiem zgwałcić ich trupy. Nadążacie za mną, pani?
  - Tak, nadążam. – odpowiedziała z uśmiechem na pięknej twarzy.
  - To wyobraźcie sobie teraz pani, co by zrobili z rezydentami, tego zamku, gdyby tylko dowiedzieli się, że ich dowódca idzie na szafot. Podpowiadam, większość, prócz maga, nie jest najbardziej lotna, za to niesamowicie lojalna aktualnemu dowódcy, nie pracodawcy.
  - Zgaduję zatem, że negocjowanie z nimi, nie miało by większej racji bytu. – odpowiedziała pewna siebie i wciąż z uśmiechem na twarzyczce.
  - Dokładnie moja pani. – pokłoniłem się lekko i odmaszerowałem dalej się pakować.
Usłyszałem trzask zamykanych drzwi.
  - Macie może  ochotę się pierdolić? – odwróciłem głowę i dostrzegłem, że Kasia opiera się o drzwi masując swoje piersi i gładząc łono. Stałem chwilę obserwując ten, jakże przyjemny widok, a potem podszedłem do dziewczyny, rzuciłem ją na łóżko i brutalnie zabrałem się do zabawy. Po jej zachowaniu wywnioskowałem, że jest typem kobiety, dla której ostre rżnięcie, to jedyny dobry sposób na seks.
  Gdy skończyliśmy „igraszki” zarządziłem zbiórkę w holu. Odbierając zapłatę, ja i moi ludzie, pożegnaliśmy się z hrabią DeVoltem w starym dobrym stylu, czyli obalając po butli spirytu na łebka.

III

  Nasza tułaczka do następnej roboty nigdy się nie skończyła, bo po miesiącu szlajania się po różnej maści miastach, nasz mały oddział się rozszedł.
  - I widzisz jak to jest Szulejka, gdy roboty brak, sojusz się rozpada. I to samo czeka TE jebane królestwa. – łyknąłem spirytu. Był chujowy, ale niczego innego się nie spodziewałem po spelunie wybudowanej w starym budynku Straży Miejskiej.
  - Może otworzymy wspólny biznes. Wiesz, coś jak biuro pracy, dla najmusów.
  - Czemu nas obrażasz Szulejka?
  - Gdzież bym śmiał, ale nie sądzisz, że winniśmy zadbać o przyszłość? – zapytał całkiem poważnie.
  - Wiesz, co Ci powiem. Że przyszłość jest przereklamowana. – i jak na życzenie pojawił się przy nas jakiś drab.
  - Pozdrowienia od pana Królika. – rzekł i w stronę mojej szyi powędrował sztylet. Zbiłem cios, dobyłem Scyzoryk, a był to 20 centymetrowy nóż taktyczny o częściowo ząbkowanym ostrzu typu tanto i wbiłem go z całym impetem na jaki mnie było stać w prawe nadbrzusze wrażego. Dokładnie w wątrobę. Potem szybko się dźwignąłem, zastosowałem na nim cios mae geri i wypaliłem do niego z 2 metrów, bo na tyle odleciał, z wertykalnego obrzyna. Dwa ciężkośrutowe pociski zamieniły jego tors i głowę w czerwoną galaretę.
  Odwiesiłem obrzyn i dobyłem Bolta lustrując wnętrze lokalu. Niebezpieczeństwa żadnego nie było, ponieważ klienci tylko na chwilę oderwali się od swych czynności, żeby obejrzeć co się stało.   
  - Spadamy stąd. – rzekłem do Szulejki, nawet nań nie patrząc.
  Gdy tylko wybyliśmy z lokalu, na ulicy trafiliśmy na jeszcze dwóch oprychów. Tych nie zastrzeliłem. Nie chciałem wywoływać hałasu, więc gdy tylko pierwszy zamachnął się na mnie buławą, zblokowałem cios, założyłem dźwignię na łokieć i gdy tylko usłyszałem chrupnięcie stawu, pochwyciłem go za głowę i szybkim ruchem skręcającym, złamałem mu kark. Gdy padł na glebę, pochwyciłem jego broń i roztrzaskałem czaszkę drugiego, który był uzbrojony tylko w sztylet i kusze, której jednakże nie zdążył użyć z racji, że Szulejka ją zdematerializował. Trupy przeszukałem i znalazłem kilka rzeczy, które rzeczywiście wskazywały na Królika.
  - Ty stary skurwielu. Jakżeś przeżył? – powiedziałem sam do siebie.
  - O co kurwa chodzi, że się tak spytam? – Szulejka chyba bardzo chciał uzyskać odpowiedź.
  - Że Ci tak rzeknę, stara śpiewka której znać nie musisz… - obróciłem na niego swą twarz. - … i nie będziesz. – opowiedziałem stanowczo, a Szulejka tylko kiwnął głową na zrozumienie. Potem się z nim pożegnałem i postanowiłem dokończyć pewną sprawę, która mogły być dla mnie śmiertelna w skutkach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz