I
Rzuciłem dziewką na stół niczym workiem ziemniaków. Opierała
się, ale cios w policzek nieźle ją rozmiękczył. Ponownie się na mnie rzuciła,
ale chwyciłem ją za przedramiona i docisnąłem do blatu swoją 100 kilogramową
masą mięśniową. Jej kończyny związałem
sznurem, co by było łatwiej nad nią zapanować. Zerwałem z niej ubranie,
wyciągnąłem swoje przyrodzenie ze spodni i „zatopiłem” je w niej. Oczywiście
zawrzeszczała z bólu. Widać nigdy wcześniej nie była z mężczyzną mojego pokroju.
Pochyliłem się nad jej klatką piersiową i ugryzłem w pierś, aż do krwi. Była młodziutka
i jędrna, dokładnie w moim typie.
Ruchem posuwistym, sprawiałem sobie przyjemność. Nie mogę
tego powiedzieć o stworzeniu, które się pode mną znajdowało, aczkolwiek
niektóre z jej pojękiwań były z odczuwalnej przyjemności. Niemniej nadal się
rzucała. Gdy w końcu doszedłem, pocałowałem ją z dzikością serca. Smakowała
słodziutko. Zawsze mnie też zastanawiało, dlaczego w takich chwilach po prostu
nie odgryzą mnie języka. Czyżby się bały? Przecież w ten sposób można nawet
zabić człowieka, jeśli szybko się krwotoku nie zatamuje. Ech… dziwny jest ten
świat, a w szczególności ludzie.
Gdy wyciągnąłem z niej swojego drąga, oblanego krwią i
spermą, dziewczyna zemdlała. Wytarłem go w świeżo wyprane prześcieradło, które
leżało jeszcze w koszyku i wyszedłem przed chatę. Na podwórzu chłopcy w
większości, albo zabawiali się z kobietami, albo podpalali kolejne chaty. Po
prawdzie tu i ówdzie też zabijali mężczyzn i chłopców, w większości po prostu ich
wieszając.
- Piękna, jak chcesz
się zabawić z nieprzytomną, to jedna jest w środku. – wskazałem chatę, z
której dopiero co wyszedłem. Piękna, jak to Piękna, bardzo się ucieszyła i
wparowała do środka jak błyskawica. Ja natomiast usiadłem na pieńku i spoglądając
na dziejącą się na moich oczach pożogę, sięgnąłem do koszyka, który stał po
mojej prawicy. Wyciągnąłem z niego dość pokaźnych rozmiarów owoc. Pomidor
okazał się zarówno soczysty, co i smaczny, jednakże ciutka miąższu skapła na me
spodnie. Zakląłem po cichu i wytarłem je chustą, którą wcześniej dostałem od
siostry hrabiego DeVolta. Przynajmniej się na coś przydała.
- Dobra chopy!
Kończymy tę zabawę! Zabić wszystkich, a wioskę zrówna się z ziemią. –
wziąłem kolejny kęs i wtedy dostrzegłem uciekającego w zarośla wieśniaka.
Jednak zanim do nich dotarł, dostał ode mnie w plecy Błyskawicą i stanął w
ogniu niczym kłoda nasączona olejem wielorybim. Krzyku nie usłyszałem, ale to
pewnie z powodu, że trafiłem w okolice serce.
Nadal siedząc na pieńku, począłem strzelać z Bolta w dachy
chat, co by szybciej podpalić tą nieszczęsną wioskę. Potem dźwignąłem się i
poszedłem na szczyt pobliskiego wzgórza, na którym czekał nasz oddziałowy mag i
medyk jednocześnie, Szulejka.
- Ejże stary draniu,
co tam w tych krzakach porabiasz? – po odgłosach wywnioskowałem, że
wymiotuje. – Chyba nie rzygasz, co nie?
– poniuchałem powietrze, co by wyczuć swąd trupów, ale żadnego nie wyczułem. – Przecież nie czuć trupów.
- Może ty nie czujesz,
ale moje nozdrza nienawykły do tego typu… rozrywek. – kolejna porcja rzygów
wydobyła się z jego gardła, oblewając krzaki.
- Przy tych twoich
wymiocinach, zapach spalonych trupów, nie jest taki zły. – skrzywiłem nos,
bo smród był niemiłosierny.
- A, pierdol się,
jebany zabójco! – wykrzyczał to jeszcze z resztkami wymiocin w swej
pokaźnej, szarej jak popiół, brodzie.
- Och! Przepraszam
bardzo, żem uraził twoje uczucia. Czy mości hrabia, zechciałby zrównać tą
wiochę z ziemią? – próbowałem powiedzieć to z dozą powagi, ale niezbyt mnie
to wyszło. Szulejka spiorunował mnie wzrokiem, ale posłusznie wziął się za
przygotowanie zaklęcia. Dał mi znać gdy
tylko skończył.
- Chopy! Za… - zwróciłem się do maga. - za ile?
- 30.
- Za 30 sekund spadnie
na was apokalipsa, ugotowana przez Szulejkę! – krzyknąłem w stronę reszty
oddziału.
- 30 minut.
- 30 minut?! Co tak
kurwa długo? – zapytałem z wielką dozą zdziwienia.
- Myślisz, że to tak
łatwo. Muszę zgromadzić Energię i tak dalej. To nie jest jakieś tam ściąganie,
źle założonej klątwy. – uszczypliwość mojej osoby z jego strony, to był
standard.
- Szefie, czekaj!
– usłyszałem głos przerażenia z dołu.
- Spokojnie chłopcy!
Mój błąd! Hekatomba rozpocznie się dopiero za pół godziny, więc jak chcecie się
jeszcze zabawić, to lećcie! – popatrzyłem, po chłopakach, którzy nabiegali
i zobaczyłem jak na ich twarze z powrotem wpełzło zadowolenie.
Gdy w końcu Szulejka uzyskał odpowiednią ilość Energii,
rzucił zaklęcie Zagłady. Niebo dosłownie eksplodowało, a na ziemię spadł deszcz
ognia, pożogi i zniszczenia. Z wioski nic nie zostało, a my odeszliśmy ze
wszelkim łupem, jaki da się opchnąć, lub za jaki da się cokolwiek kupić. Ja
przywłaszczyłem sobie tylko koszyk jabłek, bo dawnom żadnych w ustach nie miał.
Pacyfikacja, to jednak kupa zabawy.
II
W jakieś dwa dni dotarliśmy z powrotem do uroczego zamczyska
hrabiego. Przyjęci zostaliśmy przez niego iście królewsko, czy może raczej
powinienem rzec, kurewsko, biorąc pod uwagę ilość kurtyzan jaką nam zamówił.
- A więc, poruczniku,
rozumiem, że zadanie wykonane.
- Gwarantuję, to wam
hrabio, jakem tu stoję.
- A więc wasze
zdrowie, żołnierze! – wzniósł kielich, a ja i moi ludzie zrobiliśmy to
samo. Wino było przednie, ale ja tam wolałem sok maliwiański. Gdy zabawa trochę
ucichła, a moi ludzie odeszli w dobrym towarzystwie do swych komnat,
postanowiłem zadać hrabiemu pytanie.
- Hrabio, jeśli można,
chciałbym zadać wam pytanie.
- Jakże to pytanie brzmi, poruczniku.
- Heh, dawnom nie był
tym stopniem tytułowany. – uśmiechnąłem się do siebie w duchu. – Otóż, chciałem zapytać, pocośmy pacyfikowali
tą wioskę?
- A ja naiwny zawsze
sądziłem, że najemnicy o nic nie pytają. Po prostu otrzymują zapłatę i wykonują
zadnie. No ale cóż, jeśli jesteście tacy dociekliwi, to wam odpowiem. –
upił łyk wina, pochylił się w mą stronę, a z racji, że zasiadałem po jego
prawicy, kielich zawisł poza krawędzią stołu. – Bo miałem taki kaprys. – odczekał chwilę, a potem zaśmiał się na
całe gardło. Śmiech ten przeszył mnie do szpiku kości, ponieważ zrozumiałem, że
mówił prawdę. Zorientowałem się, że hrabia to zauważył. – A więc widzicie poruczniku, czasami lepiej najemnikowi nie pytać o
powód swojego zatrudnienia. – wychylił kielich do końca i odszedł od stołu
do swej komnaty. Ja pozostałem przy stole jeszcze trochę, póki nie znalazł mnie
Szulejka.
- Co jest bracie?
– spytał się, ścierając ze swych szat resztki kurczaka, którego tak ochoczo
wcinał, gdyśmy balowali jeszcze w pełnym składzie.
- Nic, tylko… nie wiem
jak to ująć.
- Najlepiej w prosty
sposób. – upił wina bezpośrednio z dzbana.
- Spacyfikowaliśmy
tamtą wiochę z powodu jego kaprysu. – odpowiedziałem ze zmieszaną miną.
- No i? Wcześniej
robiliśmy gorsze rzeczy bracie.
- Tak, ale tamte miały
coś na celu, a ta… ta nie miała na celu niczego.
- Cóż, najwyżej dziś
nie zaśniesz bracie. – klepnął mnie w ramię i odszedł do swej komnaty. Ja
siedziałem jeszcze przez chwilę przy stole, ale potem też się od niego
oddaliłem.
Gdy otworzyłem drzwi i przekroczyłem próg, oczom mym ukazała
się naga kurtyzana leżąca w łóżku, przyozdobiona gorącą czekoladą.
- Czy macie ochotę na
coś słodkiego dzisiejszego wieczoru, panie? – pozwiedzała to namaczając
palec w naczyniu z czekoladą i zmysłowo go oblizując.
- Czegóż się nie robi
dla dobra interesów. – powiedziałem do siebie i zamknąłem drzwi, co by nam
nikt nie przeszkadzał, podczas „konsumowania” czekolady.
Na całe szczęście kurtyzana była nie tylko ładna, ale także
słodka jak rzeczona czekolada… i to bez niej na sobie. Oczywiście pierwsze co
zrobiłem, to zamoczyłem swego drąga tak głęboko jak tylko się dało, zlizując
czekoladę z piersi dziewczyny. Nie mogła mieć więcej jak 16 wiosen za sobą, ale
takie lubiłem najbardziej.
Gdy kochałem się z klientką, przed oczami na chwilę mrugnął
mnie obraz dziewczyny, z którą się zabawiałem w wiosce. Poczułem się trochę nie
swojo. Wyrzuty sumienia miałem, ale kiedy rozpoczynałem karierę w jednostkach.
Z latami mordów gwałtów i walk, minęły. Teraz jednakże jak na złość powracają.
Co za gówno.
Zabawy nie przerwałem. Odwróciłem dziewczynę i wziąłem ją od
tyłu. Szybko, z werwą i głęboko. Zapiszczała z przyjemności, a ja westchnąłem z
rozkoszy. Oblałem jej plecy słodkim płynem, a następnie umoczyłem w nim swe
wargi. Potem to samo zrobiłem z ustami. Przyjemne to jest, do momentu, aż
człowieka najdzie myśl, ile fiutów w swych ustach dziewczyna miała. Mózg
potrafi być skurwielem.
Gdy w końcu doszedłem, z czego jej to udało się już 3 razy,
wyciągnąłem swojego wciąż sztywnego drąga i dałem jej do oblizania. Nim to
zrobiła, polała go czekoladą, a potem pochłonęła, niczym głodny, smażoną
kiełbasę.
Gdy skończyliśmy igraszki, postanowiłem sobie z nią
porozmawiać. Zawsze tak robiłem. Dziewczyna okazała się, jak większość z jej
fachu, bardzo inteligentna i w dodatku sama poczęła narzucać tematy. Nie
przeszkadzało mnie to, szczególnie, że w mojej czaszce nie siedział praktycznie
żaden ciekawy. Dyskutowaliśmy przez całą noc i było to dla mnie bardzo oczyszczające.
Gdy obudziłem się za sprawą walących przez okiennice
promieni słońca i piania kura, dziewczyny już przy mnie nie było. W sumie to
nie powinno mnie to dziwić, ale jakoś poczułem jej brak. Niezbyt przyjemne
uczucie.
Gdy się ubrałem spostrzegłem na szafce karteczkę. Widniał na
niej napis „Dziękuję za wspólnie spędzony czas. Alicja”. Uśmiechnąłem się
lekko, ale też pomyślałem, czy to aby nie polityka burdelu. W każdym razie miły
gest.
Po obfitym porannym posiłku, postanowiłem, że opuścimy mury
„domostwa” hrabiego DeVolta. Oczywiście gdy to obwieściłem, chłopacy zaraz
podnieśli bunt, że „jak to tak zostawiać to wszystko i iść się tułaczyć, że
dziwki były znakomite, że żarcia mamy w bród” etc. Ukróciłem ten bunt mocnym
jebnięciem księgi w stół.
- Zamknąć parszywe
jadaczki, tępe fiuty! Do południa stąd znikamy. Pożegnamy się, jak to z
obyczaju wynika, z gospodarzem i stąd znikamy. – popatrzyłem po twarzach
kamratów. Dostrzegłem rozczarowanie, ale przejawów niesubordynacji już nie. – Forsy dostaliśmy wystarczająco, żeby
starczyło na miesiąc dogodnego najemniczego życia. Oczywiście mnie wystarczy na
więcej w porównaniu z waszą dziką tłuszczą. – wstałem z krzesła i odszedłem
do komnaty się spakować.
Gdy wpakowywałem do torby moje osobiste rzeczy, a także
notkę z podziękowaniem, w progu zjawiła się siostra hrabiego, Katarzyna.
- Czy dobrze
słyszałam? Zamierza pan opuścić mury tego domostwa, panie Huxley?
- Owszem zamierzam.
Najszybciej jak się da. Wasz brat pani, to istny psychopata. Nie mam zamiaru dla
niego dłużej pracować.
- Wiecie, że za takie
słowa mogę kazać was ściąć?
- Owszem wiem. Jeśli
pani chce, może pani wydać, takie rozporządzenie, ale niech pani zapamięta. –
zbliżyłem się do niej. – W jadalni
znajduje się 12 wstawionych, agresywnych, nieprzewidywalnych byłych żołnierzy
oddziałów specjalnych, z których jeden jest magiem i którzy bez mrugnięcia
okiem są w stanie spacyfikować całą wioskę osób, a potem również bez mrugnięcia
okiem zgwałcić ich trupy. Nadążacie za mną, pani?
- Tak, nadążam. –
odpowiedziała z uśmiechem na pięknej twarzy.
- To wyobraźcie sobie
teraz pani, co by zrobili z rezydentami, tego zamku, gdyby tylko dowiedzieli
się, że ich dowódca idzie na szafot. Podpowiadam, większość, prócz maga, nie
jest najbardziej lotna, za to niesamowicie lojalna aktualnemu dowódcy, nie pracodawcy.
- Zgaduję zatem, że
negocjowanie z nimi, nie miało by większej racji bytu. – odpowiedziała
pewna siebie i wciąż z uśmiechem na twarzyczce.
- Dokładnie moja pani.
– pokłoniłem się lekko i odmaszerowałem dalej się pakować.
Usłyszałem trzask zamykanych drzwi.
- Macie może ochotę się pierdolić? – odwróciłem głowę
i dostrzegłem, że Kasia opiera się o drzwi masując swoje piersi i gładząc łono.
Stałem chwilę obserwując ten, jakże przyjemny widok, a potem podszedłem do
dziewczyny, rzuciłem ją na łóżko i brutalnie zabrałem się do zabawy. Po jej
zachowaniu wywnioskowałem, że jest typem kobiety, dla której ostre rżnięcie, to
jedyny dobry sposób na seks.
Gdy skończyliśmy „igraszki” zarządziłem zbiórkę w holu.
Odbierając zapłatę, ja i moi ludzie, pożegnaliśmy się z hrabią DeVoltem w
starym dobrym stylu, czyli obalając po butli spirytu na łebka.
III
Nasza tułaczka do następnej roboty nigdy się nie skończyła,
bo po miesiącu szlajania się po różnej maści miastach, nasz mały oddział się
rozszedł.
- I widzisz jak to
jest Szulejka, gdy roboty brak, sojusz się rozpada. I to samo czeka TE jebane
królestwa. – łyknąłem spirytu. Był chujowy, ale niczego innego się nie
spodziewałem po spelunie wybudowanej w starym budynku Straży Miejskiej.
- Może otworzymy
wspólny biznes. Wiesz, coś jak biuro pracy, dla najmusów.
- Czemu nas obrażasz
Szulejka?
- Gdzież bym śmiał,
ale nie sądzisz, że winniśmy zadbać o przyszłość? – zapytał całkiem
poważnie.
- Wiesz, co Ci powiem.
Że przyszłość jest przereklamowana. – i jak na życzenie pojawił się przy
nas jakiś drab.
- Pozdrowienia od pana
Królika. – rzekł i w stronę mojej szyi powędrował sztylet. Zbiłem cios,
dobyłem Scyzoryk, a był to 20 centymetrowy nóż taktyczny o częściowo ząbkowanym ostrzu typu tanto i wbiłem go z całym impetem na jaki mnie było stać w prawe
nadbrzusze wrażego. Dokładnie w wątrobę. Potem szybko się dźwignąłem,
zastosowałem na nim cios mae geri i wypaliłem do niego z 2 metrów, bo na tyle
odleciał, z wertykalnego obrzyna. Dwa ciężkośrutowe pociski zamieniły jego tors
i głowę w czerwoną galaretę.
Odwiesiłem obrzyn i dobyłem Bolta lustrując wnętrze lokalu.
Niebezpieczeństwa żadnego nie było, ponieważ klienci tylko na chwilę oderwali
się od swych czynności, żeby obejrzeć co się stało.
- Spadamy stąd. –
rzekłem do Szulejki, nawet nań nie patrząc.
Gdy tylko wybyliśmy z lokalu, na ulicy trafiliśmy na jeszcze
dwóch oprychów. Tych nie zastrzeliłem. Nie chciałem wywoływać hałasu, więc gdy
tylko pierwszy zamachnął się na mnie buławą, zblokowałem cios, założyłem
dźwignię na łokieć i gdy tylko usłyszałem chrupnięcie stawu, pochwyciłem go za
głowę i szybkim ruchem skręcającym, złamałem mu kark. Gdy padł na glebę,
pochwyciłem jego broń i roztrzaskałem czaszkę drugiego, który był uzbrojony
tylko w sztylet i kusze, której jednakże nie zdążył użyć z racji, że Szulejka
ją zdematerializował. Trupy przeszukałem i znalazłem kilka rzeczy, które
rzeczywiście wskazywały na Królika.
- Ty stary skurwielu.
Jakżeś przeżył? – powiedziałem sam do siebie.
- O co kurwa chodzi,
że się tak spytam? – Szulejka chyba bardzo chciał uzyskać odpowiedź.
- Że Ci tak rzeknę,
stara śpiewka której znać nie musisz… - obróciłem na niego swą twarz. - … i nie będziesz. – opowiedziałem
stanowczo, a Szulejka tylko kiwnął głową na zrozumienie. Potem się z nim
pożegnałem i postanowiłem dokończyć pewną sprawę, która mogły być dla mnie
śmiertelna w skutkach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz